środa, 3 października 2012

Akcja: miejsce dla Łucji


Hej Dziewczyny!
Dawno się nie odzywałam… Nie było to bynajmniej spowodowane jakimiś komplikacjami. Po prostu ciężko mi dłużej wysiedzieć przy komputerze, a jak biorę lapka na kolana, to już mi brzuch przeszkadza w pisaniu… Ot, cała tajemnica :D Tymczasem termin porodu zbliża się nieubłaganie i choć w sumie trochę czasu zostało, to powoli szykujemy miejsce dla naszego Bąbelka. W związku z tym wygrzebałam z szafy kilka ciuszków, których nawet nie miałam na sobie. Większość ma metki. Są to ubrania, które są na mnie za małe lub po prostu trochę nie w moim stylu, albo też moja zapobiegliwa, lecz jakże kochana Mama kupiła mi więcej niż jedną sztukę. Wszystkie są z UK. No i bez sensu leżą w szafie i zagracają tak potrzebne teraz miejsce (którego ciągle ubywa pod naporem śpioszków, wózka, czy innych akcesoriów). Postanowiłam więc pokazać Wam je tutaj. Może coś się Wam spodoba? Przy każdym podałam krótki opis i cenę, do której dojdzie jeszcze koszt przesyłki, podejrzewam, że max 5 zł. Wiem, że mogłam wystawić na Allegro, ale tam jest takie zatrzęsienie, że ciuchy naprawdę ciężko sprzedać. Mam też do Was prośbę – może mogłybyście zamieścić u siebie banerek z informacją o akcji? Będę bardzo wdzięczna! Im więcej osób będzie wiedziało, tym większa szansa, że ktoś zechce coś zaadoptować. Akcja potrwa do 20 października. A teraz zapraszam do obejrzenia kilu ciuszków z mojej szafy:



Zielony (groszkowy) płaszczyk, MK One, rozm.12, całkowita długość 80 cm, szer. w ramionach 56 cm, rękaw ¾ - 40 zł




Spódnica atmosphere, rozm. 12, całkowita długość 66 cm, szer. w pasie 40 cm (rozciągliwa – guma w pasie), materiał jak na sweterek – 18 zł


Spódnica cienka atmosphere, rozm. 14, całkowita długość 70 cm, szer. w pasie 39 cm18 zł



Spódnica w kratkę atmosphere, rozm. 14, całkowita długość 36 cm, szer. w pasie 43 cm, z kieszeniami – 18 zł


Spódnica atmosphere, rozm. 14, całkowita długość 57 cm, szer. w pasie 42 cm, wełniana (53%) - 20 zł


Spódnica tweedowa niebieska, atmosphere, rozm. 14, całkowita długość 40,5 cm, szer. w pasie 42 cm, z podszewką – 18 zł


Spódnica tweedowa fioletowa, atmosphere, rozm. 16, całkowita długość 42 cm, szer. w pasie 45cm, z podszewką – 18 zł


Czapeczka wełniana cienka, atmosphere, pudrowo-różowa  - 5 zł


Kurteczka jeansowa, oliwkowozielona, rozm. 42, całkowita długość 46 cm, szer. w ramionach 54 cm, rękaw długi – 25 zł


Spódnica w kratkę H&M, z podszewką, rozm. 8 (38), całkowita długość 64 cm, szer. w pasie 40 cm15 zł

Spódnica Lonsdale London, sportowa, oliwkowozielona, rozm. 14, całkowita długość 37 cm, szer. w pasie 42 cm (rozciągliwa) – 10 zł


Sukienka New Look, beżowo-złota z różowymi aplikacjami, z podszewką, odkryte plecy ze sznurowaniem, satynowa,  rozm.14, długość od wysokości piersi 57cm, szer. pod piersiami 46 cm35 zł




Buty, rozm. , zamszowe z kożuszkiem, rozm. 39 – 30 zł



Sukienka GAP, rdzawo-brązowa, rozm. 14, całkowita długość 93 cm, szerokość w pasie 42 cm, z podszewką, idealnie wygląda z szerokim czarnym paskiem – 60 zł


To już wszystko. Jeśli miałybyście dodatkowe pytania, to proszę je kierować na maila: petra.bluszcz@interia.pl

wtorek, 11 września 2012

Kurka, półeczka i wyróżnienie


Dziś zaczynam od kuchni. A w niej kilka zmian, w sensie dodatków. Na pierwszy ogień idzie kropkowa kurka, o której kiedyś mimochodem wspominałam.


