czwartek, 21 marca 2013

Wielka niedźwiedzica


Na samym początku chciałam Wam serdecznie podziękować za Wasz odzew na moją prośbę o przepisy. Nie spodziewałam się ich aż tylu. Teraz nic, tylko pichcić i gotować! Dziewczyny! Dziękuję Wam z całego serducha! Łucja też dziękuje, bo teraz poje sobie pysznego mleczka od mamy :D

Tymczasem w Kaliszu pogoda iście wiosenna... Śnieg sypie i nie zanosi się na to, by przestał. W moim M za to ptaszki już ćwierkają, a zamiast słońca wystarcza mi uśmiech Łucji. Do koszyczka dorzuciłam zaś kilka nowych jajeczek.








Te są zupełnie inne, niż poprzednie. Takie bardziej eko. Okleiłam je kawałkami starej gazety i dodziergałam na szydełku kilka ozdób. Jak wiecie moje szydełkowe poczynania są tylko i wyłącznie intuicyjne, ale kwiatki wyszły chyba nie najgorsze. No i podpuszczona przez Męża postanowiłam udowodnić jemu i sobie, ze całe jajeczko też mogę zamotać.  
Na koniec jeszcze zaprezentuję Wam efekt mojego bazgrolenia. Nie rysowałam już tak dawno, że prawie zapomniałam, jak trzymać ołówek…


A teraz już, niczym niedźwiedzica ze swym młodym w gawrze, udam się z Łucją w kierunku sypialni i owinięte w ciepły koc poczekamy na wiosnę...

wtorek, 19 marca 2013

Szydełkowe króliki


Witajcie Kochane Bloggerki! Dziś pozostanę w klimatach jak najbardziej wielkanocnych. Niedawno u jednej z Was, mianowicie u Martuchnaj, zobaczyłam pięknego króliczka zrobionego na szydełku. Pomysł jak najbardziej byłam w stanie zrealizować pomimo moich nikłych zdolności w posługiwaniu się zakrzywionym kawałkiem drutu :D Dokładny opis znajdziecie u Martuchnaj. Jej króliczek wyszedł cudownie i nie ma wątpliwości - jak w przypadku moich - czy to czasem nie kot :D  


Pierwszego króliczka zrobiłam jeszcze tego samego dnia, w którym ujrzałam to cudne zwierzątko. Zadomowił się na wianku, jeszcze nie skończonym. Drugi natomiast powstał jako dodatek do prezentu dla Avrei.



Co prawda moje króliczki wyglądają trochę jakby pojadły żytka podprawionego jakimś atomowym pieprzem, ale i tak są słodziutkie, no nie? Z resztą, jak to króliczki... 

Chciałam się Wam jeszcze pochwalić czymś, co ostatnio wymyśliłam. W sensie wymyśliłam sposób na wykorzystanie końcówek od paneli podłogowych. Dostałam je od Kuzyna, który remontował mieszkanie. Zobaczyłam, ile się tego marnuje i poprosiłam go o kilka. Mam teraz całą reklamówę w szafie i mnóstwo pomysłów na wykorzystanie. Nie ukrywam, że zauroczył mnie ich kolor - dąb husky. Ale już zmierzam do sedna – popełniłam taki oto bohomaz:


Pomysł był bezpośrednią reakcją na komentarz pod moim candy (przypominam, że zapisy trwają do 7 kwietnia), jaki zostawiła Avrea. Okazało się, że chce urządzić Córce pokój w brytyjskim klimacie. No więc postanowiłam dla niej zrobić coś brytyjskiego. Do namalowania wykorzystałam zwykłe farby akrylowe, taśmę malarską do zaznaczenia konturów oraz patynę. Przed patynowaniem troszkę przetarłam papierem ściernym, a całość na koniec pokryłam lakierem akrylowym.


