piątek, 31 sierpnia 2012

Prezenciochy


Dziś pochwalę się Wam prezentami, które dostałam w ostatnim czasie.
Pierwszy przyszedł pewnego ranka pocztą. Spodziewałam się go, choć nie tak z samego rana. Wyskoczyłam więc do listonosza w piżamie i chyba go troszkę przestraszyłam swoim wyglądem, bo minę miał na wpół przerażoną, na wpół rozbawioną. Ale przecież nie będę się stroić dla listonosza…
Tymczasem w paczuszce od Ani zMój dom – moja przystań przyszły takie oto cudeńka:


Wśród tych wszystkich rzeczy znalazły się dwie zawieszki z konikami (ten motyw mnie urzekł i zachwycił), woreczek pięknie pachnący goździkami, dwie pary cudnych kolczyków, notesik, serwetki, na które już mam pomysły, gipsowe aniołki, kadzidełka, naklejki-zakładki ze słodkim kociakiem, lniany sznureczek i karteczka, którą Ania zrobiła specjalnie dla mnie. Generalnie dostałam całą masę fantastycznych rzeczy, za które Ci, Aniu, z całego serducha dziękuję. To genialne uczucie być tak wspaniale obdarowanym.
A oto, jak wykorzystałam zawieszki:






 Czerwony konik znalazł miejsce w kuchni na zasłonce. Myślę, że tu pasuje najbardziej, choć koncepcji było wiele. Konik transferowany natomiast zadomowił się w sypialni, którą powoli przygotowujemy na przyjście Łucji. Na razie zawieszka jest na drzwiach od szafki, ale z czasem pewnie znajdzie się przy łóżeczku Małej. Woreczek z goździkami zostanie w kuchni i będzie zdobił przygotowywaną przeze mnie półeczkę razem z następnym prezenciochem, tym razem od mojej Siostry. Nie widziałyśmy się szmat czasu, jest to zaległy prezent urodzinowy, którego już nie mogłam się doczekać. Na dodatek wszystko ślicznie opakowane. Ja też zrobiłam coś dla niej i ładnie zapakowałam, ale niestety nie zrobiłam fotek… Faktem jest jednak, że zupełnie niezależnie od siebie skorzystałyśmy z podobnych motywów – był szary papier, na to siatka, rafia, motylki do ozdoby… Eh, ale zobaczcie już, co było w pudełku:



Półeczką w pełnej okazałości pochwalę się Wam dopiero w następnym tygodniu, bo nawet jeśli zrobię ją jutro, to nie ma mi jej kto zawiesić, bo wczoraj zostałam słomianą wdową – mój Mąż wojażuje po Szwecji przez najbliższe kilka dni. I tak mi pusto w domu i tęskno do niego, hormony mi na dodatek szaleją i najchętniej bym cały czas ryczała jak bóbr… Dobrze, że mam jego cząstkę pod seruszkiem… Całkiem sporą cząstkę, bo waży już dobry kilogram :D

Ściskam Was wszystkie serdecznie, chociaż wirtualnie i życzę miłego weekendu, ostatniego podczas tych wakacji.

piątek, 24 sierpnia 2012

A różne takie



I znowu w łeb wzięły moje plany, żeby posty zamieszczać systematycznie. Albo plecy bolą, albo w ogóle samopoczucie siada, albo wciąga mnie jakaś książka. A ostatnio, jak już wciąga, to na amen. Lubuję się teraz w szwedzkich kryminałach – wiem, nie jestem zbyt oryginalna, ale cóż… Próbuję nawet zgłębić tajniki języka szwedzkiego, online oczywiście. I nawet bym przełknęła gramatykę, bo w końcu to kilka zasad, które trzeba zapamiętać, ale wymowa mnie po prostu załamuje. Ten dziwaczny akcent, sylabizowanie, wymawianie liter w różny sposób w zależności od „sąsiedztwa”… Eh, może kiedyś mi się uda. Może spełni się marzenie o wyjeździe do Sztokholmu i w dzikie ostępy Skandynawii, gdzie w najbliższym czasie jedzie mój Ukochany. 

Ale wracam do tematu :D Jako, że już niedługo nasza Fretka zejdzie trochę na dalszy plan (choć zamierzamy angażować ją w wychowanie Łucji), to postanowiłam coś zrobić dla niej.


