sobota, 11 lutego 2012

Prezenty z Albionu


Dziś będę się chwalić. Wczoraj wieczorem dotarła do mnie przesyłka od mojej Mamy, która mieszka i pracuje w Wielkiej Brytanii. Musicie wiedzieć, że moja Mama to prawdziwy zbieracz, szperacz i znajdowacz mega okazji… na wszystko.  Ale jak ma się pod nosem TK Maxx, a co niedzielę car boot sale, to co innego można robić, niż szukać skarbów?


Od kiedy założyłam bloga i Mama może na bieżąco podglądać, co mi w duszy gra, z wielką namiętnością zaczęła gromadzić wszelkie przydasie. Od tasiemek, poprzez koraliki i wełnę, na kleju i farbach kończąc. Że nie wspomnę o tych wszystkich różnościach gotowych do przeróbki.



Poza rzeczami związanymi z rękodziełem dostałam też troszkę ciuszków, których tu nie pokazuję  i biżuterii (nie jestem w stanie zaprezentować całości). Wśród tego wszystkiego takie cacuszka:



A na koniec coś takiego:

Nie powiem Wam dziś jeszcze, co to. Muszę najpierw troszkę podpracować, skleić grzbiet. Jedno jest pewne – zakochałam się w tym przedmiocie. Ale o mojej miłości opowiem Wam następnym razem.

Dziękuję Wam serdecznie za tak miłe komentarze pod ostatnim postem. To naprawdę budujące i niesamowicie miłe!

wtorek, 7 lutego 2012

Pudełko na marzenia

Pudełko na marzenia... Tak na początku chciałam nazwać swojego bloga. Oczyma wyobraźni widziałam już nawet logo – nazwę wpisaną w prostokąt z kokardką... Pomysł podsunął mi kolega podczas jakiejś rozmowy. Zrobił to całkiem nieświadomie, ale to w jaki sposób opowiadał o „pudełku” sprawiło, że zachowałam tą ideę w pamięci. Była mi ona bowiem szczególnie bliska. W ostatniej jednak chwili zmieniłam zdanie i blog nazywa się, jak każdy widzi. Ale pudełko na marzenia zamknęłam w swoim serduszku. Kiedy w ubiegły weekend czyściłam zdobytą na giełdzie staroci skrzyneczkę, mocno nadgryzioną zębem czasu, w pewnej chwili mnie olśniło – przecież to moje Pudełko! Doszłam więc do wniosku, że muszę się do jego renowacji porządnie przyłożyć. Zrezygnowałam z przecierek. Zrezygnowałam też z transferu i dekupażu. To musiało być coś specjalnego. Wiecie, o co chodzi. Zdecydowałam się więc na szare płótno jako „wyściółkę”. Wcześniej boki zdobił bordowy aksamit, którego też postanowiłam użyć, tym razem w formie brązowej tasiemki. Jako główny motyw wykorzystałam mechanizmy starych zegarków. Zafascynowały mnie, kiedy przeglądałam prace Guriany. Rozbroiłam kilka przy użyciu młotka i innych, bardziej subtelnych narzędzi. Przypłaciłam to złapanym paznokciem, skrzywioną igłą i maniakalnym napadem agresji. Ale było warto.  Efekt, jak dla mnie… eh, popatrzcie same:








Tu przed pracą i w trakcie, kiedy się okazało, że pod aksamitem widnieje tajemniczy napis. Macie pomysł, jak to odczytać?