Z pewnością w przyszłości ujrzycie u mnie jeszcze nie jeden projekt zrealizowany na panelach :D

A na koniec mam do Was prośbę o jakieś fajne przepisy na dania, w których nie trzeba wykorzystywać mleka i jajek. Najbardziej chodziłoby mi o sałatki, zupy i desery. W Internecie tego pełno, ale ja chciałam coś, co jest przez Was sprawdzone. Niestety Łucja ma skazę białkową i chcąc ją karmić, muszę zrezygnować z wielu moich mleczych ulubionych dań. No i z mleka sojowego też, bo jak za dużo wypiję, to Młoda absolutnie nie chce jeść mojego pokarmu… Proszę więc Was o porady i z góry dziękuję. Do zobaczenia następnym razem. Znowu będzie jajecznie!


niedziela, 17 marca 2013

Pierw-jajka


Wiosny nie widać, pierwiosnków też jeszcze nie uświadczyłam… Mam za to do zaprezentowania pierwsze poczynione w tym roku dekupażowe pisanki!


Jajek z koszyku bez liku! W większości powtórzyłam wzory z ubiegłego roku. Jest też kilka nowych, jak np. różowy komplecik. Nie przynudzam Wam pisaniną, zobaczcie fotki:













Mam nadzieję, że widok kolorowych jajeczek rozpuścił trochę śniegu pod Waszymi oknami! Do zobaczenia i miłego tygodnia!

wtorek, 12 marca 2013

O tym, jak miłość zmienia człowieka


Wbrew tytułowi nie zebrało mi się dziś na refleksje. Chciałam się tylko z Wami podzielić małym sukcesem w dziedzinie kulinarnej. Ale od początku – Łucja bardzo mnie zmieniła. Nie wyobrażałam sobie w najśmielszych snach, że można kochać tak bardzo, tak małego człowieczka. Byłabym w stanie zrobić dla niej wszystko! Nawet nauczyć się piec. A że na razie musiałam pożegnać się z ciastkami, kremami i tym podobnymi pysznościami (witaj skazo białkowa!), to postanowiłam, że upiekę chlebek. Ja! Chlebek! W pierwszej chwili pomyślałam, że na mózg mi padło z tej miłości, ale będąc na zakupach odkładałam większość produktów na półkę ze łzami w oczach („może zawierać śladowe ilości mleka”). Kupiłam więc, co trzeba i dalej, do roboty! A że oczywiście najpierw pomyślałam o zakupach, a potem o sprawdzeniu przepisu, to musiałam improwizować, jak to w moim przypadku często bywa. Ale oto i przepis (już zmodyfikowany):


  • 600g mąki pszennej typ 550
  • ½ szklanki otrąb żytnich
  • 2 łyżki sezamu
  • 50g ziaren słonecznika
  • 30g ziaren z dyni
  • 2 płaskie łyżki cukru
  • 1 czubata łyżeczka soli
  • 5 dag drożdży
  • ½ l ciepłej wody
  • Olej do wysmarowania blachy

 Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie. W misce wymieszać suche składniki i zalać rozpuszczonymi drożdżami.


Wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce na 30 min.




Wyłożyć do blaszki wysmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką. Posypać nasionami użytymi w cieście. Piec w temp. 180 stopni przez 45-50 minut.
Oto efekt:

Prawda, że piękny? A jaki dobry! Inna sprawa, że przepis był banalnie prosty… Ale żeby nie było zbyt idealnie, to oczywiście przypalił mi się trochę mój cudny chlebek :D


Nie od razu Rzym zbudowano przecież… A chleb wyszedł taki pyszny, że musiałam go zawinąć i schować, żeby nie zjeść go przed przyjściem Michała. No bo tak kusił zapachem i wyglądem, że za każdym razem, kiedy weszłam do kuchni, musiałam ukroić sobie kawałeczek. Tak to jest, jak człowiek łakomy…

A na koniec pochwalę się Wam jeszcze cudownymi prezentami od mojego Męża, które dostałam na Dzień Kobiet: niebanalny bukiet oraz urocza kurka z Home&You. Oczywiście pasująca do kuchni :D



Prawda, że cudownie mieć Męża, który pamięta o takich szczegółach, jak białe kropeczki? To tak a propos tytułu posta :D

I tak uszczęśliwona prezentami i udanym wypiekiem żegnam się z Wami! Do następnego razu! A będzie już bardzo świątecznie…

P.S. Zapraszam do przeczytania nowości z zakładce "Grafomania". 

piątek, 8 marca 2013

Britisz Kandy rewoluszjon!


No to ogłaszam drugie w moim życiu candy :D Ha!