 I tak oto nową szatę zyskał koszyk naszego psiaka i teraz bardziej pasuje do przedpokoju. Załatałam też jej kocyk, który kiedyś pogryzła próbując dostać się do zawiniętej w nim kości. No i zrobiłam też tabliczkę z jej imieniem. Literki malowałam bez szablonu, tzn. nie do końca. Najpierw stworzyłam wzór na zwykłej kartce, potem naniosłam go za pomocą kalki na deseczkę, pomalowałam dodając cienie. I nawet jestem zadowolona. Samą tabliczkę oczywiście wyciął i nawiercił mój nieoceniony Mąż (poczekajcie, aż Wam się pochwalę wyciętymi przez niego kurką i aniołkiem). Sama raczej nie dałabym rady, bo narzędzia elektryczne cosik mnie nie lubią…

Teraz pokarzę Wam kilka obiecanych ostatnim razem dekupażowych słoików. No dobrze, żeby niektórych dekupażystów-faszystów nie obrażać, słoiki ozdobiłam metodą serwetkową, a nie klasycznym decoupage, w którym używa się papieru, a nie serwetek :D



 Zaznaczyć muszę, że kwiatek na dekielku jest namalowany, a nie naklejony. Taka ze mnie chwalipięta...




Następnym razem będzie kilka butelek.

A na koniec zapchajdziura. W sensie takim, że nie będę pisać osobnego posta tylko o kolczykach :)


Zrobiłam je jakoś tak w przypływie natchnienia. Dwie pary już trafiły do nowej właścicielki. Do niej też trafiła jedna z moich butelek. Od niej też dostałam wczoraj śliczną paczuszkę, ale jeszcze nie obfociłam, więc będzie o tym wszystkim następnym razem osobny wpis.

A dziś żegnam się już z Wami i życzę udanego weekendu!

środa, 8 sierpnia 2012

O tym, co z nudów można robić...


Zacznę od tego, że bardzo Wam wszystkim dziękuję za gratulacje pod ostatnim postem. Strasznie się też cieszę, że tak Wam się spodobało imię Łucja, które wybraliśmy dla naszej córeczki. Oswoiliśmy się już  myślą o dziewczynce, tzn. ja to tam wiedziałam, że będzie dziewuszka i wyobrażam sobie teraz, jak to będziemy razem szyły ubranka dla lalek i piekły ciasteczka. No a Mąż już sobie nie wyobraża, że mógłby być chłopiec :D To tyle w temacie Dzidziolka. 

Ostatnimi czasy zebrało mi się na przeróbki. Choć raczej powinnam powiedzieć, ze imam się wszelkich zajęć, co by zapełnić jakoś czas w przerwach między mdłościami i najróżniejszymi bólami. Niedawno wybrałam się na kilka dni do Wujka na wieś i tam dorwałam się do trzech krzeseł. Nie zrobiłam oczywiście zdjęć „przed”, ale możecie sobie wyobrazić, że te peerelowskie mebelki nie wyglądały zbyt dostojnie. Malowałam je metodą suchego pędzla. Chciałam dodać jeszcze przecierki i jakąś grafikę, ale Teściowa powiedziała, że nie, więc co ja się będę się z Teściową kłócić. No i siedziska też ma ona zmienić. Ale to akurat dobrze, bo ja nie miałabym pojęcia, jak się do tego zabrać. 



Następną robotę przywiozłam sobie ostatnio od Cioci Ireny. Urządza ona dom na wsi, kupiła nowe mebelki i poczyniła inne takie, swoją drogą bardzo udane prace. No i okazało się, że drewniane świeczniki przestały pasować. A że większość dodatków jest barwy starego złota (łącznie z pięknym lustrem wiszącym nad komodą), to Ciocia poprosiła mnie o przemalowanie świeczników właśnie na ten kolor. Wyszło całkiem nieźle. Jako podkładu użyłam czarnej farby akrylowej. Potem gąbeczką wtarłam dwie warstwy złotej. Tak świeczniki wyglądały przed:


… a tak po malowaniu:



A teraz staroć. W sensie zaległości. Około dwa tygodnie po tym, jak dowiedziałam się o ciąży przeczytałam u Luny na blogu, że poszukuje guzików w różnych kształtach, także takich z modeliny. Leżałam wtedy w łóżku i w przypływie dobrego samopoczucia, ale nie wychodząc z bezpiecznych pieleszy, ulepiłam kilka stworków.





Nie są one najwyższych lotów, czy przecudnej urody, nie zachwycają kolorami (modelina jest najzwyklejsza), ale są. Po wielu uciążliwych tygodniach wygotowałam je i wysłałam. Spodobały się Lunie i mam nadzieję, że kiedyś je wykorzysta. 