Skoro jest to pudełko na marzenia, to zaczęłam zastanawiać się nad swoimi marzeniami. Wiele ich mam, takich przyziemnych, egoistycznych, ale też takich, na których spełnienie będę pracować całe życie, choć i tak nie wiem, czy starczy mi sił. Jednym z nich jest marzenie o byciu najlepszą żoną, jak to tylko możliwe i najlepszą matką, jaką tylko będę mogła być. Tak... To moje najważniejsze marzenia. Mam też takie – kiedy ktoś zapyta kogoś za kilka lat, czym jest dla niego przyjaźń, to chciałabym by ten ktoś pomyślał wtedy o mnie... Ale czy można oswoić lisa, który nie chce być oswojony? Bo przecież "oswojenie niesie ze sobą ryzyko łez"... A najważniejsze to przecież pozostać sobą (o tym też marzę). Poza tym, to wiecie, chciałabym pojechać do Nowego Orleanu, do Irlandii, do Norwegii. Chciałabym przejść się uliczkami Paryża w kwietniu i poczytać książkę na ławce w Central Parku. Chciałabym też nauczyć się pływać i robić na drutach. Chciałabym nigdy niczego nie żałować. Dużo marzeń jak na jedną osobę, co? Ale chyba o to chodzi, żeby marzyć i dążyć do spełnienia tych marzeń. A jak się spełni jedno, to trzeba je zastąpić następnym. A Wy o czym marzycie? Macie na liście jakieś miejsca do odwiedzenia, umiejętności do nauczenia? 

Żegnam się dziś z Wami w bardzo filozoficzno-refleksyjnym, aczkolwiek przemiłym nastroju...

poniedziałek, 6 lutego 2012

Flaki faszerowane, czyli jak schudnąć bez diety

W nowym tygodniu witam Was kolejnym z cyklu „retro gospodyni” przepisem. Tym razem w roli głównej krowa, he-hem, wołowina w sensie.



Świeże tłuste flaki wołowe dobrze wyczyścić, starannie wygotować i wyszumować, poczem wyjąwszy obmyć jeszcze raz, w czystej wodzie. Zrobić farsz z ciasta przyrządzonego jak na pulpety, flaki w całym kawale rozciągnąć na stole, nasmarować dość grubo tym farszem, zwinąć je potem w rurkę, okręcić cienkim szpagatem, końce związać, żeby farsz się nie wysunął, nalać tęgim rosołem, osobno z mięsa wołowego zwyczajnym sposobem ugotowanym, a skoro się dobrze flaki z tym mięsem ugotują, wsypać korzeni, jako to: pieprzu, angielskiego ziela, liścia bobkowego, muszkatołowego kwiatu, sos zaprawić jak wyżej, zagotować flaki, wyjąć je, pokrajać w plastry, posypać siekaną zieloną pietruszką, oblać sosem i podać.
„Uniwersalna książka kucharska” (wyd. Kurpisz S.A., Poznań 2003), s. 62.

Przepraszam, że takie wybieram przepisy, ale po prostu nie mogę się oprzeć. Mam nadzieję, że nikogo o rozstrój żołądka nie przyprawiam… Chociaż myślę, że jakby nam serwowano takie obiady, to żadne diety-cud nie byłyby nam potrzebne.

Dania polecane na obiad w dniu dzisiejszym to:
Rosół z pulpetami. Sztuka mięsa z kwaszoną kapustą. Marchew obłożona grzankami. Perliczki z koprem. Krem śmietankowy z biszkoptami. Zupa rybna z kartoflami. Lin z sardelami. Kompot ze śliwek. (tamże, s. 276)


Miłego tygodnia!

piątek, 3 lutego 2012

Seriale i króliki, czyli nieoczekiwany zwrot akcji


Na początek chciałabym wziąć udział w zabawie, do której zaprosiła mnie Witchqueen. Przedstawiam Wam moje ulubione seriale:

 Dexter – jestem świeżo po 4 sezonie i jestem zachwycona. Fascynuje mnie tytułowy bohater, jego ewolucja, jego „mroczny pasażer”, jego…hm, tors... Fascynuje mnie także jego siostra – kobieta ambitna, przyciągająca do siebie nieodpowiednich mężczyzn. Kobieta, która pragnie miłości, ale sama chyba nie bardzo sobie z nią radzi. Generalnie mogłabym o tym serialu napisać długą rozprawkę, ale może to przy innej okazji. Nie zastanawiałyście się czasami, czy ktoś, kogo znacie mógłby być takim seryjnym zabójcą? Ja mam przynajmniej dwa typy wśród swoich znajomych…

Gra o tron – co prawda nakręcono dopiero jeden sezon, ale po prostu zakochałam się w historii Westeros. Obejrzałam wszystkie odcinki praktycznie za jednym zamachem. Mam zamiar zabrać się za czytanie książek Martina. Aha, a dewiza rodu Starków - winter is coming - jest dla mnie symbolem odwagi, siły, lojalności, przyjaźni i wielu innych cech uosobionych w postaci Neda i jego synów. Poza tym wilkory… smoki…. Gdybym miała fb, to kliknęła bym LIKE IT.

