czwartek, 26 lipca 2012

Łazienka

Dawno już tu nie zaglądałam, do Was – przyznaję się bez bicia – też nie. Jakoś tak nie mam siły i ochoty siedzieć przed komputerem dłużej, niż wymaga tego sprawdzenie maila i przejrzenie kilku portali. Ale dziś pełna mobilizacja! Mąż mnie zagania do blogowania już od kilku tygodni i wreszcie wjechał mi na ambicje. Zaczynam o od dawno obiecanej łazienki.


Jeszcze przed Wielkanocą przeszła mały lifting. Po przeprowadzce okazało się, że akurat to pomieszczenie może poczekać na remont. Odświeżyłam więc ściany, dodałam koszyczki i przez dwa lata nie ruszałam tego ponurego skądinąd przybytku czystości. Choć przy ciemnych kafelkach o czystość, a przynajmniej o estetyczny wygląd ciężko. Od kilku miesięcy nosiłam się z zamiarem rozjaśnienia mordorowych ciemności. Na pierwszy ogień poszły koszyczki, które przemalowałam na biało. Taki kolor zyskała też nowa półeczka nad sedesem i stojące na niej lustro. Dostał je jakiś czas temu mój Mąż za pomoc starszemu Panu, którego nawet nie poznał z imienia. To był jakiś drobiazg, ale Pan chciał się odwdzięczyć i przyniósł mu to zwierciadło. Okazało się, że Starszy Człowiek walczył w AK, a po wojnie wytwarzał podobne do lustra rzeczy dla Cepelii (zachowała się naklejka firmowa z nazwą „Spółdzielnia Pracy, Rękodzieła Ludowego i Artystycznego. Sieradz”). Szczerze mówiąc nie miałam gdzie postawić tej wartościowej dla nas rzeczy, a nie chciałam żeby leżała w szafie. Pomalowałam więc i postawiłam w łazience, gdzie cieszy nasze oczy.


Ze starej, drewnianej cukiernicy zrobiłam pojemnik na płatki kosmetyczne. W koszyczku obok leżą muszle (w większości kupione), kamienie i kawałki drewna zebrane w trakcie naszych podróży. Ta mała buteleczka z zatopionymi muszelkami, to pamiątka z Majorki przywieziona przez moją Siostrę. W rogu, na półeczkach będących częścią zabudowy wanny zrobiłam dekorację, typowo łazienkową. Świecę na dole, tą wyższą, za pomocą ciepłego kleju owinęłam sznurkiem i dodałam muszelki. Słabo widoczny wazon, to po prostu butelka po winie. Sam trunek był okropny, ale czego się nie robi dla ładnej butelki…


Na deser moje dmuchawce. Początkowo miało być tak:


Po dwóch dniach stwierdziłam, że to „graffiti” jest nieporadne i koślawe, choć może zdjęcie nie do końca tą koślawość oddaje, więc zamalowałam roślinki. W sklepie typu „wszystko po 4 zł” zakupiłam trzy antyramy i nabazgrałam dmuchawce kredką, co znacznie bardziej przypadło mi do gustu.



Dodałam jeszcze kilka drobiazgów, tu ręczniczek, tam mydełko. Z tego samego materiału, co wyściółka koszyczków uszyłam też „zasłonkę” na szafkę obok pralki, kupiłam pojemnik na mydło i pastę do zębów (w niezawodnym Pepco) i lifting gotowy.







Może nie jest to super zmiana, ale na pewno w łazience zrobiło się jaśniej. Następnym razem planuję iść trochę dalej i zrobić wystrój typowo marynarski. Wzdłuż górnej krawędzi kafelków chcę namalować dość szerokie dwa białe pasy, zamiast dmuchawców powiesić koło od żyrandola stylizowane na ster (o ile uda mi się wydębić je od Teściów), dodać jakiś sznur, zmienić znielubione lustro, walnąć kilka czerwonych akcentów… To kolejny pomysł na zmianę, bez kucia, szpachlowania i innych przyjemności towarzyszących remontowi łazienki. Choć wiem, że to nieuniknione. A wtedy, hm…., wtedy zamarzę o łazience w stylu londyńskiego metra.