No, to chyba na dzisiaj tyle. Następnym razem zacznę Wam pokazywać słoiki i butelki, których w ostatnich tygodniach trochę nabroiłam. A na razie cieszę się pogodą, wreszcie troszkę jesienną :D

Pozdrawiamy cieplutko!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Chwalę się :D


Po zdjęciu już chyba wiecie, co chcę Wam dziś oznajmić :D Tak, tak, w moim brzuchu rośnie mała Łucja. Wczoraj widzieliśmy ją na USG.. Mój Mąż po raz pierwszy i bardzo się wzruszył. Jak to facet, bardziej liczył na syna, ale z córką przecież też może piłkę kopać, tym bardziej, że mamy w Kaliszu świetną drużynę młodziczek. i wcale nie czuje się zawiedzny. Szczerze mówiąc, to oboje jesteśmy strasznie dumni i już się nie możemy doczekać listopada. Tylko jak on ogarnie te różowe ciuszki... No nic, idę się szykować, bo zaraz wyruszamy na rocznicową kolację (już 4 lata minęły od naszego ślubu).

Trzymajcie się Dziewuszki i miłego weekendu!

P.S. A te śliczne różowe buciczki dostałam już kilka tygodni temu od przyjaciółki. Kasia mi powiedziała, że ona jest przekonana, że będzie dziewczynka. No i się nie pomyliła :)

czwartek, 26 lipca 2012

Łazienka

Dawno już tu nie zaglądałam, do Was – przyznaję się bez bicia – też nie. Jakoś tak nie mam siły i ochoty siedzieć przed komputerem dłużej, niż wymaga tego sprawdzenie maila i przejrzenie kilku portali. Ale dziś pełna mobilizacja! Mąż mnie zagania do blogowania już od kilku tygodni i wreszcie wjechał mi na ambicje. Zaczynam o od dawno obiecanej łazienki.


Jeszcze przed Wielkanocą przeszła mały lifting. Po przeprowadzce okazało się, że akurat to pomieszczenie może poczekać na remont. Odświeżyłam więc ściany, dodałam koszyczki i przez dwa lata nie ruszałam tego ponurego skądinąd przybytku czystości. Choć przy ciemnych kafelkach o czystość, a przynajmniej o estetyczny wygląd ciężko. Od kilku miesięcy nosiłam się z zamiarem rozjaśnienia mordorowych ciemności. Na pierwszy ogień poszły koszyczki, które przemalowałam na biało. Taki kolor zyskała też nowa półeczka nad sedesem i stojące na niej lustro. Dostał je jakiś czas temu mój Mąż za pomoc starszemu Panu, którego nawet nie poznał z imienia. To był jakiś drobiazg, ale Pan chciał się odwdzięczyć i przyniósł mu to zwierciadło. Okazało się, że Starszy Człowiek walczył w AK, a po wojnie wytwarzał podobne do lustra rzeczy dla Cepelii (zachowała się naklejka firmowa z nazwą „Spółdzielnia Pracy, Rękodzieła Ludowego i Artystycznego. Sieradz”). Szczerze mówiąc nie miałam gdzie postawić tej wartościowej dla nas rzeczy, a nie chciałam żeby leżała w szafie. Pomalowałam więc i postawiłam w łazience, gdzie cieszy nasze oczy.


Ze starej, drewnianej cukiernicy zrobiłam pojemnik na płatki kosmetyczne. W koszyczku obok leżą muszle (w większości kupione), kamienie i kawałki drewna zebrane w trakcie naszych podróży. Ta mała buteleczka z zatopionymi muszelkami, to pamiątka z Majorki przywieziona przez moją Siostrę. W rogu, na półeczkach będących częścią zabudowy wanny zrobiłam dekorację, typowo łazienkową. Świecę na dole, tą wyższą, za pomocą ciepłego kleju owinęłam sznurkiem i dodałam muszelki. Słabo widoczny wazon, to po prostu butelka po winie. Sam trunek był okropny, ale czego się nie robi dla ładnej butelki…


Na deser moje dmuchawce. Początkowo miało być tak:


Po dwóch dniach stwierdziłam, że to „graffiti” jest nieporadne i koślawe, choć może zdjęcie nie do końca tą koślawość oddaje, więc zamalowałam roślinki. W sklepie typu „wszystko po 4 zł” zakupiłam trzy antyramy i nabazgrałam dmuchawce kredką, co znacznie bardziej przypadło mi do gustu.