Pamiętniki wampirów – pozostajemy w fantastycznych klimatach. Główną zaletą serialu jest to, że bardzo różni się od książek. Bo książki są nudne i bez polotu, takie romanse dla nastolatek. A serial jest już czymś więcej niż wampirze „Jezioro marzeń”. No i Ian Somerhadler – mmmm.

Czysta krew – skoro już mowa o wamirach. Serial tylko dla widzów dorosłych. I właśnie dlatego go lubię. Czwarty sezon już troszkę nudzi, ale oglądam dla Erica i Billa :D 

Kości – uwielbiam serial, uwielbiam napięcie między głównymi bohaterami, uwielbiam antropologię... 

    Tyle, jeśli chodzi o moje ulubione seriale. Kiedyś było ich więcej, ale staram się nie oglądać ich zbyt wielu. Wolę żyć własnym życiem, a nie perypetiami wyimaginowanych bohaterów.  

    Jako, że ta zabawa polega na zasadzie „podaj dalej”, to ja zapraszam pierwsze pięć osób, które zostawią pod tym postem komentarz i nie chwaliły się jeszcze ulubionymi tasiemcami.

    Pozostałe reguły:

    1.Należy opublikować logo zabawy (zdjęcie poniżej) na swoim blogu.

     2.Napisać, kto nas zaprosił do zabawy.

     3.Zaprosić co najmniej 5 osób prowadzących blog do opisania swoich ulubionych seriali.

     4.Wymienić (i opisać) swoje ulubione seriale.


    A teraz królikowo. Jakiś czas temu wzięłam udział w zabawie u Gosi w Skarpeciakach-przytulakach. Chodziło o to, by nadać imiona uszytym przez nią króliczkom. Nie wiedziałam, że można je przy okazji wygrać. Kiedy Gosia do mnie napisała z prośbą o adres byłam totalnie zaskoczona i niezmiernie szczęśliwa! Bo musicie wiedzieć, że widziałam skarpeciaki na targach w Poznaniu. Miałam możliwość ich dotknąć i pogłaskać. No i mnie trafiło!  Zakochałam się! Ale to jeszcze nie wszystko – w odebranej przeze mnie dziś przesyłce znalazły się dwa króliki!!!!
    Z ogromną przyjemnością przedstawiam Wam Zytę i Zenka:


    Moje (ha! Moje!) Królisie już się zaprzyjaźniły z Grażynką i… z Fretką.



    Proszę, zwróćcie uwagę na to, że Zyta ma nawet dołeczki w policzkach! Śmiać mi się chce, bo ta cecha bardzo ją do mnie samej upodabnia, hihi! Gosiu, bardzo, bardzo Ci dziękuję. Jesteś kochana!

    W ogóle dziś miałam bardzo miły dzień i pierwszy raz od tygodnia naprawdę się uśmiecham. Ale o tym, to może napisze innym razem.

    Łoooo, no i zobaczcie co mi jeszcze mój Mąż właśnie przyniósł, tak bez okazji! Musiałam od razu zrobic zdjęcie i Wam się pochwalić :) Normalnie mam dziś dzień dziecka :)  



    Czyż nie cudownie? Ściskam Was mocno, dziękuję za tak miłe komentarze pod ostatnim postem i witam serdecznie Nowe Duszyczki :)

    środa, 1 lutego 2012

    Sezon bojowy, jajeczno-giełdowy

    Oczywiście mój sezon... Nauczona doświadczeniem sprzed świąt Bożego Narodzenia, tym razem zaczynam wcześniej. Zakupiłam już serwetki, zakupiłam jajka... Nawet dwa koszyczki na stroiki.




