poniedziałek, 12 grudnia 2011

Poznań i setny komentarz

W dniu wczorajszym odwiedziliśmy targi sztuki i rękodzieła w Poznaniu. Dopiero, kiedy zobaczyłam to miasto, odetchnęłam powietrzem (i spalinami), uzmysłowiłam sobie, jak bardzo za nim tęskniłam. Studiowałam tam trzy lata i okres ten wspominam jako najlepszy w życiu – cudowni ludzie, fantastyczna atmosfera, imprezy u Asmo (kumpel z roku), spacery nad Wartą, wspólne zamieszkanie z Mężem... Eh, bo się znowu rozczulę :) Tymczasem kilka wczorajszych fotek, głównie z kamienicy, w której mieszka moja kuzynka Anita. Światło było cudowne, więc nie mogłam się powstrzymać:


W każdym razie na targach było super - wystawcy i w ogóle wszystko na plus. Tylko mój Mąż co chwila zbierał szczękę z podłogi, bo był wprost zachwycony większością pokazywanych rzeczy. Mnie najbardziej urzekły skarpetkowe króliki, nocnik (i całe stanowisko Wolsztyńskiego Domu Kultury), a także oprawione w skórę albumy, kalendarze, notatniki, skrzynie (!). No i przemiły młody człowiek, który mnie troszkę podpuszczał, że a to chce być na zdjęciu, a to nie. Jak ja lubię takich wesołych flirciarzy! (hihi, mój Mąż już mniej, ale wyrozumiały jest, prawdziwy Skarb!) Poza tym naoglądałam się pięknych dekupażowych różności, frywolitek, biżuterii... Oj, czego tam nie było! Po prostu pochłaniałam wszystko oczami!
Oto bardzo subiektywna fotorelacja z targów (zdjęcia konkretnych stanowisk zrobiłam po uzgodnieniu z wystawcami).



A to już kilka drobiazgów, w które się zaopatrzyłam:



A teraz troszkę z innej beczki. Ostatnio, no w sumie to już ponad tydzień temu stuknął mi na blogu setny komentarz. Jeszcze zanim się pojawił postanowiłam, że uhonoruję autorkę tegoż jakimś miłym drobiazgiem. Każdego dnia sprawdzałam, czy to już i wreszcie się doczekałam! A szczęśliwą Autorką okazała się Qrka!


Musiała troszkę poczekać za paczuszką ode mnie, ale dziś dostałam informację, że już ją ma. Pochwalę się więc, co owa malutka paczuszka w części zawierała. A były to: zawieszka, kolczyki i dwie zakładki zrobione specjalnie dla Qrki. Wiem już, że przypadły jej do gustu, więc teraz mam nadzieję, że posłużą długo w wielu przeczytanych książkach. Oj, jak ja lubię robić niespodziewajki i prezencioszki :)


No i jeszcze nie mogę nie wspomnieć o naszych super znajomych, Kasi i Tomku, których przy okazji wizyty w Poznaniu odwiedziliśmy. Są po prostu niesamowici! No bo co innego można powiedzieć o ludziach, którzy specjalnie z myślą o mnie zostawiają ciekawe butelki, żebym później miała co ozdabiać? A ja to wiecie, taki zbieracz jestem. Ostatnio jak kupuję winko, to najpierw patrzę na potencjał opakowania, a dopiero później na resztę :) Podejrzewam, że już niedługo pokarzę Wam rzeczone butelki po fejsliftingu. Niech no się skończy to świąteczne szaleństwo.