Dodałam jeszcze kilka drobiazgów, tu ręczniczek, tam mydełko. Z tego samego materiału, co wyściółka koszyczków uszyłam też „zasłonkę” na szafkę obok pralki, kupiłam pojemnik na mydło i pastę do zębów (w niezawodnym Pepco) i lifting gotowy.







Może nie jest to super zmiana, ale na pewno w łazience zrobiło się jaśniej. Następnym razem planuję iść trochę dalej i zrobić wystrój typowo marynarski. Wzdłuż górnej krawędzi kafelków chcę namalować dość szerokie dwa białe pasy, zamiast dmuchawców powiesić koło od żyrandola stylizowane na ster (o ile uda mi się wydębić je od Teściów), dodać jakiś sznur, zmienić znielubione lustro, walnąć kilka czerwonych akcentów… To kolejny pomysł na zmianę, bez kucia, szpachlowania i innych przyjemności towarzyszących remontowi łazienki. Choć wiem, że to nieuniknione. A wtedy, hm…., wtedy zamarzę o łazience w stylu londyńskiego metra.

Tyle o łazience… Teraz chciałam podziękować Wam za ciepłe słowa w komentarzach pod poprzednim postem. No i spieszę z informacją, że Maleństwo ma się dobrze, rośnie i rozpycha się ile wejdzie. Za tydzień dowiemy się, czy będzie Łucja, czy może Mikołaj. Ja za to ciągle mam się nie najlepiej, głównie przez mdłości, które miały minąć już dwa miesiące temu. Nie będę się tu Wam rozpisywać na temat innych dolegliwości, bo nie o to chodzi. Najważniejsze przecież, że Dzidziolek mocno się w brzuszku trzyma. Pozdrawiam serdecznie!

środa, 20 czerwca 2012

Scrapowe poczynania i naklejka od Syl.


Ponownie do wykorzystania tej techniki popchnęła mnie Teściowa. Szła akurat z Teściem na wesele i poprosiła mnie o zrobienie pierwszej stronie w albumie, który wręczali Nowożeńcom zamiast kwiatów. Przysiadłam więc pewnego poniedziałkowego poranka i… zasiedziałam się do popołudnia. Efektem jest album. Na prośbę teściowej główną część kompozycji stanowiła kartka z życzeniami. Resztę musiałam dopasować kolorystycznie. Wyszło tak:


W przypływie natchnienia zrobiłam też pierwszy w życiu kolaż. Trochę bluszczowy, trochę turkusowy… taki po prostu mój:


Na koniec zabrałam się na pudełko po balsamie do ciała. Nie ma to nic wspólnego ze scrapowaniem, ale zrobiłam to tego samego dnia.


 A wykorzystałam naklejkę, którą dostałam od kochanej Syl. W przesyłce dostałam też piękną kartkę "wędrującą książkę", za którą zabiorę się jak tylko skończę czytać ostatni w wydanych tomów Pieśni lodu i ognia Martina (czytam nieprzerwanie od kiedy jestem na zwolnieniu – to jakieś 4 tys. stron).


Oczywiście jeszcze nie wiem, co w pudełeczku będę trzymała, ale co tam, jest. Wiedziałam, że je zrobię, jak tylko wygrałam tą naklejkę u Syl. Zostało mi jej jeszcze sporo, więc pewnie niedługo zmajstruję coś do kompletu.

Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie, znowu z łóżkowych pieleszy...

sobota, 9 czerwca 2012

Euro 2012


Miałam wrócić wcześniej, ale nie wyszło. Najwidoczniej moje kochane Maleństwo postanowiło mnie wykończyć jeszcze z brzucha :D
Na początek dziękuję Wam za te wszystkie miłe słowa i gratulacje pod ostatnim postem! 
Tymczasem od wczoraj wszyscy żyjemy wielkim sportowym widowiskiem w Polsce i na Ukrainie. Co prawda miałam nadzieję, że mecz otwarcia skończy się dla nas lepiej, ale trzeba się cieszyć z tego, co mamy. A mamy całkiem dobry start. Większość powie, że dzięki rewelacyjnej obronie karnego przez Tytonia. O tak, facet po prostu wymiótł, pokazał że Smuda się nie pomylił, że nawet kontuzja Fabiańskiego miała jakiś dobry skutek. Ale ja myślę, że Szczęsny, któremu wiele osób nie może darować tej czerwonej kartki, też miał swój udział w remisie (poza udziałem w straconym golu :D). Nawet sam o tym mówił po meczu. Jeśliby nie faulował, to pewnie byłby gol i mecz skończyłby się 2:1. Przynajmniej, bo Naszym odechciałoby się walczyć. Chociaż i tak o drugiej połowie wolałabym zapomnieć… No już dobrze, to nie blog o piłce nożnej :D Chociaż na samym początku pisałam, że będę się tu z Wami dzieliła swoimi pasjami, a sport jest niewątpliwie jedną z nich. Z tego też względu urządziliśmy w salonie naszą prywatną strefę kibica. Miało być troszkę inaczej, ale – jak już pisałam – moje plany wzięły z łeb. Zrobiłam więc to, na co pozwoliło mi Maleństwo. A teraz już zdjęcia.