    Jajka będą zdobione dekupażem. Zobaczymy, jak wyjdzie, bo nie mam na razie weny. Póki co pochwalę się, jak wyglądało moje pierwsze jajko. Zrobiłam je w ubiegłym roku. Lakier troszkę się przyżółcił i wygląda to tak, a nie inaczej, ale w gruncie rzeczy najgorzej chyba nie jest.



    Co do sezonu giełdowego, to ostatnio w niedzielę, mimo siarczystego mrozu, zdecydowaliśmy się jechać na tzw. graty. Pierwszy raz w tym roku.  No i spójrzcie tylko, co wyłowiłam:




    Skrzyneczka była wcześniej szkatułką, ale ząb czasu odgryzł jej wieko i teraz będzie robiła za pojemnik na piloty w salonie. Czeka tylko na oczyszczenie i pomalowanie. Ale ja też czekam.... aż wspomniana już zagubiona wena powróci. Poczekam sobie pewnie, bo w tej chwili akurat nie chce mi się robić absolutnie NIC. Powód już poznałam, teraz rozpoznaję teren. Wiecie, strategia, taktyka i te sprawy... Następnie przejdę do unicestwienia owego powodu. A przynajmniej do zminimalizowania strat w moich postępach rękodzielniczych. Tak więc, moje Kochane, szykuję się na bitwę. Jak nie wrócę z bombowymi jajami w przyszłym tygodniu będziecie mogły się domyślać, że poległam i wycofałam się na z góry upatrzoną pozycję, gdzie będę leczyć odniesione w boju rany i obmyślać następny genialny plan odbicia mojej weny z obozu wroga (tudzież czytać Władcę Pierścieni lub oglądać następny sezon Dextera)...

    sobota, 28 stycznia 2012

    Post zupełnie nie na temat...

    ...rękodzielniczy. W związku z zaproszeniem od Ani z mój dom - moja przystań (dziękuję, Kochana!) przystępuję do zabawy "Nigdy nie wychodzę z domu bez...".


    Oto moje kosmetyczne TOP 5:
    Perfumy, tu akurat ukochane Chanel No. 5, które dostałam od Męża i no name od Mamy o ładnym kwiatowym zapachu. W ogóle to mam w szafce chyba z 6 buteleczek, z których korzystam w zależności od nastroju.



    Kolejne rzeczy trudno było mi wybrać, zdecydowałam się na:
    - podkład Maybelline New York 24 h Super Stay – niedrogi, ładnie kryjący, matujący – dla mnie w sam raz, choć szczerze mówiąc wolę Dream Matt Muse tej samej firmy
    - puder w kamieniu Miss Sporty, transparentny – absolutne must have
    - tusz do rzęs Maybelline New York Volum Express, czarny, jest… poprawny
    - antiperspirant w kulce Nivea Invisible – bez niego na pewno z domu nie wyjdę


    A oto reguły gry:

    1.Podaj 5 produktów kosmetycznych łącznie z nazwą firmy, które stosujesz wychodząc z domu, takie must have na wyjście (można dołączyć zdjęcie).
    2.Utwórz osobny post na swoim blogu z kopią obrazka i informacją kto Cię otagował.
    3.Przekaż zabawę i zasady 5 innym blogerkom.

    Do zabawy zapraszam 5 osób mnie odwiedzających, a nie biorących wcześniej udziału w zabawie. Nie chcę zapraszać imiennie, bo wiele z Was już się zawartością swoich kosmetyczek chwaliło i chciałabym uniknąć wyznaczania po kilka razy, chyba rozumiecie. Ale zabawa jest przednia, więc liczę, że Osóbki chętne się znajdą.