Pozdrawiam cieplutko i serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze!

piątek, 9 grudnia 2011

Dla cierpliwych :D

Zastanawiam się czasem, jak to było zanim zajęłam się rękodziełem. W sensie tak na poważnie, bo wcześniej zdarzało mi się coś popełnić, ale bez rewelacji. Przychodziłam do domu, robiłam obiad, jadłam go z Mężem, a potem kocyk, tv, przedwieczorna drzemka... Bezproduktywna, leniwa, beznadziejna, tak wtedy o sobie myślałam. Nie wiem, kiedy nastąpił zwrot, co sprawiło, że znalazłam w sobie siłę na zmiany... Mam kilka typów, kilka osób, które mnie mobilizowały (dziękuję, Misiu!), ale przecież czynników zawsze jest wiele. I zastanawiam się też ostatnio, czy to do końca dobrze się stało, hihi, a to dlatego, że chodzę niewyspana, z umazianymi farbą włosami (o czym dowiaduję się najczęściej 5 minut przed wyjściem do pracy, jak zwykle wstana za późno, jak zwykle w biegu robiąca makijaż). Ale potem patrzę na to, co zrobiłam, na Wasze komentarze, na zachwyconą twarz Męża (przecież nie może udawać zachwytu non stop, poza tym jak mi coś nie wyjdzie, to on zawsze prawdę mi powie) i jakoś mi wątpliwości odchodzą.
Po tym, jakże egzystencjonalno-filozoficznym wstępie czas na fotki moich ostatnich poczynań.
Na pierwszy ogień idą, jak zwykle ostatnio, bombki. No okej, na razie jedna, ale spora. Będzie ona prezentem od dzieci dla nauczycielki. Musiałam zmieścić nie tylko życzenia, ale i imiona 27 dzieciaczków... Jak je już wszystkie umieściłam, to oczy wychodziły mi z orbit. Tyle potrzeba skupienia, a tu ręka się trzęsie, pies koło nogi biega i jeszcze bądź mądra i myśl o tym, żeby nie za duże literki malować, bo się któryś dzieciak nie zmieści i potem będzie płacz... Hihi, jak ja lubię takie wyzwania! Wyszło całkiem przyzwoicie, mam nadzieję, że to nie są objawy samozachwytu i Wam też się podoba:



(Informacja dla Gosi, dla której powstała ta bombowa bombka: nie wiem, czy zobaczysz najpierw oryginał, czy powyższe zdjęcia, więc dla uspokojenia powiem tylko, że nazwisko pani Anety jest, ino tutaj zamazałam, co by mnie potem GIODO nie ścigał)

Teraz prezencioch dla ubiegło niedzielnej solenizantki, Basi. Dostała już, więc mogę się tu pochwalić:


Herbaciarka i podkładki w kolorach, które ostatnio lubię najbardziej. Do tego koroneczka, zawartość w postaci kilku torebek pysznej herbatki i prezencik prosto z serca gotowy!

Tutaj to już wariacja na temat shabby chic:

Wygrzebałam ci to ostatnio spod walącej się szopy (gdzie wlazłam ku zdecydowanemu sprzeciwowi ze strony Męża) i zabrałam do domu. Nie było to ładne, sklecone na szybko pewnie przez mojego Tatę, służyło za pojemnik na gwoździe i śruby. Z napisem wyszło tak sobie, miał być szablon, nie wyszedł, więc zamalowałam dziada i dodałam transferowy zegarek.


Jeszcze nie wiem, za co posłuży. Pewnie wrzucę tam jakieś drobiazgi, czasem zrobię jakąś dekorację, może wiosną skrzyneczka zadomowi się na balkonie w towarzystwie kwiatków... O! Przypomniała mi się baśń Hansa Christiana Andersena pt. Imbryk. Opowiadała ona o imbryku (a to ci dopiero niespodzianka!), który się zbił, czy tam odleciało mu ucho, nie pamiętam. W każdym razie został wyrzucony. Dostała go jakaś kobieta i posadziła w nim cebulkę kwiatka. Imbryk czuł, jak kwiat w nim rośnie i cieszył się, że jest jeszcze potrzebny, że to rosnąca w nim roślinka, a nie on jest podziwiany. Potem jednak stwierdzono, że piękny kwiat zasługuje na nową doniczkę, imbryk rozbito i wyrzucono, ale zostały mu wspomnienia. Tak tą baśń zapamiętałam z dzieciństwa, możliwe, że coś przekręciłam, ale sens jest taki, że nie ważne jak coś jest stare i zniszczone, zawsze to można jeszcze wykorzystać, dać drugą szansę, oraz że dopiero dbając o kogoś innego, niż my sami możemy poczuć się na prawdę szczęśliwi. Ma więc taką szansę i moja skrzyneczka. Nie szansę na bycie użytecznym, ale na to, by czuć się potrzebnym i wiem, że jej nigdy nie wyrzucę (ostatnio miałam okazję poczuć się jak imbryk, z którego wyrwało się kwiat zaraz po zasadzeniu, ale historia to zupełnie nie blogowa i już zresztą nieaktualna). Może to ta zapamiętana w dzieciństwie baśń sprawia, że do tej pory kleję każdy kubeczek, który stłukę i wykorzystuję np. na długopisy (jak ten w pracy, od Mamy), czy na pędzle (w domu).



