Witajcie w ten przemiły,
niedzielny poranek. Moje zdrowe dziecko energia roznosi, skutkiem czego w kojcu
właśnie dzieje się apokalipsa. Eksplozja radości! Jak to się stało, że w ciągu
tygodnia, chorując, zrobiła aż takie postępy? Wczoraj na przykład przemieściła
się z salonu do kuchni. Mało zawału nie dostałam! Stoję sobie, robię kaszkę,
obracam się, a tam w połowie leżąc w dużym pokoju, a w połowie już na
korytarzu, moja Córka podpiera sobie rączką główkę, a drugą trzyma tak, jakby
zaraz miała zacząć bębnić paluszkami o podłogę ze zniecierpliwienia. „Głodna
jestem, długo jeszcze?” – mówią jej nieziemskie, roziskrzone oczy…
Tymczasem w piątek to mnie
energia rozpierała. Energia twórcza!
Niedawno zmieniliśmy kuchenkę.
Nowa zabezpieczona była kilkoma listewkami. Oczywiście wiedziałam, że je
wykorzystam, jak tylko je zobaczyłam.
A że w zanadrzu miałam jeszcze
słoiczki po obiadkach Łucji, postanowiłam zrobić półeczkę na przyprawy. Oczywiście
nie dla siebie, tylko dla kochanego wujka Tadka, chrzestnego mojego Męża. Jako,
że Michał dopiero co wyjechał, nie miałam nikogo, kto by mi listewki pociął. Pamiętacie
o mojej awersji do urządzeń elektrycznych… Od czego są jednak stare dobre
narzędzia?
W pocie czoła pocięłam listewki i
oszlifowałam je pobieżnie. Z założenia miała to być bowiem półeczka w stylu schabby.
Następnie przystąpiłam do zbijania deseczek i zaczęło się pojawiać coś
konkretnego.
Przy okazji w skrzynce z
narzędziami mojego Michała znalazłam coś, co znakomicie się przydaje do
poskromienia niesfornych gwoździ.
Oczywiście już po tym, jak
półeczka nabrała kształtów przypomniałam sobie, że muszę zrobić otwory na
sznurek. W tym celu użyłam cudowny zestaw od Teścia. Jest to ręczna wiertarka!
Taka, wiecie, na okrętkę :D
Tak oto prezentowała się półeczka
przed pomalowaniem:
W dalszej kolejności pomalowałam
mebelek białą farbą i zrobiłam lawendowy dekupaż. Dodałam też napis „lawenda” i
„przyprawy wujka Tadka” za pomocą złotej konturówki.
Do słoiczków przesypałam
przyprawy i sznureczkiem przyczepiłam motylkowe etykiety.
Koniec końców prowansalska
półeczka na przyprawy prezentuje się tak:
Wczoraj pojechała już do wujka i
mam nadzieję, że mu się spodoba. Ja już się cieszę, bo zrobiłam coś z niczego i
to w ekologiczny sposób nie zużywając ani wata prądu, wykorzystałam też surowce
wtórne. Recykling pełną gębą! Mam nadzieję, że Łucja patrzy i się uczy. Wiecie,
ja nie należę do tych modnych Eko-mam, co to używają tetrowych pieluch i nie
szczepią dzieci, ale mam zamiar uczyć Córkę dbania o środowisko i nie
marnowania jego zasobów.
W tym jakże zielonym klimacie
żegnam się dziś z Wami i życzę miłej niedzieli!