Na szafie wisi cały grafik rozgrywek wycięty z lokalnej gazety. Na tv stoi flaszeczka w kształcie piłki nożnej, którą mój Kochany Kibic dostał na imieninki w ubiegłym roku. I jeszcze mała Myszka Miki z piłką stojąca obok świeczki – to moja zabaweczka z dzieciństwa. Ile ma lat – najstarsi górale nie pamiętają :D
Dodam jeszcze tylko, że wczoraj na meczu spotkaliśmy się w naszej fan-zonie, w bardzo rodzinnym gronie, atmosfera była wspaniała – okrzyki, bęben (no, bębnisko) i „druga strona odpowiada” śpiewana do sąsiadów z balkonu naprzeciwko w trakcie przerwy...  We wtorek następny mecz i mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej, wygramy i będziemy świętować jeszcze goręcej! Do boju Polska!

piątek, 1 czerwca 2012

Comming out



Siedzę na kuchennym blacie i patrzę w okno. Pogoda nastraja do marzeń o ukochanej jesieni – deszcz, chłód, mgła, zapach opadłych liści, jabłek i dymu z ognisk. Tak kojarzy mi się właśnie ta pora roku. Tylko, że jesienią to ja już sobie z taką swobodą nie usiądę na blacie, nie podkulę nóg i nie zwinę w kłębek… Nawet sobie nie posiedzę sama… Ale nie myślcie, że narzekam. Wręcz przeciwnie! Właśnie rozpoczyna się przygoda mojego życia! Pod koniec listopada zostanę mamą! Sądzę, że Dzień Dziecka, to dobry czas na ujawnienie powodu mojej, tak długiej tu nieobecności. Od początku kwietnia do połowy maja przeleżałam w łóżku. Nie powiem, żeby wraz z rozpoczynającym się dziś właśnie drugim trymestrem zrobiło mi się lepiej, ale trudno, trzeba przeboleć. Po około dwóch tygodniach względnego spokoju żołądkowego-bólowego znów czuję się, jak czołgiem przejechana, przez cały ten czas nie miałam też ochoty i weny, by cokolwiek zdziałać (poza, zaraz, zaraz… czterema wyjątkami, którymi będę się chwalić w najbliższym czasie). Nie łudzę się już, że ciąża to cudowny okres w życiu kobiety – choć z wielu względów jest po prostu rewelacyjnie – Mąż przynoszący śniadanie do łóżka, Teściowa reagująca na moje kulinarne zachcianki i wreszcie najważniejsze – świadomość rosnącego w brzuchu małego człowieczka! Swoją drogą mój Człowieczek ma już około 8 cm, a ostatnie usg potwierdziło, że ma też wszystko na swoim miejscu, więc jestem przeszczęśliwa. Zmęczona, obolała, leżąca i – nie ma co ukrywać – znudzona nicnierobieniem, ale przeszczęśliwa. Nadal muszę pozostawać w domu, najlepiej leżąc z nogami do góry, ale przynajmniej nadrabiam książkowe i filmowe zaległości… Nie sądźcie też, że skoro już wróciłam, to zmienię teraz profil bloga na ciążowo-macieżyński, o nie. Nie zamierzam rezygnować ze swoich pasji i, jeśli tylko samopoczucie mi pozwoli, to będę tu w dalszym ciągu prezentować swoje poczynania rękodzielnicze. W kolejce stoją wyroby z modeliny, troszkę scrapowych prób, czy czekająca na prezentację od dwóch miesięcy zliftingowana łazienka… Czekają i Wasze blogi, które mocno zaniedbałam, ale zamierzam od poniedziałku zacząć nadrabiać zaległości. Tak więc uwaga, uwaga! Nadchodzę! Czy też raczej nadchodzimy! I pozdrawiamy cieplutko!!! :D