A w ogóle ten zielony kubasek, mój ukochany, dostałam od przyjaciółki na mikołajki w liceum. Ma już swoje lata, ale nawet jak popękał nie wyrzuciłam go. Jest teraz dla mnie wspomnieniem i symbolem pięknej przyjaźni, która przetrwała niejedno. Nie widzimy się z Kamilą już tak często, w zasadzie, to sporadycznie i przypadkiem, ale nadal trzymam dla niej miejsce w moim serduchu. Takie mam głupie wyobrażenie, że jak długo przetrwa kubek, tak długo będzie trwała i nasza przyjaźń...

O matulo, ale dziś mnie wzięło na takie klimaty! Kończę już, kończę i nie męczę Was dłużej :D

A może wybiera się któraś z Was na targi sztuki i rękodzieła do Poznania w najbliższy weekend? (informacje tutaj). My jedziemy w niedzielę. Już nie mogę się doczekać!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Efeky pracowitego weekendu

W miniony weekend, oprócz miłego wypadu do Wujka na wieś, nie miałam zbyt dużo czasu na wypoczynek. Zaczęło się w ubiegłym tygodniu od wspomnianego już zamówienia na bombki od koleżanek z pracy. Tym razem realizowałam prośbę Ani (tym samym przestaję używać inicjałów, które troszkę mnie już zmęczyły). W jego skład weszły:

- Butelka na oliwę z motywem lawendy (nie mogłam się powstrzymać i musiałam dorobić łopatkę)


- Bombka dla Mai (koniecznie „z czymś różowym”)


- wymagające lakierowania słoiki na kawę, herbatę i cukier, które pokazywałam tutaj

A tak zupełnie już dla siebie, wreszcie udało mi się odnowić szafkę na klucze. Pasuje mi teraz do sekretarzyka.


Oczywiście w ferworze pracy zapomniałam o zrobieniu zdjęcia przed rozpoczęciem prac, zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem. Szafka ta była bowiem jednym z pierwszych, całkiem nieudanym produktem dekupażowym, który wyszedł spod moich niezgrabnych łapek. Dlatego teraz przybrała wygląd bardziej pasujący do przedpokoju, ozdobiona została transferem.


Zaczęłam robić jeszcze coś, ale to niespodziewajka dla mojej przyjaciółki, więc pokarzę troszkę później :D

A teraz czas na podziękowania za komentarze pod bombkowym postem: bardzo, bardzo Wam wszystkim dziękuję!!! Dzięki Wam mam siły do realizacji następnych projektów.

Pozdrawiam cieplutko!

sobota, 3 grudnia 2011

Bombki, ikony, koszyki.... czyli co tam panie u dworu słychać?

Bardzo Wam dziękuję za miłe słowa i życzenia zdrowia pod poprzednim postem. Czuję się już dużo lepiej. Moje mieszkanko przeżywa więc bomb(k)owy nalot. Desant trwa! Tym bardziej, że posypały się zamówienia. Będą więc bombki duże i małe, w kwiatki i motylki, renifery i Mikołaje, jedna nawet z radiowozem... Już się nie mogę doczekać, żeby Wam pokazać efekt finalny! Te poniżej, to taki mały przedsmak. Kilka z nich już ma nowych właścicieli.



