piątek, 9 grudnia 2016

Kreatywne skarpetki i śliczna dziewczynka Gorjuss

Z racji tego, że dopadło nas choróbsko, od tygodnia siedzimy w domu. W takich okolicznościach tracę wiarę w siebie. Uważam się bowiem za osobę kreatywną, ale okazuje się, że daleko mi do poziomu, który w wieku 4 lat osiągnęła moja córka. Staram się równoważyć jej pomysły czymś spokojnym. Z powodu zapalenia gardła ominęły ją w przedszkolu mikołajki, a także dzień Finlandii. Postanowiłam więc zrobić z nią coś, czego na co dzień nie robimy. Padło na bałwanka ze skarpetki wypełnionego ziarnami pszenicy. Widziałam je w internecie już w ubiegłym roku, ale wtedy było jeszcze za wcześnie na takie zabawy. Wiem, że to nic skomplikowanego, ale chodzi o zdolność Łucji do koncentracji. Eh, długo by pisać, a ja przecież nie o tym chciałam...


Bałwanek zagościł pod choinką w doborowym towarzystwie Łosia - super ktosia. Pierwszy raz ubraliśmy w Łucji pokoju choinkę. Biała, z różowymi bombkami i delikatnymi światełkami. Koszt niewielki, a radość dziecka przeogromna!




Kolejna rzecz ze skarpetki zrobiona została przy okazji poprzedniego przymusowego siedzenia w domu. Kot powstał pod wpływem chwili, kiedy przeglądałam facebooka. Pokazałam Łucji zdjęcie i zapytałam, czy chce takiego zwierzaka. Oczywiście było to pytanie retoryczne. Przy okazji poszukiwania nowej pary skarpetek zrobiłam porządki w szufladzie. To było dosłownie pół godziny roboty. Kot najpierw został nazwany Lelkiem, ale od wczoraj Łucja przechrzciła go i teraz to Marudek. Na prawdę nie mam pojęcia, skąd ona bierze pomysły na imiona.




Na koniec chciałam się Wam pochwalić kolejnym prezentem. To obrazek ze śliczną laleczką Gorjuss, jaki moja Siostra wyszyła dla Łucji.  To haft krzyżykowy oczywiście, dla mnie wciąż czarna magia. Przecież to wygląda jak namalowane! Karola pięknie wyszywa, ale ma mało czasu na to wciągające, piękne hobby. Tym bardziej doceniam trud, jaki włożyła w wyszycie tego cudeńka. Haft oprawiłam i zawisł na ścianie w Łucji pokoju. Prawda, że piękny?



Następny wpis będzie iście świąteczny, wreszcie! Może już w poniedziałek...
Tymczasem miłego weekendu Wam życzę!

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Nasza 4-latka i moc prezentów