    A teraz… KOMIN! Nie, nie zrobiłam sama... Ale przeprosiłam wełnianą chustę zalegającą od lat w szafie i przerobiłam troszkę szalik (w sensie zszyłam końce), no i mam dwie zamotki na nadchodzące mrozy.
    Oto one:




    Wprawne oko zauważy intensywny bursztynowy kasztan na moich włoskach :D

    Pozdrawiam!

    czwartek, 26 stycznia 2012

    A różne takie...

    Dziś znowu mam kiepski dzień… Ale stwierdziłam, że przecież nie mogę nie napisać. A że za bardzo nie ma się czym chwalić, to już inna sprawa. Będzie więc krótko i bez zbędnych ceregieli.

    Po pierwsze koślawa poduszka, tzn. to ten komin z poprzedniego posta, co mi całkiem nie wyszedł (komin w sensie, nie post). 




    Oczka okazały się zbyt ścisłe, wełny za mało… No to mam poduszkę. Kolejną.

    Po drugie dziurkacz. Wiecie ile się naszukałam takiego, co by wycinał liście bluszczu… No, ale wreszcie mam. Przyszedł dziś – promyczek słońca na zachmurzonym niebie. Mam już mój listek (nie, żeby figowy, o nie, no przecież, że bluszczowy)




    Po trzecie i ostatnie dzisiaj – mały motek wełenki, druty i jeszcze kawałek… no widzicie same, koronkowego czegoś. Takie to Ci ładne było, na pewno się przyda.


    To zakupy poczynione ostatnio w moim ulubionym szperaku. Czasem wpadnie jakiś fajny sweterek, ale nie tym razem. Z resztą mam ostatnio zajoby na sukienki – tych także deficyt ( w sh, bo u mnie w szafie, od groma tego wisi, ale oczywiście ciągle mało).

    No i to by było dziś na tyle. Wolę pisać, jak mam lepszy humor. Zmykam już więc oddać się w cudowne łapki Męża, który będzie mi farbował włosy (intensywny bursztynowy kasztan)…

    niedziela, 22 stycznia 2012

    Hafcikowo

    Ostatnio wena mnie troszkę opuściła. Chociaż może to nie brak natchnienia, a czasu i może odrobina lenistwa sprawiły, że od kilku dni nic nowego nie stworzyłam. Zaczęłam dziś co prawda dłubać komin na szydełku, ale kiedy go skończę – i czy w ogóle – to nie mam pojęcia. Dlatego tym razem przedstawię Wam moje dłubanko igłą. Większość z tych haftów stworzyłam kilka lat temu, kiedy żywo interesowałam się odtwórstwem historycznym (kiedyś muszę Wam pokazać moją suknię i zdobiące ją warkocze). Dlatego motywy mojego wyszywania są w większości celtycko-wikińskie. 







    Potem odkryłam książeczkę, którą pokazywałam Wam już tutaj, no i zaczęłam tworzyć zdobienia bardziej, hmmm… współczesne.  Tak powstały m.in.:

    misio, który nie znalazł jeszcze zastosowania

    Podusia dla Mamy. Zdjęcie robione przez Nią telefonem, dlatego jakość jest taka sobie. Mam nadzieję, że przy następnej okazji nie zapomnę i obfocę jasieczka swoim sprzęciorkiem.


    A tu to już moja torba (którą koledzy na studiach jeszcze okrzyknęli mianem sakwy). Zwykły lniany worek zyskał modny design za sprawą jednego kwiatka





    Haftów było jeszcze trochę, ale niestety zdjęć im nie porobiłam, zanim się rozeszły. Głównie były to podusie dla Maleństw moich znajomych. Udało mi się w zbiorach znaleźć jednego misia, który powędrował do Oliwii, aż do Słupska



    Na dzisiaj to wszystko :) 3majcie kciukasy, co by mi ten komin wyszedł (bo zaczynałam go robić na drutach, zaczynałam 3 razy, aż wreszcie wspięłam się na wyżyny swojej cierpliwości, sprułam wszystko i robię szydełkiem).
    Miłego tygodnia Wam życzę!