W koszyku czekają następne, większe:

Ostatnio wrzuciłam migawkę z prac nad ikonami... Tadam! Oto one (ikony zeskanowałam, bo fotki wychodziły okropne, pełne odblasków lub rozmazane; efekt może też nie najlepszy, ale zawsze jakiś):


Ciągle eksperymentuję. Tym razem wydruk naniosłam za pomocą transferu, skutkiem czego wyglądają one bardziej „naturalnie”. Efekt osobiście bardzo mi się podoba, ale wiem, że następnym razem będę musiała popracować nad tłem, bezpośrednio pod grafiką. Muszę teraz tylko jechać na wieś i rozwalić starą szopę, coby jakieś fajne deski mieć na zapas. Mmm, szykuje się mała demolka :D Akurat w moim rodzinnym domu stoi (ledwo) szopa i to taka do rozbiórki. Jak my tego nie zrobimy, to bidula padnie przy pierwszej wichurze. A tak będę miała desek po uszy!

Chciałabym Wam jeszcze pokazać koszyki, które wyplatał mój Tata. Sama mam ich trzy, ale powstało ich całe mnóstwo. Tata plótł głównie z wierzby, ale zdarzało mu się też używać takich materiałów, jak chociażby korzeń. Koszyki powstawały małe i duże, całe i „połówki” do powieszenia na ścianę. W okolicach nie ma chyba dzieciaczka, który by nie dostał swojego koszyczka. Ja, w końcu też dzieciaczek, mam jedno takie maleństwo. Trzymam w nim różne rzeczy, czasami robię dekoracje, a czasami po prostu cierpliwie czeka on na moje pomysły. Duży koszyk służy czasem jako podręczny pojemnik na wełnę, czy teraz na bombki w trakcie malowania. „Połówka” natomiast stoi sobie na rurce w kuchni. Najczęściej trzymam w nim cebulę i czosnek.



Sama też chciałabym się umieć wyplatać. Byłoby fajnie... Szkoda, że Tata nie zdążył mnie nauczyć... Jak widać, manualne zdolności odziedziczyłam po nim. Bo Tata robił nie tylko koszyki, ale zdarzało mu się coś wyrzeźbić w korze, czy stworzyć ozdobę do ogrodu, np. takiego koziołka, który cieszył się ogromnym zainteresowaniem żywych kóz, które kiedyś mieliśmy:


Tymczasem, z samego rana przyłapałam w sypialni wschodzące ponad bloki słońce. Prawda, że piękne?


Teraz niestety już się schowało i jest szaro i buro. Dlatego podążam w kierunku kuchni, zrobię gorąca czekoladę i zabieram się do pracy.

Przyjemnego weekendu życzę!

niedziela, 27 listopada 2011

Dopadło mnie...

… i to podwójnie. Po pierwsze przyplątało mi się przeziębienie jakieś, głowa mi pęka, gardło boli. Na dodatek położyć się nie mogę, bo dopadło mnie drugie. A tym drugim jest gorączka, świąteczna. Naoglądałam się Waszych blogów, niemal na każdym już czuć Boże Narodzenie, a u mnie jeszcze mocno listopadowo. Od kilku dni krzątam się i w niemal każdym pomieszczeniu zostawiam pozostałości swoich genialnych pomysłów. Część robię w mojej przedpokojowej „pracowni”, część w kuchni, gdzie jakoś najlepiej działa mi się z klejem na gorąco, a część w salonie, gdzie mogę jednocześnie dłubać i oglądać dobry film.
W dużym skrócie postanowiłam zaprezentować efekty moich prac. Na razie „w kupie”, bo aranżacje świąteczne będę robić dopiero z tydzień przed świętami, żeby na razie nacieszyć się jesienno-fioletowymi dekoracjami w domku.