Tyle o łazience… Teraz chciałam podziękować Wam za ciepłe słowa w komentarzach pod poprzednim postem. No i spieszę z informacją, że Maleństwo ma się dobrze, rośnie i rozpycha się ile wejdzie. Za tydzień dowiemy się, czy będzie Łucja, czy może Mikołaj. Ja za to ciągle mam się nie najlepiej, głównie przez mdłości, które miały minąć już dwa miesiące temu. Nie będę się tu Wam rozpisywać na temat innych dolegliwości, bo nie o to chodzi. Najważniejsze przecież, że Dzidziolek mocno się w brzuszku trzyma. Pozdrawiam serdecznie!

środa, 20 czerwca 2012

Scrapowe poczynania i naklejka od Syl.


Ponownie do wykorzystania tej techniki popchnęła mnie Teściowa. Szła akurat z Teściem na wesele i poprosiła mnie o zrobienie pierwszej stronie w albumie, który wręczali Nowożeńcom zamiast kwiatów. Przysiadłam więc pewnego poniedziałkowego poranka i… zasiedziałam się do popołudnia. Efektem jest album. Na prośbę teściowej główną część kompozycji stanowiła kartka z życzeniami. Resztę musiałam dopasować kolorystycznie. Wyszło tak:


W przypływie natchnienia zrobiłam też pierwszy w życiu kolaż. Trochę bluszczowy, trochę turkusowy… taki po prostu mój:


Na koniec zabrałam się na pudełko po balsamie do ciała. Nie ma to nic wspólnego ze scrapowaniem, ale zrobiłam to tego samego dnia.


 A wykorzystałam naklejkę, którą dostałam od kochanej Syl. W przesyłce dostałam też piękną kartkę "wędrującą książkę", za którą zabiorę się jak tylko skończę czytać ostatni w wydanych tomów Pieśni lodu i ognia Martina (czytam nieprzerwanie od kiedy jestem na zwolnieniu – to jakieś 4 tys. stron).


Oczywiście jeszcze nie wiem, co w pudełeczku będę trzymała, ale co tam, jest. Wiedziałam, że je zrobię, jak tylko wygrałam tą naklejkę u Syl. Zostało mi jej jeszcze sporo, więc pewnie niedługo zmajstruję coś do kompletu.

Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie, znowu z łóżkowych pieleszy...

sobota, 9 czerwca 2012

Euro 2012


Miałam wrócić wcześniej, ale nie wyszło. Najwidoczniej moje kochane Maleństwo postanowiło mnie wykończyć jeszcze z brzucha :D
Na początek dziękuję Wam za te wszystkie miłe słowa i gratulacje pod ostatnim postem! 
Tymczasem od wczoraj wszyscy żyjemy wielkim sportowym widowiskiem w Polsce i na Ukrainie. Co prawda miałam nadzieję, że mecz otwarcia skończy się dla nas lepiej, ale trzeba się cieszyć z tego, co mamy. A mamy całkiem dobry start. Większość powie, że dzięki rewelacyjnej obronie karnego przez Tytonia. O tak, facet po prostu wymiótł, pokazał że Smuda się nie pomylił, że nawet kontuzja Fabiańskiego miała jakiś dobry skutek. Ale ja myślę, że Szczęsny, któremu wiele osób nie może darować tej czerwonej kartki, też miał swój udział w remisie (poza udziałem w straconym golu :D). Nawet sam o tym mówił po meczu. Jeśliby nie faulował, to pewnie byłby gol i mecz skończyłby się 2:1. Przynajmniej, bo Naszym odechciałoby się walczyć. Chociaż i tak o drugiej połowie wolałabym zapomnieć… No już dobrze, to nie blog o piłce nożnej :D Chociaż na samym początku pisałam, że będę się tu z Wami dzieliła swoimi pasjami, a sport jest niewątpliwie jedną z nich. Z tego też względu urządziliśmy w salonie naszą prywatną strefę kibica. Miało być troszkę inaczej, ale – jak już pisałam – moje plany wzięły z łeb. Zrobiłam więc to, na co pozwoliło mi Maleństwo. A teraz już zdjęcia.