W miniony piątek Łucja skończyła 4 lata. A przecież dopiero co mój Mąż informował Was o pojawieniu się naszego szkraba na świecie. Jeśli miałabym pisać o tych 4 latach książkę, to nosiłaby tytuł "Wzloty i upadki szalonej, początkującej matki". Uczymy się Łucji każdego dnia od nowa. Ja uczę się siebie. Stawiamy czoła najróżniejszym problemom. Od pękających od alergii rączek i strachu przed ciemnością, po kolor sukienki i to, że kanapka jednak miała być z masłem, a nie z dżemem... Wspaniałe 4 lata! 
Tak duża dziewczynka potrzebuje już swojego miejsca, nie tylko do zabaw, ale i do "pracy". Swoją drogą, kiedy jesteśmy na zakupach, Łucja ciągnie koszyk. Jeśli chcę jej go zabrać, to jest wielkie oburzenie i tekst: ale mamoooo! przecież to moja praca! Każdorazowo mnie tym rozbraja i spędzamy na zakupach 2 razy więcej czasu, niż powinnyśmy. Ale przecież nie zabronię jej, jeśli chce mi pomagać. Wracając do miejsca, to moja Siostra zwróciła mi uwagę, że Łucja mogłaby już mieć swoje biurko. Machnęłam ręką. Przecież Łucja jest ciągle taka mała! Kiedy jednak Jagoda na urodziny też dostała biurko, a na jednym z blogów widziałam, że dziewczynka w podobnym wieku stała się posiadaczką swojego pierwszego dorosłego mebla, to stwierdziłam, że coś jednak jest na rzeczy. Wracając z ostatniego długiego weekendu specjalnie opracowaliśmy trasę tak, by zahaczyć o Ikeę. Kupiliśmy dla Łucji biurko Flisat. Na wyborze zaważył fakt, że ma ono regulowaną wysokość, a także, że blat można ustawić pod kątem. Do tego krzesło, które jednak jest odrobinę za duże do najniższego poziomu, więc Lucek siedzi na taboreciku. W przeciągu prawie dwóch lat, od kiedy Łucja dostała swój pokój, zawitało tam dużo więcej różowych i kolorowych rzeczy. Nauczyłam się jednak, że to jej pokój i ma cieszyć ją, a nie zaspokajać moje gusta i poczucie estetyki. Pokój ma być jej azylem, a nie czymś, czym ja się będę chwalić na blogu. No i co? I tak się chwalę! Specjalnie nie przekładałam zabawek. To jej przestrzeń i nie chcę jej zakłamywać. Widzicie gadżet personalizujący biurko? Podpowiem Wam - to tabliczka z imieniem, którą kiedyś zrobiła dla nas Ania




Z tygodniowym wyprzedzeniem zrobiliśmy też Łucji imprezkę. Nie obyło się bez tortu z ulubioną bajką Łucji - Psi patrol. To słodkie dzieło sztuki wykonała Pracownia Tortów Artystycznych - Czar Słodyczy. Oczywiście składniki dobrane zostały tak, by młoda mogła cieszyć się swoim urodzinowym ciastem.


Tuż przed jej dniem w skrzynce zastałam awizo, a tam informację o 3 przesyłkach. Spodziewałam się najwyżej 2, w tym jednej z książką, a tymczasem tuż przed wyjściem na pocztę do drzwi zadzwonił jeszcze kurier. Teraz więc po kolei. Kurier przyniósł paczuszkę od Holly, a tam piękny album bożonarodzeniowy! Już mam pomysł na wykonanie! Ale będzie pamiątka... Nie mogę się doczekać, kiedy wywołam zdjęcia! Do tego była dołączona super kartka z życzeniami i przepyszna herbatka owocowa o smaku szarlotki. Nie dość, że ma przecudnej urody opakowanie, to jeszcze smakuje wybornie! Wiolu, dziękuję Ci tak bardzo, bardzo! Wiesz, co lubię :) 





Pierwsza z odebranych paczek zawierała kupioną przeze mnie książkę - Kronikę Galla Anonima. Czytałam już kiedyś i wierzcie mi, czyta się to może i ciężko, zwłaszcza z aparatem naukowym, ale nie zmienia to faktu, że to chwilami najprzedniejsza sensacja, kryminał i thriller w jednym. 

Kolejna paczuszka zawierała wilczki-baletnice, które zamówiłam dla Łucji w Małej Sztuce. Widziałam u Pauliny liski w podobnej stylistyce i pomyślałam sobie, że Luckowi przypasują wilki. Pewnie Wam nie pisałam, ale Łucja chodzi od września na balet i uwielbia wszelkie baletnice (choć nie tak, jak Psi patrol, ale jednak). 



Paczkę od Ani zostawiłam na koniec. Wystarczyło spojrzenie na naklejkę z wilkiem na kopercie i nie musiałam czytać nazwiska nadawcy. W pierwszej chwili pomyślałam, że pewnie czegoś zapomniałam, jak byliśmy u Ani ostatnio i przesłała nam to. Kiedy otworzyłam przesyłkę - pod czujnym okiem Łucji - z koperty wychylił się uroczy Łoś - super ktoś! I to w towarzystwie pięknego serduszka. A to wszystko okraszone życzeniami urodzinowymi dla Łucji. Ależ ona się cieszyła! Że ma swojego łosia, i że to od cioci Ani! Kiedy przeczytałam jej, że do życzeń dołącza się Argos (pies), to oszalała! Aniu, z całego serca dziękuję Ci za pamięć! Jesteś niesamowita! I jeszcze ten papier z Anną i Elzą... Łucja schowała go jako swój skarb i nie chce oddać... 