Świeczniki zrobiłam ze szklanek, na które naciągnęłam „psie” skarpetki. Moja Fretka niestety ma za duże łapki i nigdy ich nie nosiła. Wreszcie znalazłam dla nich zastosowanie. Kolorystycznie pasują mi do kuchni i pewnie tam już zostaną, choć teraz to tylko przymiarka. Pewnie również w kuchni przywieszę serduszka. Zakochałam się w nich widząc ich różnorodność na Waszych blogach. Mam więc też swoje, zrobione z filcu i płótna.
Zapowiedzią kolorystyki świątecznej w salonie jest wianek. Styropianową podstawę kupiłam niedawno i koncepcję miałam zupełnie inną, ale ostatecznie wyszło coś takiego, jak na powyższym obrazku. Biało-zielone kwiatki ukręciłam z filcu, troszkę się namęczyłam, ale chyba było warto.
Eko-choinka trafi do przedpokoju. Ozdobiona naturalną rafią, drewnianymi guzikami, szarym płótnem, roztacza piękny zapach anyżkowyh kwiatków.


Tymczasem chwila wytchnienia. Pisząc popijam sobie gorącą czekoladę, zajadam mandarynki, które niezmiennie przywodzą mi na myśl święta. A i witaminki C troszkę sobie przyswoję.


I jeszcze migawka z „pracowni”, gdzie powstają ikony dla A.

Życzę Wam miłego tygodnia!

środa, 23 listopada 2011

Odkurzyłam misie :)


Za namową Penelopy przyłączyłam się do akcji organizowanej przez Bajeczną Fabrykę „Odkurz swojego misia”. To rewelacyjny sposób na to, by na chwilę wrócić do dzieciństwa. Większość z nas miała swojego małego, pluszowego przyjaciela, któremu powierzała swoje największe sekrety. Ja miałam Grażynkę, uroczego biało-fioletowego królika z serduszkami na uszach.


Dostałam ją od Mamy, kiedy miałam 8 lat. Mama była wtedy z moją siostrą w szpitalu w Warszawie przez trzy tygodnie i podała mi tego misia przez Ciocię, która je w stolicy odwiedziła. Od tamtej pory Grażynka jeździła ze mną praktycznie wszędzie. Była w Pradze, w Wiedniu, we Lwowie i w Londynie... Jeszcze w ubiegłe wakacje zabrałam ją w długą podróż do Albionu. Po prostu światowy królik! Jej kolor zmuszał mnie do częstego prania, skutkiem czego Grażynka straciła wzrok (czyt. zmazała jej się farba z oczu). Pamiętam, jak pobiegłam z płaczem do Taty, że Grażynka nie widzi i że koniecznie musi jej zrobić okulary. Przez jakiś czas nosiła więc moja króliczyca druciane okularki, a potem odkryłam magię wodoodpornych markerów. Wiosną tego roku odkurzyłam Grażynkę i teraz znowu siedzi na stoliku nocnym w sypialni. Strzeże moich snów.

Ale Grażynka to nie jedyny pluszak, jakiego miałam. A miałam ich sporo, prawdziwą kolekcję. Każda z maskotek miała swoje imię (upodobałam sobie wtedy nazwy zespołów disco polo, nie pytajcie dlaczego, bo sama nie wiem). Byłam zdania, że jak wezmę do spania jednego, to innym będzie smutno i najczęściej obkładałam nimi całe łóżko. Takie to miałam dziecięce fantazje... Niestety nie dysponuję zdjęciem z tamtych czasów, a teraz próżno szukać zagubionych piesków i innych stworków po szafach. Niektóre z nich zasiliły już pluszowe szeregi innych dziecięcych przytulanek, niektóre zginęły śmiercią tragiczną w zębach naszych licznych psich przyjaciół...

A teraz jeden z moich najstarszych misiów. Bezimienny. Ale to taki prawdziwy misio z dawnych lat, co to ma trocinki w brzuszku.


Kilka lat temu dorobił się pomarańczowego sweterka. Koledzy zażartowali, że mógłby mieć jeszcze z przodu gruszkę. Wyszyłam więc zielony owoc, a muszę się przyznać, że nie widziałam wtedy jeszcze filmu „Chłopaki nie płaczą”. Czułam się potem jak ostatni debil, co to się śmieje godzinę po tym, jak usłyszał świetny dowcip. Na szczęście mam dużo dystansu do takich wpadek we własnym wykonaniu. Za dużo ich już było...