Na szafie wisi cały grafik rozgrywek wycięty z lokalnej gazety. Na tv stoi flaszeczka w kształcie piłki nożnej, którą mój Kochany Kibic dostał na imieninki w ubiegłym roku. I jeszcze mała Myszka Miki z piłką stojąca obok świeczki – to moja zabaweczka z dzieciństwa. Ile ma lat – najstarsi górale nie pamiętają :D
Dodam jeszcze tylko, że wczoraj na meczu spotkaliśmy się w naszej fan-zonie, w bardzo rodzinnym gronie, atmosfera była wspaniała – okrzyki, bęben (no, bębnisko) i „druga strona odpowiada” śpiewana do sąsiadów z balkonu naprzeciwko w trakcie przerwy...  We wtorek następny mecz i mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej, wygramy i będziemy świętować jeszcze goręcej! Do boju Polska!

piątek, 1 czerwca 2012

Comming out



Siedzę na kuchennym blacie i patrzę w okno. Pogoda nastraja do marzeń o ukochanej jesieni – deszcz, chłód, mgła, zapach opadłych liści, jabłek i dymu z ognisk. Tak kojarzy mi się właśnie ta pora roku. Tylko, że jesienią to ja już sobie z taką swobodą nie usiądę na blacie, nie podkulę nóg i nie zwinę w kłębek… Nawet sobie nie posiedzę sama… Ale nie myślcie, że narzekam. Wręcz przeciwnie! Właśnie rozpoczyna się przygoda mojego życia! Pod koniec listopada zostanę mamą! Sądzę, że Dzień Dziecka, to dobry czas na ujawnienie powodu mojej, tak długiej tu nieobecności. Od początku kwietnia do połowy maja przeleżałam w łóżku. Nie powiem, żeby wraz z rozpoczynającym się dziś właśnie drugim trymestrem zrobiło mi się lepiej, ale trudno, trzeba przeboleć. Po około dwóch tygodniach względnego spokoju żołądkowego-bólowego znów czuję się, jak czołgiem przejechana, przez cały ten czas nie miałam też ochoty i weny, by cokolwiek zdziałać (poza, zaraz, zaraz… czterema wyjątkami, którymi będę się chwalić w najbliższym czasie). Nie łudzę się już, że ciąża to cudowny okres w życiu kobiety – choć z wielu względów jest po prostu rewelacyjnie – Mąż przynoszący śniadanie do łóżka, Teściowa reagująca na moje kulinarne zachcianki i wreszcie najważniejsze – świadomość rosnącego w brzuchu małego człowieczka! Swoją drogą mój Człowieczek ma już około 8 cm, a ostatnie usg potwierdziło, że ma też wszystko na swoim miejscu, więc jestem przeszczęśliwa. Zmęczona, obolała, leżąca i – nie ma co ukrywać – znudzona nicnierobieniem, ale przeszczęśliwa. Nadal muszę pozostawać w domu, najlepiej leżąc z nogami do góry, ale przynajmniej nadrabiam książkowe i filmowe zaległości… Nie sądźcie też, że skoro już wróciłam, to zmienię teraz profil bloga na ciążowo-macieżyński, o nie. Nie zamierzam rezygnować ze swoich pasji i, jeśli tylko samopoczucie mi pozwoli, to będę tu w dalszym ciągu prezentować swoje poczynania rękodzielnicze. W kolejce stoją wyroby z modeliny, troszkę scrapowych prób, czy czekająca na prezentację od dwóch miesięcy zliftingowana łazienka… Czekają i Wasze blogi, które mocno zaniedbałam, ale zamierzam od poniedziałku zacząć nadrabiać zaległości. Tak więc uwaga, uwaga! Nadchodzę! Czy też raczej nadchodzimy! I pozdrawiamy cieplutko!!! :D

środa, 18 kwietnia 2012

O zimnych nóżkach małych cielaczków i wegetariańskich gołąbkach słów kilka


W cyklu „retro gospodyni” pozostajemy w klimatach dość obrzydliwych. Tak się może zdać na początek, bo dziś nóżki cielęce…

Nóżki cielęce bardzo pedantycznie oczyścić, potem zagotować. Wodę odlać, wypłukać, a świeżą nastawić i już na dobre gotować z włoszczyzną i zielem angielskim, bobkowemi liśćmi, pieprzem i cebulą. Można dołożyć kawałek łoju. Rosół z tego należy zszumować, poczem gotować cztery godziny, t. j. aż mięso na nóżkach będzie zupełnie miękkie. Poczem ułożyć nóżki na desce, odłączyć i zmieszać z sosem sklarowanym białkami. Formę blaszaną zwilżyć wodą zimną i wlać w nią tę całą masę i odstawić na zimno. Gdy ostygnie wyjąć ją z formy, podać do nich ocet i oliwę. Smaczniejsza jest galaretka, gdy się do czterech nóżek cielęcych doda dwie wieprzowe i razem ugotuje.
„Uniwersalna książka kucharska” (wyd. Kurpisz S.A., Poznań 2003), s. 72.