Widziałam raz podobną w necie i bardzo mi się spodobała, a że w sklepie akurat jej na stanie nie mieli (w Home & You), to poprosiłam Męża, żeby mi wyciął ze sklejki coś kurzego. Naszykował mi też druciki na ogon i nóżki. No a mi pozostało tylko pomalować. Grzebyczek i dziobek zrobiłam z filcu. I kura gotowa. Stoi teraz i dumnym okiem spogląda na kuchnię:


Radość z niej jest tym większa, że zrobiliśmy ją z Mężem wspólnie. Widzę te kurze niedoskonałości i wcale mi nie przeszkadzają… Już zawsze będę na nią patrzała z sentymentem.

Kolejnym przedsięwzięciem, w którym poprosiłam Męża o pomoc było zawieszenie półeczki na prezeciochy, o których mówiłam Wam ostatnio. Przywieźliśmy starą półkę z mojego rodzinnego domu. Zrobił ją kilkanaście lat temu mój Tata. Teraz tego nie widać, ale miała powypalane wzorki – kółka i kropki. Uległy niestety zamalowaniu :D Po dość mocnym szlifowaniu, dwukrotnym nałożeniu farby i powrocie Męża ze skandynawskich wojaży półka znalazła wreszcie swoje miejsce:


Znalazły się na niej praktycznie same prezenty – słoiki od Cioci Eli, komplecik od Siostry i woreczek od Ani. I tylko makowe słoiczki zrobiłam kiedyś, kiedyś sama. Bardzo się cieszę, że zyskałam trochę miejsca na blacie. Już niedługo pewnie bardzo się przyda.

Poza kuchennymi nowościami chciałabym się Wam dziś pochwalić wyróżnieniem, które dostałam od Ani z Mój dom – moja przystań. Aniu, bardzo serdecznie Ci dziękuję :D Ogromnie się cieszę! Trzeba mnie było widzieć, jak o tym przeczytałam – banan na ryjku i łzy w oczach (te łzy to przez to, że ostatnio wszystko mnie wzrusza…)



Co do moich typów na wyróżnienia, to u wielu z Was widziałam już te banerki, choć ostatnio jestem bardzo rzadko w blogowym świecie, więc nie gniewajcie się, że tym razem pominę tę część i nie „podam dalej”.

I jeszcze mała refleksja na koniec. Mąż mi znowu wyjechał. Tym razem do Norwegii. Nacieszyłam się nim raptem dwa dni, a on znowu hyc! i go nie ma. Tak daleko od siebie, to chyba jeszcze nie byliśmy. Siedzi sobie teraz na samiutkim krańcu świata, prawie 3 tys. km stąd. Wczoraj był na Nordkapp, przylądku uważanym za najdalej wysunięty na północ punkt Europy. A ja tu usycham, słomiana wdowa… I tylko mnie denerwuje, jak ciągle mi się ktoś pyta, jak się z tym czuję… A jak mam się czuć? Jak Osiołek z „Kubusia Puchatka”:

- Czasem leżę w trawie i wcale mnie nie widać – mruknął Osiołek – I świat jest taki ładny! A potem ktoś przychodzi i pyta: „Jak się dziś czujesz?” I zaraz się okazuje, że okropnie.

piątek, 31 sierpnia 2012

Prezenciochy


Dziś pochwalę się Wam prezentami, które dostałam w ostatnim czasie.
Pierwszy przyszedł pewnego ranka pocztą. Spodziewałam się go, choć nie tak z samego rana. Wyskoczyłam więc do listonosza w piżamie i chyba go troszkę przestraszyłam swoim wyglądem, bo minę miał na wpół przerażoną, na wpół rozbawioną. Ale przecież nie będę się stroić dla listonosza…
Tymczasem w paczuszce od Ani zMój dom – moja przystań przyszły takie oto cudeńka:


Wśród tych wszystkich rzeczy znalazły się dwie zawieszki z konikami (ten motyw mnie urzekł i zachwycił), woreczek pięknie pachnący goździkami, dwie pary cudnych kolczyków, notesik, serwetki, na które już mam pomysły, gipsowe aniołki, kadzidełka, naklejki-zakładki ze słodkim kociakiem, lniany sznureczek i karteczka, którą Ania zrobiła specjalnie dla mnie. Generalnie dostałam całą masę fantastycznych rzeczy, za które Ci, Aniu, z całego serducha dziękuję. To genialne uczucie być tak wspaniale obdarowanym.
A oto, jak wykorzystałam zawieszki:






 Czerwony konik znalazł miejsce w kuchni na zasłonce. Myślę, że tu pasuje najbardziej, choć koncepcji było wiele. Konik transferowany natomiast zadomowił się w sypialni, którą powoli przygotowujemy na przyjście Łucji. Na razie zawieszka jest na drzwiach od szafki, ale z czasem pewnie znajdzie się przy łóżeczku Małej. Woreczek z goździkami zostanie w kuchni i będzie zdobił przygotowywaną przeze mnie półeczkę razem z następnym prezenciochem, tym razem od mojej Siostry. Nie widziałyśmy się szmat czasu, jest to zaległy prezent urodzinowy, którego już nie mogłam się doczekać. Na dodatek wszystko ślicznie opakowane. Ja też zrobiłam coś dla niej i ładnie zapakowałam, ale niestety nie zrobiłam fotek… Faktem jest jednak, że zupełnie niezależnie od siebie skorzystałyśmy z podobnych motywów – był szary papier, na to siatka, rafia, motylki do ozdoby… Eh, ale zobaczcie już, co było w pudełku:



Półeczką w pełnej okazałości pochwalę się Wam dopiero w następnym tygodniu, bo nawet jeśli zrobię ją jutro, to nie ma mi jej kto zawiesić, bo wczoraj zostałam słomianą wdową – mój Mąż wojażuje po Szwecji przez najbliższe kilka dni. I tak mi pusto w domu i tęskno do niego, hormony mi na dodatek szaleją i najchętniej bym cały czas ryczała jak bóbr… Dobrze, że mam jego cząstkę pod seruszkiem… Całkiem sporą cząstkę, bo waży już dobry kilogram :D

Ściskam Was wszystkie serdecznie, chociaż wirtualnie i życzę miłego weekendu, ostatniego podczas tych wakacji.

piątek, 24 sierpnia 2012

A różne takie



I znowu w łeb wzięły moje plany, żeby posty zamieszczać systematycznie. Albo plecy bolą, albo w ogóle samopoczucie siada, albo wciąga mnie jakaś książka. A ostatnio, jak już wciąga, to na amen. Lubuję się teraz w szwedzkich kryminałach – wiem, nie jestem zbyt oryginalna, ale cóż… Próbuję nawet zgłębić tajniki języka szwedzkiego, online oczywiście. I nawet bym przełknęła gramatykę, bo w końcu to kilka zasad, które trzeba zapamiętać, ale wymowa mnie po prostu załamuje. Ten dziwaczny akcent, sylabizowanie, wymawianie liter w różny sposób w zależności od „sąsiedztwa”… Eh, może kiedyś mi się uda. Może spełni się marzenie o wyjeździe do Sztokholmu i w dzikie ostępy Skandynawii, gdzie w najbliższym czasie jedzie mój Ukochany. 

Ale wracam do tematu :D Jako, że już niedługo nasza Fretka zejdzie trochę na dalszy plan (choć zamierzamy angażować ją w wychowanie Łucji), to postanowiłam coś zrobić dla niej.


