Zastanawiam się czasem, jak to było zanim zajęłam się rękodziełem. W sensie tak na poważnie, bo wcześniej zdarzało mi się coś popełnić, ale bez rewelacji. Przychodziłam do domu, robiłam obiad, jadłam go z Mężem, a potem kocyk, tv, przedwieczorna drzemka... Bezproduktywna, leniwa, beznadziejna, tak wtedy o sobie myślałam. Nie wiem, kiedy nastąpił zwrot, co sprawiło, że znalazłam w sobie siłę na zmiany... Mam kilka typów, kilka osób, które mnie mobilizowały (dziękuję, Misiu!), ale przecież czynników zawsze jest wiele. I zastanawiam się też ostatnio, czy to do końca dobrze się stało, hihi, a to dlatego, że chodzę niewyspana, z umazianymi farbą włosami (o czym dowiaduję się najczęściej 5 minut przed wyjściem do pracy, jak zwykle wstana za późno, jak zwykle w biegu robiąca makijaż). Ale potem patrzę na to, co zrobiłam, na Wasze komentarze, na zachwyconą twarz Męża (przecież nie może udawać zachwytu non stop, poza tym jak mi coś nie wyjdzie, to on zawsze prawdę mi powie) i jakoś mi wątpliwości odchodzą.
Po tym, jakże egzystencjonalno-filozoficznym wstępie czas na fotki moich ostatnich poczynań.
Na pierwszy ogień idą, jak zwykle ostatnio, bombki. No okej, na razie jedna, ale spora. Będzie ona prezentem od dzieci dla nauczycielki. Musiałam zmieścić nie tylko życzenia, ale i imiona 27 dzieciaczków... Jak je już wszystkie umieściłam, to oczy wychodziły mi z orbit. Tyle potrzeba skupienia, a tu ręka się trzęsie, pies koło nogi biega i jeszcze bądź mądra i myśl o tym, żeby nie za duże literki malować, bo się któryś dzieciak nie zmieści i potem będzie płacz... Hihi, jak ja lubię takie wyzwania! Wyszło całkiem przyzwoicie, mam nadzieję, że to nie są objawy samozachwytu i Wam też się podoba:
(Informacja dla Gosi, dla której powstała ta bombowa bombka: nie wiem, czy zobaczysz najpierw oryginał, czy powyższe zdjęcia, więc dla uspokojenia powiem tylko, że nazwisko pani Anety jest, ino tutaj zamazałam, co by mnie potem GIODO nie ścigał)
Teraz prezencioch dla ubiegło niedzielnej solenizantki, Basi. Dostała już, więc mogę się tu pochwalić:
Herbaciarka i podkładki w kolorach, które ostatnio lubię najbardziej. Do tego koroneczka, zawartość w postaci kilku torebek pysznej herbatki i prezencik prosto z serca gotowy!
Tutaj to już wariacja na temat shabby chic:
Wygrzebałam ci to ostatnio spod walącej się szopy (gdzie wlazłam ku zdecydowanemu sprzeciwowi ze strony Męża) i zabrałam do domu. Nie było to ładne, sklecone na szybko pewnie przez mojego Tatę, służyło za pojemnik na gwoździe i śruby. Z napisem wyszło tak sobie, miał być szablon, nie wyszedł, więc zamalowałam dziada i dodałam transferowy zegarek.

Jeszcze nie wiem, za co posłuży. Pewnie wrzucę tam jakieś drobiazgi, czasem zrobię jakąś dekorację, może wiosną skrzyneczka zadomowi się na balkonie w towarzystwie kwiatków... O! Przypomniała mi się baśń Hansa Christiana Andersena pt. Imbryk. Opowiadała ona o imbryku (a to ci dopiero niespodzianka!), który się zbił, czy tam odleciało mu ucho, nie pamiętam. W każdym razie został wyrzucony. Dostała go jakaś kobieta i posadziła w nim cebulkę kwiatka. Imbryk czuł, jak kwiat w nim rośnie i cieszył się, że jest jeszcze potrzebny, że to rosnąca w nim roślinka, a nie on jest podziwiany. Potem jednak stwierdzono, że piękny kwiat zasługuje na nową doniczkę, imbryk rozbito i wyrzucono, ale zostały mu wspomnienia. Tak tą baśń zapamiętałam z dzieciństwa, możliwe, że coś przekręciłam, ale sens jest taki, że nie ważne jak coś jest stare i zniszczone, zawsze to można jeszcze wykorzystać, dać drugą szansę, oraz że dopiero dbając o kogoś innego, niż my sami możemy poczuć się na prawdę szczęśliwi. Ma więc taką szansę i moja skrzyneczka. Nie szansę na bycie użytecznym, ale na to, by czuć się potrzebnym i wiem, że jej nigdy nie wyrzucę (ostatnio miałam okazję poczuć się jak imbryk, z którego wyrwało się kwiat zaraz po zasadzeniu, ale historia to zupełnie nie blogowa i już zresztą nieaktualna). Może to ta zapamiętana w dzieciństwie baśń sprawia, że do tej pory kleję każdy kubeczek, który stłukę i wykorzystuję np. na długopisy (jak ten w pracy, od Mamy), czy na pędzle (w domu).


A w ogóle ten zielony kubasek, mój ukochany, dostałam od przyjaciółki na mikołajki w liceum. Ma już swoje lata, ale nawet jak popękał nie wyrzuciłam go. Jest teraz dla mnie wspomnieniem i symbolem pięknej przyjaźni, która przetrwała niejedno. Nie widzimy się z Kamilą już tak często, w zasadzie, to sporadycznie i przypadkiem, ale nadal trzymam dla niej miejsce w moim serduchu. Takie mam głupie wyobrażenie, że jak długo przetrwa kubek, tak długo będzie trwała i nasza przyjaźń...
O matulo, ale dziś mnie wzięło na takie klimaty! Kończę już, kończę i nie męczę Was dłużej :D
A może wybiera się któraś z Was na targi sztuki i rękodzieła do Poznania w najbliższy weekend? (informacje
tutaj). My jedziemy w niedzielę. Już nie mogę się doczekać!