A niech tam! Okazje są dwie – po pierwsze właśnie dołączyłam do społeczności Facebooka (jako Petra Bluszcz). Nie wiem, jak to wszystko wyjdzie, bo to dla mnie totalna nowość. Wybaczcie, jeśli popełnię jakieś facebookowe faux pas, czy zrobię coś nie tak… Ciągle się uczę. Może dojrzeję kiedyś do tego, by założyć też swoje prywatne konto… Kto wie? W każdym razie to dla mnie, osoby starającej się w jakimś sensie zachować anonimowość w sieci, to totalna rewolucja. Ale czy można być w sieci i jednocześnie być anonimowym? Raczej nie. Mam nadzieję, że nie jestem w swoim postanowieniu hipokrytką. Po prostu funkcjonuję pod pseudonimem. Kropka :D Znajdziecie mnie TUTAJ oraz w pasku bocznym bloga. 
A teraz drugi powód do zabawy – przepiękna książka Treasures of Britain. Dostałam ją kiedyś od Mamy. A potem jeszcze jedną… Mam więc dwie. Czemu się nie podzielić? Książka została przygotowana przez zespół ekspertow i zawiera wiele cennych, uporządkowanych alfabetycznie informacji o Wyspach, ale przede wszystkim cudowne ilustracje, grafiki, mapy. Przekazuję Wam wydanie drugie, opublikowane w Londynie w roku 1973. Książka ta liczy prawie 700 stron.








Poza tym do wygrania będą przygotowane przeze mnie:
  • Puszka na herbatę
  • 2 serduszka-zawieszki z masy solnej
  • Ocieplacz na kubek (cud na kiju, kombinejszon po całości, ale Union Jack jest!)
  • Brelok z modeliny
  • Kolczyki




Wszystko utrzymane w klimacie mocno brytyjskim :D To tylko takie dodatki, najważniejsza i tak jest książka, ale jak już obdarowywać, to mnogo :D

Zasady jak zawsze – udział w zabawie mogą wziąć każdy. Warunkiem jest podlinkowanie u siebie banerka oraz zostawienie komentarza pod tym postem. Kto ma konto na fb, to fajnie, jakby napisał u siebie o tej rozdawajce. Będzie mi bardzo miło, jeśli polubicie mnie (czy jak to się tam nazywa) na facebooku i zostaniecie obserwatorami mojego bloga, ale to nie jest konieczne, by wziąć udział w losowaniu. Oczywiście osoby anonimowe proszone są o podanie maila i wszystkie te fejsbukowe czary, jeśli mają konto.
Zgłoszenia przyjmuję do północy w niedzielę 7 kwietnia.
Mam nadzieję, że się Wam prezencioszki spodobały i licznie weźmiecie udział w zabawie. Dla mnie to też radocha!

A na koniec wszystkim Wam życzę dużo miłości i radości oraz spełnienia marzeń z okazji naszego wspólnego święta!

poniedziałek, 4 marca 2013

o-SOLE-mio


Masa solna przed długi czas leżała poza zasięgiem moich znerwicowanych łapek. Myślałam, że skoro nie mam talentu do pieczenia ciast, to z masą, która przecież też jest ciastem, nie będzie mi po drodze. Pewnego dnia postanowiłam jednak spróbować coś stworzyć w myśl zasady, że lepiej żałować czegoś, co się zrobiło, niż nie zrobić tego wcale. Żeby nie zanudzać Was moimi solnymi perypetiami od razu przechodzę do zdjęć:



Pomysł na ptaszka zapożyczyłam, czy też może po prostu ściągnęłam od Snow, która tak naprawdę, to tym ptaszkiem zainspirowała mnie do działania. Dziękuję Ci ogromnie, Snow! Dzięki Tobie pokonałam niechęć do masy solnej :D


Część serduszek jest już ozdobiona, ale o tym kiedy indziej.


A to mój pierwszy świąteczny wyrób. Wiem jedno – malowanie masy solnej to sztuka ekstremalna.


Keep calm & hakuna matata :D Bez komentarza, za to z dużą dozą śmiechu.


A to już szyldziki. Zawisną na koszykach w łazience, ale o tym też będzie później.

Tymczasem żegnam się z Wami i lecę się przygotować na odwiedziny Siostry (a musicie wiedzieć, że bardzo rzadko się widujemy, więc przygotowania są jak najbardziej konieczne!)
Do miłego!