Obiadki, które proponuje nam „Uniwersalna książka kucharska" na 18 kwietnia to:
Pomidorowa zupa z ryżem. Gulasz z kartoflami. Baranina pieczona z kwaszoną kapustą. Legumina z powidłami. Krupnik z perłówką. Ryż w kapuścianych liściach. Jabłka smażone cieście.
Tamże, s. 283.

Myślicie, że ten ryż w kapuścianych liściach, to mogą być wegetariańskie gołąbki? Mi na to wygląda. A co do legumin, to w następnych odcinkach z serii postaram się odszyfrować tą, skądinąd ciągutkową nazwę. 

Pozdrawiam wszystkich odwiedzających, komentujących to nawet po dwakroć i serdecznie dziękuję za Wasze miłe memu sercu opinie pod postem o kuchni. Bywajcie zacne Dziewoje!

sobota, 14 kwietnia 2012

Kuchenny lifting

Ano tylko lifting, nie żaden tam poważny remont… Przede wszystkim witam Was po kilku dniach nieobecności. To miło wrócić na to nasze wirtualne łono :D Dzięuję też serdecznie za wszystkie świąteczne życzenia!
Dziś wreszcie prezentuję Wam moją kuchnię, niewielką, bo zaledwie ok. 2x4 m. Ale jest – serce domu. Tak sobie popatrzałam na zdjęcia i widzę, że nie oddają one uroku tego pomieszczenia. Czekałam na ładne światło. Głupia nie pomyślałam, że nie da się zrobić dobrego zdjęcia okna, jak na dworze świeci słońce… Poza tym mamy starą kuchenkę, pewnie mój rocznik, starą lodówkę, która miała być tylko zastępstwem za naszą wymarzoną w kolorze inox, którą kupiliśmy na po przeprowadzce z Poznania, a służy nam już rok (ta inoxowa zepsuła się 2 miesiące po wyjściu gwarancji, jedna naprawa nic nie dała, na następną szkoda nam już było kasy, bo jeszcze jedna i moglibyśmy kupić nową lodówkę). Wmawiam sobie, że mam sprzęty retro :D 
Co do zmian, to przede wszystkim Mąż zeszlifował jedną ścianę, którą pokrywała boazeria i pomalował na biało (impregnatem koloryzującym Sadolin). Z resztą całą robotę odwalił mój Michał, bo ja nie byłam w stanie ruszyć się z łóżka… Nowy kolor zyskała też reszta ścian, wcześniej żółta. W oknie zawisła pasiasta, lniana zasłona upolowana na moją prośbę przez Teściową w sh. Niestety pomysł z belkami nie wypalił (nieoczekiwane wydatki sprowadziły mnie na ziemię). Lifting jednak jest. Kuchnia wygląda na większą, a przede wszystkim jest jaśniejsza. No i mam moją biel i czerwone akcenty. Aha, no zegar też przemalowałam i półki i wiszący domek też.
Wybaczcie moją paplaninę, jakoś znowu nie najlepiej się czuję i nie mam weny do niczego, ale przecież obiecałam, że wrzucę fotki, więc zapraszam już poniżej. Miłego oglądania!









Do miłego zobaczenia! Następnym razem zaserwuję Wam jakiś miły przepisik z cylku "retro gospodyni".

piątek, 6 kwietnia 2012

Last, but not least!

Witajcie Kochani!

Ledwo żywa, aczkolwiek bardzo szczęśliwa piszę do Was z pieleszy mojego łoża. Jako, że święta już za progiem, a ja nie lubię zostawiać niedokończonych spraw, chciałam Wam dziś pokazać moje ostatnie jajca (policzyłam – zrobiłam ich w tym roku coś ok. 85 sztuk różnej wielkości, od 5 do 15 cm wysokości). Wiem, że miała być kuchnia, ale słonka ostatnio jak na lekarstwo, a chciałam, żeby zdjęcia były ładne.