A tak prezentują się inne misie u mnie w sypialni.


Ten szary to prezent od Siostry, ma termoforek w środku. Ta kremowa króliczyca, to z kolei Michalinka, prezent od M. Sukienkę jej uszyłam, bo trochę goła była. Pozostałe to podarki od Mamy, dla której chyba ciągle jestem małą córeczką... Czekają więc sobie te misie na kolejne małe duszyczki w rodzinie, które będą je tulić i szeptać do pluszowych uszek o swoich małych-wielkich problemach.

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Misia!

poniedziałek, 21 listopada 2011

Podusia dla Małej Damy i inne różności

Dziś prezentuję to, co ostatnio zapowiadałam, a więc prezent dla Córeczki mojej Przyjaciółki. Jak tylko zobaczyłam ten wdzięczny rysunek u Graphic Fairy wiedziałam, że musi z niego powstać śliczny hafcik. Początkowo chciałam wstawić go w ramkę, ale po namyśle uznałam, że podusia będzie odpowiedniejsza.



Szczerze mówiąc wyszywania krzyżykami jeszcze nie próbowałam, przeraża mnie pracochłonność tej metody. Wolę „malować” w sposób taki, jak na poduszce. W poznawaniu tajników igielnianej sztuki pomogła mi książka Haft wełną od A do Z. Najpiękniejsze ściegi, materiały, pomysły (Warszawa 2005).


Swego czasu kupiłam ją w Świecie Książki. Od tamtego czasu skorzystałam z wielu zawartych w niej wzorów i ściegów. Przyznam szczerze, że są takie, które ciągle mnie przerażają, ale przecież człowiek uczy się całe życie :)
Przy okazji chciałam się pochwalić jednym z najnowszych zakupów „narzędziowych”, nożyczkami.


Kupiłam je za grosze w Kauflandzie i tak bardzo się z nich cieszę! Marzyłam o podobnych i w końcu, przez zupełny przypadek, mam! Jak to małe rzeczy potrafią sprawić przyjemność. Na zdjęciu nożyczki pozują razem z innym hafciarskim przydaniem, ze słoikiem na nitki – igielnikiem. Bardzo podręczna sprawa. Zbieram końcówki kordonków, skrawki materiałów i potem upycham w misie albo inne wytworki potrzebujące wypełnienia. Taki hafciarsko-krawiecki recykling.

Kolejne... coś, heh, to wianek. Tyle się u Was naoglądałam podobnych wspaniałości, że postanowiłam uwić własny. Powstał z brzozowych gałązek, szyszek, sznurka i kawałka bawełnianej tasiemki. Na razie zdobi ścianę w przedpokoju, ale na święta pewnie znajdę mu bardziej zaszczytne miejsce.


To pierwszy mój wianek, więc z radością przyjmę wszelkie Wasze opinie, te niepochlebne też.

A teraz uwaga, uwaga... Dałam się skusić na pierwsze świąteczne zakupy.


Gwiazdka-świecznik i styropianowy okrąg, z którego powstanie ozdoba nad stół, w sensie podwieszana do żyrandola. Ale o tym w swoim czasie. Na razie cieszę się jeszcze jesienią i fioletami w salonie. Pewnie z ubraniem choinki znów będę czekać do ostatniej chwili...

P.S. Wiem, wiem, jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia... Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie ponad to, że w przyjaźni ostatnio mi nie wychodzi, w tej z aparatem zwłaszcza...

piątek, 18 listopada 2011

Twórcze cieplenie

Praca wre! Nareszcie! Od poniedziałku zabrałam się za nadrabianie zaległości. Kolejne pozycje na swojej handmade'owej liście mogę odkreślić.
Na pierwszy ogień poszło zamówienie od koleżanki z pracy, A. Opowiadałam jej kiedyś o swoich pasjach, zapytała, czy mogłabym jej zrobić kolczyki z Marylin Monroe. A pewnie, że mogę! I to z jaką chęcią.