środa, 18 kwietnia 2012

O zimnych nóżkach małych cielaczków i wegetariańskich gołąbkach słów kilka


W cyklu „retro gospodyni” pozostajemy w klimatach dość obrzydliwych. Tak się może zdać na początek, bo dziś nóżki cielęce…

Nóżki cielęce bardzo pedantycznie oczyścić, potem zagotować. Wodę odlać, wypłukać, a świeżą nastawić i już na dobre gotować z włoszczyzną i zielem angielskim, bobkowemi liśćmi, pieprzem i cebulą. Można dołożyć kawałek łoju. Rosół z tego należy zszumować, poczem gotować cztery godziny, t. j. aż mięso na nóżkach będzie zupełnie miękkie. Poczem ułożyć nóżki na desce, odłączyć i zmieszać z sosem sklarowanym białkami. Formę blaszaną zwilżyć wodą zimną i wlać w nią tę całą masę i odstawić na zimno. Gdy ostygnie wyjąć ją z formy, podać do nich ocet i oliwę. Smaczniejsza jest galaretka, gdy się do czterech nóżek cielęcych doda dwie wieprzowe i razem ugotuje.
„Uniwersalna książka kucharska” (wyd. Kurpisz S.A., Poznań 2003), s. 72.

Obiadki, które proponuje nam „Uniwersalna książka kucharska" na 18 kwietnia to:
Pomidorowa zupa z ryżem. Gulasz z kartoflami. Baranina pieczona z kwaszoną kapustą. Legumina z powidłami. Krupnik z perłówką. Ryż w kapuścianych liściach. Jabłka smażone cieście.
Tamże, s. 283.

Myślicie, że ten ryż w kapuścianych liściach, to mogą być wegetariańskie gołąbki? Mi na to wygląda. A co do legumin, to w następnych odcinkach z serii postaram się odszyfrować tą, skądinąd ciągutkową nazwę. 

Pozdrawiam wszystkich odwiedzających, komentujących to nawet po dwakroć i serdecznie dziękuję za Wasze miłe memu sercu opinie pod postem o kuchni. Bywajcie zacne Dziewoje!

sobota, 14 kwietnia 2012

Kuchenny lifting

Ano tylko lifting, nie żaden tam poważny remont… Przede wszystkim witam Was po kilku dniach nieobecności. To miło wrócić na to nasze wirtualne łono :D Dzięuję też serdecznie za wszystkie świąteczne życzenia!
Dziś wreszcie prezentuję Wam moją kuchnię, niewielką, bo zaledwie ok. 2x4 m. Ale jest – serce domu. Tak sobie popatrzałam na zdjęcia i widzę, że nie oddają one uroku tego pomieszczenia. Czekałam na ładne światło. Głupia nie pomyślałam, że nie da się zrobić dobrego zdjęcia okna, jak na dworze świeci słońce… Poza tym mamy starą kuchenkę, pewnie mój rocznik, starą lodówkę, która miała być tylko zastępstwem za naszą wymarzoną w kolorze inox, którą kupiliśmy na po przeprowadzce z Poznania, a służy nam już rok (ta inoxowa zepsuła się 2 miesiące po wyjściu gwarancji, jedna naprawa nic nie dała, na następną szkoda nam już było kasy, bo jeszcze jedna i moglibyśmy kupić nową lodówkę). Wmawiam sobie, że mam sprzęty retro :D 
Co do zmian, to przede wszystkim Mąż zeszlifował jedną ścianę, którą pokrywała boazeria i pomalował na biało (impregnatem koloryzującym Sadolin). Z resztą całą robotę odwalił mój Michał, bo ja nie byłam w stanie ruszyć się z łóżka… Nowy kolor zyskała też reszta ścian, wcześniej żółta. W oknie zawisła pasiasta, lniana zasłona upolowana na moją prośbę przez Teściową w sh. Niestety pomysł z belkami nie wypalił (nieoczekiwane wydatki sprowadziły mnie na ziemię). Lifting jednak jest. Kuchnia wygląda na większą, a przede wszystkim jest jaśniejsza. No i mam moją biel i czerwone akcenty. Aha, no zegar też przemalowałam i półki i wiszący domek też.
Wybaczcie moją paplaninę, jakoś znowu nie najlepiej się czuję i nie mam weny do niczego, ale przecież obiecałam, że wrzucę fotki, więc zapraszam już poniżej. Miłego oglądania!









Do miłego zobaczenia! Następnym razem zaserwuję Wam jakiś miły przepisik z cylku "retro gospodyni".