Zużyłam na to dziadostwo 5 metrów tasiemki przy jajku 12 cm i chyba ze sto szpilek. Ale warto było, tak mi się zdaje. Chociażby dlatego, by się przekonać, że to zupełnie nie dla mnie :D Ale efekt, jak na pierwszy raz chyba w porządku, co nie?

Jako drugi prezentuję mój ostatni w tym roku stroik.



Znowu w kolorach bożonarodzeniowych, ale co tam. Musiałam wpakować tu dwa duże jajka i jedno maleńkie, zamiast jednego dużego i dwóch małych. Normalnie w moim mieście brakło jajków!

A teraz już gwóźdź programu w dzisiejszym wpisie. Panie i Panowie! Niniejszym przedstawiam zwycięską pisankę w konkursie „Pisanka Kaliska” organizowanym przez Biuro Promocji Miasta i Współpracy Międzynarodowej oraz Centrum Informacji Turystycznej Urzędu Miejskiego w Kaliszu:




Warunkiem uczestnictwa było wykorzystanie przy zdobieniu jajka motywu związanego z moim miastem. No więc wybrałam (z pomocą Męża) starą pocztówkę z ratuszem. Myślałam, że pomysł będzie trochę zbyt banalny, ale okazał się strzałem w dziesiątkę! Wiecie, jak się ucieszyłam, kiedy otrzymałam wczoraj telefon z Urzędu Miasta i zapytano mnie, czy wyrażam zgodę, żeby Prezydent złożył życzenia mieszkańcom miasta z moją pisankę w tle?! Nawet się nie spodziewałam takiego zaszczytu! Normalnie nie mogłam uwierzyć! I przyznać muszę, że to znowu sprawka mojego Męża, bo to on namówił mnie na udział w tym konkursie. Niestety nie mogłam być na wręczaniu nagród, ale największym wyróżnieniem jest chyba widok mojego jajca przy życzeniach wielkanocnych na stronie Urzędu Miasta. Oh, dobrze, nie chwalę się już więcej. 

Albo nie, jeszcze się pochwalę dekoracjami świątecznymi w moim domku. Szczerze mówiąc wyobrażałam je sobie zupełnie inaczej (może oprócz stroika z kurą), ale ogólnie to bieda z nędzą, w większości zeszłoroczne kurczaki i w ogóle wszystko było robione w pięć minut, w trakcie nawrotu dobrego samopoczucia. Zapraszam do oglądania. 











Przy okazji przypominam, że na inne moje jajco można głosować do północy u Małopolanek.

Życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt, smacznego jajka, mokrego Dyngusa skąpanego w słońcu i damych radosnych chwil spędzonych z Najbliższymi!

sobota, 31 marca 2012

Wielkanocna "Moda na sukces"

Narobiło mi się zaległości, oj narobiło... To wszystko przez to, że nie czuję się ostatnio na siłach, by po pracy jeszcze siadać do komputera. Poza tym zrobiliśmy wymarzony remont w kuchni. Mam nadzieję, że po weekendzie pochwalę się Wam efektami. Praca szła znacznie wolniej przez to, że Mąż praktycznie sam wszystko robił. Tyle czekałam na te kuchenne rewolucje, a jak przyszły, to mnie dopadła taka niedyspozycja…
Tymczasem żeby dziś Was już nie zanudzać pokażę tylko następne jajeczka. Wiem, wiem, nudzę jak w brazylijskim serialu. Pewnie macie ich już dość, ja może też. Ale znajomych dużo i nie mogę przecież nagle powiedzieć, że mi się odwidziało malowanie po nocach :) Oto więc trzy króliki dla trzech Dzieciaczków:


A tu już stroik dla Teściowej.


Podobne jajko już robiłam i widziałam, że bardzo się jej spodobało (w końcu takie żółciutkie i świąteczne), więc zrobiłam jej podobne. A niech się kobitka cieszy. Pewnie już to pisałam, ale dodam jeszcze raz, bo warto o takich rzeczach mówić – z moją Teściową często się nie zgadzamy, często sobie delikatnie wbijamy szpileczki, ale generalnie, to super mieć taką Teściową. Że nie wspomnę o Teściu, który jest jak najprawdziwszy Tata po prostu.




To już jajeczny finisz. W przyszłym tygodniu pokażę Wam jeszcze tylko jakieś niedobitki i na rok będzie z jajami spokój :)
Pozdrawiam cieplutko wszystkich Odwiedzających!