I tak oto dobiegła końca dzisiejsza opowieść. Przydługa, ale o naszym dziecku i o tych wszystkich cudnych rzeczach, które ostatnio dostałyśmy, nie mogłam pisać krócej. Mam nadzieję, że rozumiecie... 

środa, 30 listopada 2016

Zamotana, zakręcona

Znowu mamy intensywny czas. Przez ostatni tydzień była u nas moja Siostra. A siostrzane pogaduchy nie sprzyjają blogowaniu, niestety... Karola już jednak poleciała do siebie, a ja wracam do Was. Trochę ostatnio tworzyłam, ale nic świątecznego. W planach mam tylko choinki i kilka bombek udających metalowe. Nie wiem, czy i to uda mi się zrealizować. W końcu do świąt pozostały tylko 3 tygodnie. 
Na początek chciałam Wam dziś pokazać prezent dla Ani, z którą spotkałam się ostatnio. Widziałyście już go na jej blogu. Taca (a w zasadzie tace, bo były dwie) jest zdobyczna, ma swoją długą historię, trzymały ją setki rąk. Ocalona przed zgubną przyszłością czekała u mnie na swoje drugie życie. Kiedy spontanicznie zdecydowaliśmy o wyjeździe na długi weekend potrzebowałam czegoś z duszą, czym mogłabym obdarzyć Anię. Kiedy tak się zastanawiałam siedząc na kanapie, mój wzrok powędrował na szafę w kierunku tacy. Nie zwlekając wyciągnęłam z szafy wosk i pokryłam nim całą powierzchnię podstawki. Na koniec dodałam laboratoryjny stempelek. Sobie chyba zrobię taką samą...



Zdążyłam jednak zrealizować moje rękodzielnicze marzenie - motankę. Ponad rok temu w moim mieście miały być organizowane warsztaty z tworzenia tych lalek, ale było zbyt mało chętnych. Poczytałam wtedy o motankach i zapragnęłam stworzyć ją sobie sama. Ale jakoś mi nie szło. Postanowiłam więc zaprosić do współpracy koleżankę. Z Anetą działałam już rok temu przy okazji warsztatów na Halloween w jej szkole. Wiedziałam więc, że jak się obie za coś weźmiemy, to musi się udać. Spotkałyśmy się więc w ubiegłym tygodniu i zaczęłyśmy plątać, wiązać i wić nasze laleczki. 
Motanki to bardzo ciekawa, słowiańska tradycja. Bardzo rozpowszechniona na Ukrainie, ale i u nas zdobywa co raz większe grono fanek. Są różne ich rodzaje, np. zadanice, czy ziarnuszki. Te pierwsze tworzymy z intencją, życzeniem. te drugie wypełnione są ziarnami i mają za zadanie strzec domowego ogniska. Najważniejsze, o czym trzeba pamiętać, to że nie używamy przy ich motaniu nic ostrego, nożyczek, ani igły. Druga rzecz - nie nadajemy lalce rysów twarzy, ponieważ wtedy lalki zajęłyby się swoimi sprawami. I jeszcze jedno - pracy nad motanką nie wolno przerywać, a na koniec powinniśmy ją obdarzyć czymś cennym, np. sznurem korali, czy inną błyskotką. 