    środa, 18 stycznia 2012

    Kuchniowo i scrapowo

    Na początek bardzo chciałam Wam podziękować za komentarze pod ostatnim postem. Bardzo się cieszę, że mój salonik się Wam spodobał. Wszystkie rady wzięłam sobie do serca i na wiosnę będę myślała o wprowadzeniu drobnych zmian. Na pewno odmaluję karnisze. Na kanapie powinny też zagościć jaśniejsze poduchy. Niestety narzuta nie może być jasna, bo moja Fretka za bardzo lubi się z nami wylegiwać. Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję!

    Tymczasem dziś pochwalę się Wam moimi kolejnymi wytworami scrapowymi, albo takimi, które ze scrapowaniem mają coś tam wspólnego (czyt. coś tam, ale raczej niewiele) :D
    Teściowa poprosiła mnie, abym zrobiła pierwszą stronę do albumiku ślubnego mojego Szwagra i Bratowej (taki to albumik, co ma być upominkiem dla matki chrzestnej). No i zrobiłam coś takiego:


    Myślę, że jest nie najgorzej. Oczywiście pełna jestem krytycyzmu wobec własnych prac i nie umiem ich obiektywnie ocenić. Unikam zarówno zachwytów, jak i fałszywej skromności (chyba, że coś mi wybitnie wyszło lub ukazało ogrom mego beztalencia). Jest, jaki jest :) Starałam się, jak mogłam...

    Drugą rzeczą jest pudełko na różne rzeczy, które zajmują miejsce w szafkach. Skoro nie korzystam z nich zbyt często, to mogą sobie leżeć w kartoniku...




    Wykonałam go podobnie jak te, które Wam już kiedyś pokazywałam – okleiłam szarym papierem, dodałam etykietę, kilka drobiazgów i gotowe! Jeśli chodzi o grafikę, to tym razem skorzystałam z zapasów Lilli z Malowanego Kokonu. Kto nie był, niech koniecznie do Niej zajrzy, bo ma tam prawdziwe cudeńka.
    A tak prezentują się już moje pudełka w komplecie:




    A teraz kuchniowo :)

    Czynię maleńkie przygotowania do remontu, czy też do liftingu tej części mieszkania. Nowy look ma się opierać na dwóch kolorach, w zasadzie trzech – biały, czerwony i brązowy. Na nic zdadzą się wtedy obecne tam już płytki w kolorze nude,  ale jak się nie ma co się lubi...  Pozostaje mi mieć nadzieję, że jakoś się rozmyją, kiedy wokół będzie mnóstwo innych fantastycznych rzeczy do oglądania :)
    Ale już wracam do tematu – te przygotowania to gromadzenie czerwonych sprzętów. Pierwszy, to otrzymana od teściów kawiarka (made in West Germany, hihi). No co?!  Retro w końcu...


    Nigdy czegoś takiego nie miałam. Kawa faktycznie smakuje inaczej (dostaliśmy nawet zapas oryginalnych filtrów, więc może ten specyficzny smak, to ich wina), ale ciężko stwierdzić, czy gorzej, czy lepiej. Fajnie jest jednak wstać w weekend i szepnąć do Męża: „idę nastawić ekspres”. Eh, jaki to człowiek głupi czasami...

    Druga rzecz to zdecydowanie przedstawiciel technicznego postępu :) Oto, moje Kochane, waga.




    Od dawna już marzyłam o wadze kuchennej, do tego czerwonej. Kiedy więc pojawiła się w katalogu jednej ze stacji paliwowych, na której zbieramy punkty, to nie zastanawialiśmy się ani minuty. Dostaliśmy ją prosto do domku, kosztowała o połowę mniej, niż normalnie. Jest po prostu super, ma wyświetlacz LCD i możliwość przeliczania objętości wody i mleka (czemukolwiek to służy). No i jest moja, najmojsza!

    Teraz w kolejce stoi kilka drobiazgów, które już mam, a którym przyda się nowa, odpowiednia kolorystycznie szata. Już wkrótce się nimi pochwalę. A tymczasem do zobaczenia!