Nie wiedziałam tylko, że transfer na tak małej powierzchni może przysporzyć takich nerwów. W końcu jednak się udało. Tło domalowane, kryształki przyklejone... Aha, pewnie się domyślacie, że cyrkonie to nic innego, jak ozdoba do paznokci. Przyklejone zostały na klej szewski, więc mam nadzieję, że łatwo nie odpadną.

źródło zdjęcia: http://marilynmonroequotesz.com/

Kolejna rzecz, również dla A., to butelka na sól do kąpieli. Dostałam zdjęcie kafelków i musiałam znaleźć coś, co by pasowało, zarówno kolorystycznie, jak i tematycznie. Egipt jest bardzo wdzięcznym motywem, zwłaszcza jesienią, więc praca nad tą butelką przysporzyła mi wiele radości. Ciepłe, słoneczne barwy, będące odskocznią od dominujących ostatnio u mnie b&w, egzotyczne palmy... Nic, tylko wskakiwać w bikini!


Palmy zostały przeniesione za pomocą transferu, ale piramidy malowałam już sama (nieudolnie zresztą). Był jeszcze koleś na wielbłądzie, ale i tu rozmiar obrazka przyczynił się do jego unicestwienia podczas próby nałożenia. No dobrze, mój brak cierpliwości chyba przyczynił się do tego bardziej... Tak to już jest, że im bardziej człowiek się stara, tym bardziej mu nie wychodzi. Efekt w każdym razie jest zadowalający. Najważniejsze, że butelka spodobała się A. O to przecież chodziło.

Na koniec zostawiłam butelkę, która już jakiś czas czekała pomalowana na ładny motyw. Sam kształt jest bardzo zimowy, chciałam zatem, aby zdobiąca ją grafika również była utrzymana w tych klimatach. Wymyśliłam, że ładnie wyglądały na niej ptaszki siedzące na oszronionej gałęzi. Butelka jednak leżała w szafce, a ja nawet specjalnie nie szukałam wymarzonych ptaszków. Jakież było więc moje zdumienie i jakaż radość przepełniła me serce, kiedy u Graphic Fairy i na Słowiańskiej 7 zobaczyłam ptasie choinki! Dwie i to tego samego dnia! Ta od GF wydała mi się jednak bardziej przejrzysta i to ją wykorzystałam do lodowej butelki. Z drzewka niewiele zostało, ale przecież chodziło o same ptaszki... Świątecznego efektu nie będzie :) Wstrzymuję się, jak mogę, żeby jeszcze nie wpadać w bożonarodzeniowe szaleństwo...


Grafika jest dość skromna, dodałam więc koronkę i zawieszkę. To moje pierwsze kroki, jeśli chodzi o tego typu zawieszki, więc urodą może ona nie grzeszy, ale jest, jaka jest. Niedoskonała, jak i jej autorka :)


Na koniec znowu coś w ciepłych kolorkach, o właściwościach mocno rozgrzewających – pyszna zupka dyniowa. Szybka, prosta, syta... po prostu rewelacyjna. Moja Babcia zawsze wrzucała do niej takie małe kluseczki – gwiazdki. Eh, smaki dzieciństwa...

Na specjalne życzenie Meli podaję przepis: połowa średniej dyni obrana i pokrojona w dużą kostkę, dwie duże cebule pokrojone jak leci, zeszklone na małej ilości masła. Wszystko zalać bulionem z kostek rosołowych (zalewam taką ilością, jakbym gotowała ziemniaki, wtedy wychodzi na prawdę zupa-krem, a nawet zupa-budyń). Dodać sól, pieprz, czosnek, sporo imbiru i gałki muszkatołowej (ja używam sproszkowanych przypraw, choć pewnie świeżo starte byłyby lepsze). Całość gotuję na małym ogniu aż dynia będzie się rozlatywać. Potem wszystko blenduję bezpośrednio w garnku. Śmietanę można dodać zarówno prosto do zupy (kiedy już się nie gotuje), albo zrobić śmietanowy kleks na talerzu. Celowo nie podaję konkretnych proporcji, bo po prostu ich nie znam, robię wszystko "na oko". Taka to ze mnie intuicyjna kucharka :)

Tymczasem następne w kolejce na handmade'owej liście czekają dwie ikony, także zamówione przez A. No i prezencik dla Małej Damy. Pierwszy projekt czeka na mojego M., który coś nie może się zabrać do przecięcia deski. Drugi już tylko na dobre chęci. Mam nadzieję, że niedługo będę mogła się pochwalić efektami.