Tworzeniu naszych laleczek towarzyszyły długie, inspirujące rozmowy i wyborne wino. Towarzyszyła także wyjątkowo marudna tego dnia Łucja. Efekty naszej pracy przeszły moje oczekiwania i bardzo mi się podobają. Swoją ziarnuszkę wypełniłam ziarnami pszenicy. Stoi w kuchni i pilnuje, co bym nic nie przypaliła i była dobrą gospodynią. Aneta za to swojej zrobiła przecudny warkocz, ale nie zdradziła mi intencji, w jakiej wykonała swoją zadanicę. Wiem jednak, że chciałbym, abyśmy spotykały się częściej w celach nie tylko rękodzielniczych. 

A propos motania, to w ostatnim czasie wymotałam też komin dla Łucji. Oczywiście w moich ulubionych szarościach, na szydełku. Podszyłam go minki. Często nie jestem zadowolona ze swoich szydełkowych poczynań, ale tutaj wyjątkowo skromna nie będę. Z chęcią zrobiłabym drugi taki dla siebie. Tylko czy starczyłoby mi cierpliwości? 


Na koniec chciałam też Wam coś polecić. Zwłaszcza fanom Harrego Pottera. Miałam okazję przeczytać ostatnio książkę Harry Potter i przeklęte dziecko. To nie powieść, a scenariusz sztuki wystawianej na West Endzie. Współautorką jest oczywiście Rowling. Akcja zaczyna się w momencie zakończenia ostatniej powieści. Harry z przyjaciółmi odprowadzają swoje dzieci na pociąg do Hogwartu. Czarodziej rozmawia z synem o jego wątpliwościach względem szkoły. Mały Albus ma jednak obawy nie tylko przed trafieniem do Slytherinu. Musi zmierzyć się także z legendą ojca. Kandydatów na tytułowe dziecko jest kilku - Albus, jego najbliższy przyjaciel, który być może jest synem samego Voldemorta, czy wreszcie sam Harry. Bo w końcu od spotkania z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać w Dolinie Godryka ciążyło na nim olbrzymie brzemię. 
Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, co było dalej, to z pewnością będziecie tą książką usatysfakcjonowani. Nie polecam jednak tej lektury osobom nie znającym serii. Można się pogubić w odwołaniach do przeszłości ukazywanej w powieści. 

Zdjęcie pochodzi ze strony
Wydawnictwa Moja Rodzina
Muszę się Wam pochwalić, że już niemalże spełniłam po dwakroć swoje noworoczne postanowienie. Miałam czytać jedną książkę na miesiąc. W tej chwili mam przeczytane 21, co - wydaje mi się - jest dobrym wynikiem, zważywszy na fakt, że jestem młodą, aktywną zawodowo mamą... Listę książek przedstawię Wam pewnie przy okazji podsumowania roku. Jest, co czytać! 


poniedziałek, 21 listopada 2016

Żeby życie miało smaczek...

... raz karteczka, raz... cholera, brakło mi rymu. Chyba jednak poemat o zapiekankach z ostatniego posta nie doczeka się kolejnych rymowanek.
W każdym razie dziś rozmaitości. Na początek pudełko - herbaciarka, które zrobiłam na zamówienie dla młodej pary. W środku nie było oczywiście herbaty, a kasa i różne humorystyczne suweniry niezbędne na nową drogę życia. Nie wiem jednak, co konkretnie, bo to już zasługa kreatywności Zamawiającej. Napis tym razem wykonałam stemplami. 





W dalszej kolejności kartka na 18 urodziny fanki Justina Bibera, One D i innych idolów współczesnych nastolatek. Nie znam się na tej muzyce kompletnie, ale znów takie dostałam zamówienie.



Kolejna kartka powstała dla naszego kochanego Patryka. Sąsiad i ulubiony przyjaciel Łucji skończył niedawno 3 latka! Jak ten czas leci. Mały Kawalerze - sto lat!


