Witajcie po weekendzie!
Na początek chciałabym Wam podziękować baaardzo serdecznie i gorąco za wszystkie ciepłe słowa pod adresem moich naszyjników. Te komentarze to miód na moje serce! Jako, że nie jestem do tych szyjątek jakoś szczególnie przywiązana, to – jeśli chcecie – możecie je nabyć TUTAJ. Mogę też się z Wami na coś wymienić, lub przygotować taki naszyjnik w kolorze przez Was wybranym. To dużo pracy, którą chętnie się zajmę wieczorem, kiedy Łucja już śpi, a ja nie mam co zrobić z rękoma.
Poza tym chciałam się Wam pochwalić pieczątką, którą zaprojektowałam sobie jakieś dwa tygodnie temu. Początkowo zamierzałam zrobić etykiety do mydełek, które zrobiłam (będzie o nich niedługo). Ale jak to w moim przypadku często bywa, w trakcie pracy zmienił mi się koncept. Powstało więc to cudo.
Na gorąco zadzwoniłam do firmy zajmującej się wyrobem pieczątek, zapytałam o cenę, wysłałam maila i na następny dzień Mąż mógł już odebrać gotowy produkt. Miałam już co prawda pieczątkę, ale malutką. Był na niej tylko napis „bluszczem oplątane” i dwa małe listki bluszczu. Ta wydaje mi się bardziej… no nie wiem, bardziej profesjonalna :D
Koniecznie musiałam coś sobie od razu ostemplować. Pod nóż poszedł mały notesik, który kiedyś dostałam od Ani z mój dom – moja przystań. Miał żółtą plastikową okładkę, pod którą kryła się cudowna szarość (eh, Grey… Aniu, zaraziłaś mnie tą fascynacją!). Okleiłam grzbiecik szarym płótnem (z przodu niestety nie widać) i kawałkiem koronki. Pod płótno wkleiłam kawałek sznurka, co bym mogła zawiązywać notesik.
Oczywiście to nie tylko taka notesowa fanaberia! Zeszyciątko służy mi do zapisywania różnych pomysłów na gorąco, szkicowania projektów etc. Czasami tak mam, że coś wpada mi do głowy całkowicie znienacka. No a co można zrobić z pomysłem, jeśli nie ma możliwości go od razu zrealizować? No trzeba gdzieś zapisać, co by nie uleciał z zahukanej głowy. Do tej pory służył mi do tego wielki zeszyt formatu A4, ale raczej na spacer z Łucją go nie zabiorę. A spacery bardzo służą rozmyślaniu, na przykład na temat – co by tu zmajstrować.
A żeby mydełko nie zostało gołe, to z pieczątki powstała też etykietka. Wybaczcie za jakość fotek – w pośpiechu robione komórką (czy smartfon nie brzmi dla Was zbyt snobistycznie? ja się nie mogę ciągle przyzwyczaić, komórka, to komórka przecie…)
I nie wiem, jak to się dzieje, że zawsze jak zamierzam wrzucić krótki post o niczym, to wychodzi mi rozprawka na pół strony. Niekoniecznie o czymś… :D
Miłego tygodnia Wam życzę!