Miłego weekendu życzę i pozdrawiam cieplutko wszystkich odwiedzających!

niedziela, 13 listopada 2011

Nostalgiczne black & white

Zarówno pogoda za oknem, jak i wydarzenia ostatnich tygodni nastroiły mnie bardzo…, no właśnie, bardzo czarno-biało. Okazało się też, że nawet rzeczy, nad którymi ostatnio pracowałam przybrały takie właśnie barwy. Co prawda jeszcze nie polakierowane, ale chyba już gotowe do prezentacji.
Na pierwszy ogień idą słoiki na kawę, herbatę i cukier. Początkowo były zamówieniem dla pewnej pani, ale chyba się rozmyśliła, więc słoiki cieszą na razie tylko oczy najbliższych i sypialnianą, zamkniętą na 3 spusty szafkę. Jeśli pisze się do szuflady, to tworzyć można do szafki, no nie?


Kolejną nowością jest butelka po moim ulubionym winku. Tym razem postanowiłam bardziej ją pomalować, niż zdobić serwetkami. Z przodu tyko mały transfer z grafiki, którą zamieściła jakiś czas temu u siebie Bree... et voila! Wyszła marmurkowa karafka. Ostatnio, a w zasadzie to kilka tygodni temu, znalazłam w necie kilka rzeczy pomalowanych w ten sposób. Poszukałam więc toturiala i szybko okazało się, że nie taki diabeł straszny… To pierwsza rzecz, którą zmieniłam w ten sposób i mam nadzieję, że będą następne.



Na koniec nostalgicznie… Na zdjęciu poniżej moi Dziadkowie (od prawej), jakiś bliżej nieokreślony przyjaciel rodziny oraz prababcia. A ten mały berbeć na pięknym bujanym koniku, to moja Mama.


Babcia obiecała, że przy następnej wizycie podaruje mi więcej takich fotek, więc dla mnie, genealoga-amatora będzie to prawdziwy skarb. Raczej nie będę z golumową chytrością chować ich pod łóżkiem, więc pewnie się nimi z Wami tutaj podzielę. Tym bardziej, że taki retro klimat jest mi bardzo bliski pod względem estetycznym.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Mamine prezenciochy, czyli powoli wracam

Czas najwyższy wracać do normalności... Jako, że ani czasu, ani sił na realizację zaplanowanych projektów nie miałam, pochwalę się na razie czymś, co zrobiłam w lipcu.
W minione wakacje odwiedzaliśmy na Wyspach moją Rodzicielkę. Nigdy wcześniej nie było okazji, żeby jej coś dać z moich wypocin, więc postanowiłam ozdobić pudełko i szczotkę do włosów. Dopiero co nabyłam serwetki i nie mogłam się zdecydować, który wzór wybrać, a Mama wcale mi w tym nie pomagała... Padło więc na Bethovena. Wyszedł komplecik muzyczny. Całość przeciągnęłam patyną, która ładnie zadomowiła się w delikatnych, lakierowych spękaniach (dość kiepsko to widać a zdjęciach). To są na razie eksperymenty i więcej w tym serca, niż uroku, ale chyba najgorzej nie jest.


Myślę, że w najbliższym tygodniu wykończę komplet słoików i zrealizuję zamówienie Koleżanki, więc już niedługo będę się chwalić efektami. Tymczasem mam nadzieję, że nie ocenicie pudełeczka zbyt surowo :)
Pozdrawiam ciepło!