Na koniec sówka, którą ostatnio wykonałyśmy z Łucją z rolki po papierze toaletowym. Kolorowe papiery (w tym bazowy, wykonany przez Lucka) i oczy zrobiły swoje. Uczymy się ciągle wycinać, bo Łucja ma z tym kłopoty. Ja wiem, że nie powinnam, ale muszę się Wam z czegoś zwierzyć - nasza córka nie przejawia talentów plastycznych. Liczy za to jak najęta i porządkuje wszystko w jednorodne zbiory, czy to kolorystycznie, czy według wielkości. Obawiam się, że będzie - o matko, nie chce mi to przejść przez gardło - umysłem ścisłym! A oboje rodzice przecież humaniści... Cóż, trzeba mi będzie wspierać dziecko w dziedzinach, o których nie mam pojęcia... 


czwartek, 17 listopada 2016

Sentymentalnie o minionym weekendzie

W przyjaciołach naszych powinniśmy szukać tego, co w nich jest najlepsze, i obdarzać ich tym, co w nas jest najlepsze. Wtedy przyjaźń będzie największym skarbem życia.
                                                                         Lucy Maud Montgomery, Ania z Avonela

Od kilku dni zbieram się do napisania posta, ale nie mogę znaleźć odpowiednich słów. Napiszę więc tak, jak czuję. Wiele z Was wie już z bloga Ani, mój dom – moja przystań,  że spotkałyśmy się ostatnio przy okazji długiego weekendu. Ania i jej mąż, Tomek, przywitali nas jak rodzinę – ciepłym domem, pysznym obiadem i prezentami (na zdjęciu tylko mój, bo swoją zawieszkę Michał zabrał do pracy, a Łucja swoje podarki ciągle eksploatuje). Dostałam od Ani jej przecudne anielskie skrzydła. Znalazły swoje miejsce w kuchni nad wejściem. Wyglądają, jakby wisiały tam od zawsze. 


W trakcie rozmowy odkrywałyśmy ze śmiechem ile nas łączy, poza tym, o czym już wiedziałyśmy wcześniej. Także patrząc na naszych mężów miałyśmy wrażenie, że to kuple, którzy spotkali się po latach. Łucja od samego początku podeszła do naszych gospodarzy z ufnością. Zaraz po wyjściu z auta chwyciła Anię za rękę i wpadła do domu niczym małe tornado. Zaanektowała psie legowisko i zmolestowała biednego Argosa, który cierpliwie znosił jej przytulaski. Na koniec zaskoczyła mnie totalnie mówiąc, że ona zostaje. My możemy sobie jechać. Koniec końców pojechaliśmy jednak razem do pensjonatu, a po drodze musiałam tłumaczyć mojemu ciekawskiemu dziecku, co to jest recykling... Następnego dnia Ania z Tomkiem zabrali nas do słynnego Fojutowa, gdzie rzeka płynie pod rzeką, a wzdłuż alejek bobry szykują sobie drzewo na żeremie. Na koniec pyszna pizza na rynku. To niesamowite, jak czas szybko zleciał. W niedzielę trzeba było wracać do domu. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz!




Żyjemy w czasach, kiedy szczerość jest na wagę złota. Wiele osób udaje kogoś, kim nie jest. Powoli traciłam wiarę w ludzi. Jednak w ostatnim czasie spotkałam dwie dziewczyny, które do tej pory znałam tylko z blogosfery i wiarę tą powoli odzyskuję. Zarówno moje czerwcowe spotkanie z Holly, jak i to ostatnie z Anią i Tomkiem uświadomiły mi, że gdzieś tam, po drugiej stronie ekranu siedzą ludzie z krwi i kości, prawdziwi, serdeczni... Pojawiają się w naszym życiu, by coś w nim zmienić, by uczynić je lepszym. Jedni odchodzą aż nazbyt prawdziwie, inni są tylko na chwilę, a jeszcze inni zostają nie tylko w naszym życiu, ale i sercach. Mam nadzieję, że na zawsze.


Moją jedyną nadzieją na nieśmiertelność jest miejsce w twoich wspomnieniach.
                                                          Lucy Maud Montgomery, Wymarzony dom Ani

P.S. Żeby nie było nazbyt pompatycznie, napisałam też Odę do zapiekanek Ani. To najlepsze zapiekanki, jakie jadłam w życiu! 

Drodzy moi i kochani!
Chwalę zapiekanki Ani!
Lepszych w życiu nie pamiętam,
choć je jadam od szczenięcia.
Z ogórkami no i z serem,
są kolacją i deserem.

W piecu specjalnym,
choć nie idealnym,
(bo pokrywa gdzieś zginęła)
zapiekanka się wygrzewa.

Pachnie pięknie pieczarkami,
Rozmaitymi przyprawami...
I jedyna jest jej wada,
że się każdy nią zajada
A więc znika w okamgnieniu
zjem ją jeszcze, choć tylko we wspomnieniu... 

środa, 9 listopada 2016

Love is in the air

Są wieczory leniwe, spędzane pod kocem, z książką lub filmem, kubkiem grzanego wina i w blasku świec. Są też pracowite, dzięki którym mam poczucie, że nie marnuję czasu. Dlatego o dziesiątej wieczorem sprzątałam kuchnię, gotowałam zupę i smażyłam kotlety, a o jedenastej wrzucam posta. Ja wiem, że dla dużej części z Was to norma, ale ja wolę wieczory już mieć dla siebie (i dla męża). Łucja chodzi spać już o ósmej, więc można coś potem jeszcze zaplanować. Dziś mam nadgodziny. 


Będzie więc bardzo pozytywny wpis pełen miłości. Zaprezentować Wam chciałam dwie kartki na wesele. Na końcu będzie książka. 
Jeszcze wiosną koleżanka z pracy poprosiła mnie o wykonanie wyjątkowej kartki na ślub swojego syna. Marzanna jest niesamowicie energetyczną osobą. Jeśli miałabym kiedyś syna, to chciałabym być dla niego taką matką, jak ona dla swojego. I odwrotnie - chciałabym mieć syna, który tak mnie kocha i szanuje... Postarałam się więc, by było bardzo elegancko. Dominujące kolory to biel i beż. Po raz pierwszy zrobiłam także pudełko zamiast koperty. Pełna improwizacja zwieńczona sukcesem! Do odprawienia tych czarów użyłam urządzenia do zaginania papieru, czyli plastikowej podkładki z rowkami i szpikulca zakończonego maleńką kuleczką. Tak, dopóki nie dostałam od mojej siostry tego jakże prostego w formie i obsłudze ustrojstwa, równe zaginanie kartek było dla mnie jak czarna magia... 





Kolejna karteczka, już skromniej obfotografowana, powstała na ślub kuzynki. 


A na koniec obiecana książka. Zachwycałam się ostatnio opowieścią o Świętosławie i początkach państwa polskiego. Zastanawialiście się jednak kiedyś, co by było, gdyby Mieszko I nie przyjął chrztu? Jak potoczyłyby się losy Polaków? Taką ciekawą. alternatywną historię naszego kraju możemy odnaleźć w powieści Szeptucha Katarzyny Bereniki Miszczuk. Polska w czasach współczesnych jawi się nam jako mocarstwo, w którym służba zdrowia działa zgoła inaczej, niż nasz szanowny NFZ. Po studiach medycznych każdy absolwent odbywa staż u szeptuchy, wiejskiej, mądrej baby, która jest - można to tak określić - pierwszą pomocą przedmedyczną. To do niej można iść po maść na kurzajki, specyfiki na kaszel, czy psychologiczną poradę. Ona także poradzi, co zrobić, by krowa na powrót dawała mleko. Do takiej właśnie wiedźmy zgłasza się na praktykę Gosia, główna bohaterka, zatwardziała ateistka panicznie bojąca się kleszczy i wyśmiewająca wszelki zabobon. Zostaje wplątana w intrygę, w której stawką jest życie i miłość, a pod maskami zwykłych ludzi kryją się bogowie i demony. Książka ta to połączenie fantasy i romansu ze sporą dawką słowiańskiej mitologii. Trzeba przyznać, że autorka odrobiła zadanie domowe z kulturoznawstwa i folkloru. I choć nie przepadam za ckliwymi historiami, to polecam Wam Szeptuchę. Nie ma tam wielkiej polityki, przynajmniej w odniesieniu do alternatywnej teraźniejszości. Nie ma nagonki na chrześcijański Zachód. Jest za to ciekawa historia, którą warto poznać. Poniższa ilustracja pochodzi ze strony wydawnictwa.









niedziela, 6 listopada 2016

Fashion weekend i przepis na gęś

Panie i Panowie!  Na początek dzisiejszego spotkania pokaz szalonej kolekcji zimowej stworzonej specjalnie z myślą o triceratopsach*. Nasza modelka - witaj Kropko! - ma na sobie komplet, który sprawdzi się na każdym zimowym spacerze. Wykonane z szarej włóczki komin oraz czapka wykończone są skórzano-metalowym detalem. Na ocieplaczach na nóżki znajdują się za to drewniane gwiazdki. Czyż to nie szczyt zimowej elegancji? Bazą stylizacji jest brązowy sweterek, także wykonany przy pomocy szydełka. Kopertowe zapięcie wieńczy drewniany guzik - serduszko. 







Druga kolekcja stworzona została dla małej księżniczki. Dwie spódniczki nadają się do noszenia zarówno do przedszkola, jak i na zakupy, czy na spacer. Pierwsza nawiązuje do słowiańskiego stylu lansowanego swojego czasu przez jedną z polskich wokalistek. Na zdjęciu modelka ma także czerwoną koszulkę z patriotycznym nadrukiem. 





Druga spódniczka powstała z bardzo modnego dresowego materiału, ozdobiona bawełnianą tasiemką o kilka odcieni ciemniejszą od ubrania. Idealna do eleganckich stylizacji i niezastąpiona do tych sportowych.



Na koniec coś dla małych fashionistek - worek na strój do ćwiczeń. Będący na topie materiał w biało - niebieskie zygzaki jest tylko tłem do narysowanego kucyka pony z tak lubianej przez większość małych dziewczynek bajki. Obrazek wykonano przy pomocy pasteli stworzonych z myślą o rysowaniu na materiale. Worek został spersonalizowany - dodano imię właścicielki. 




To wszystko na dziś! W przygotowaniu następne kolekcje, tak dla dziewczynek, jak i ich zabawek. 

*triceratops o imieniu kropka pochodzi ze sklepu Built a Bear. Można tam wybrać ulubioną maskotkę, włożyć do środka serduszko, a potem, na oczach dziecka, maskotka wypełniana jest watoliną. Oczywiście do dyspozycji jest cała masa ślicznych ubranek. Oto jak w cudowny sposób można połączyć miłość do dinozaurów i księżniczek! Kropka w swojej szafie posiada bowiem wspaniałe różowe sukienki, wrotki, okulary, czy też stylowe szpileczki. 

 *********

Tymczasem w kuchni dziś ekstrawagancja - filet z gęsi zapiekany w jabłkach i rozmarynie, podany na opieńkach duszonych z cebulką. 


Filet moczymy przez noc w solance. Następnie odlewamy wodę i nacieramy pieprzem i rozmarynem. Odkładamy na kolejną godzinę. Jabłka obieramy i kroimy w ćwiartki, wykładamy nimi dno naczynia żaroodpornego. Wykładamy nań zamarynowane filety. Pieczemy jakieś półtorej godziny. 
Opieńki obgotowujemy dwa razy (drugi raz w wodzie z solą). Na patelni podsmażamy cebulkę, dodajemy ugotowane grzyby, dolewamy odrobinę wody, sól i pieprz. Dusimy pod przykryciem 15 minut. Myślę, że zamiast opieniek można wykorzystać inne grzyby. My nasze zebraliśmy przez południem tuż przy rodzinnym domu, że tak powiem, w ogródku. Oczywiście gatunek znany i sprawdzony przez teścia - zapalonego grzybiarza. Absolutnie nie polecam Wam zbierania grzybów, których nie znacie!