 I tak oto nową szatę zyskał koszyk naszego psiaka i teraz bardziej pasuje do przedpokoju. Załatałam też jej kocyk, który kiedyś pogryzła próbując dostać się do zawiniętej w nim kości. No i zrobiłam też tabliczkę z jej imieniem. Literki malowałam bez szablonu, tzn. nie do końca. Najpierw stworzyłam wzór na zwykłej kartce, potem naniosłam go za pomocą kalki na deseczkę, pomalowałam dodając cienie. I nawet jestem zadowolona. Samą tabliczkę oczywiście wyciął i nawiercił mój nieoceniony Mąż (poczekajcie, aż Wam się pochwalę wyciętymi przez niego kurką i aniołkiem). Sama raczej nie dałabym rady, bo narzędzia elektryczne cosik mnie nie lubią…

Teraz pokarzę Wam kilka obiecanych ostatnim razem dekupażowych słoików. No dobrze, żeby niektórych dekupażystów-faszystów nie obrażać, słoiki ozdobiłam metodą serwetkową, a nie klasycznym decoupage, w którym używa się papieru, a nie serwetek :D



 Zaznaczyć muszę, że kwiatek na dekielku jest namalowany, a nie naklejony. Taka ze mnie chwalipięta...




Następnym razem będzie kilka butelek.

A na koniec zapchajdziura. W sensie takim, że nie będę pisać osobnego posta tylko o kolczykach :)


Zrobiłam je jakoś tak w przypływie natchnienia. Dwie pary już trafiły do nowej właścicielki. Do niej też trafiła jedna z moich butelek. Od niej też dostałam wczoraj śliczną paczuszkę, ale jeszcze nie obfociłam, więc będzie o tym wszystkim następnym razem osobny wpis.

A dziś żegnam się już z Wami i życzę udanego weekendu!

środa, 8 sierpnia 2012

O tym, co z nudów można robić...


Zacznę od tego, że bardzo Wam wszystkim dziękuję za gratulacje pod ostatnim postem. Strasznie się też cieszę, że tak Wam się spodobało imię Łucja, które wybraliśmy dla naszej córeczki. Oswoiliśmy się już  myślą o dziewczynce, tzn. ja to tam wiedziałam, że będzie dziewuszka i wyobrażam sobie teraz, jak to będziemy razem szyły ubranka dla lalek i piekły ciasteczka. No a Mąż już sobie nie wyobraża, że mógłby być chłopiec :D To tyle w temacie Dzidziolka. 

Ostatnimi czasy zebrało mi się na przeróbki. Choć raczej powinnam powiedzieć, ze imam się wszelkich zajęć, co by zapełnić jakoś czas w przerwach między mdłościami i najróżniejszymi bólami. Niedawno wybrałam się na kilka dni do Wujka na wieś i tam dorwałam się do trzech krzeseł. Nie zrobiłam oczywiście zdjęć „przed”, ale możecie sobie wyobrazić, że te peerelowskie mebelki nie wyglądały zbyt dostojnie. Malowałam je metodą suchego pędzla. Chciałam dodać jeszcze przecierki i jakąś grafikę, ale Teściowa powiedziała, że nie, więc co ja się będę się z Teściową kłócić. No i siedziska też ma ona zmienić. Ale to akurat dobrze, bo ja nie miałabym pojęcia, jak się do tego zabrać. 



Następną robotę przywiozłam sobie ostatnio od Cioci Ireny. Urządza ona dom na wsi, kupiła nowe mebelki i poczyniła inne takie, swoją drogą bardzo udane prace. No i okazało się, że drewniane świeczniki przestały pasować. A że większość dodatków jest barwy starego złota (łącznie z pięknym lustrem wiszącym nad komodą), to Ciocia poprosiła mnie o przemalowanie świeczników właśnie na ten kolor. Wyszło całkiem nieźle. Jako podkładu użyłam czarnej farby akrylowej. Potem gąbeczką wtarłam dwie warstwy złotej. Tak świeczniki wyglądały przed:


… a tak po malowaniu:



A teraz staroć. W sensie zaległości. Około dwa tygodnie po tym, jak dowiedziałam się o ciąży przeczytałam u Luny na blogu, że poszukuje guzików w różnych kształtach, także takich z modeliny. Leżałam wtedy w łóżku i w przypływie dobrego samopoczucia, ale nie wychodząc z bezpiecznych pieleszy, ulepiłam kilka stworków.





Nie są one najwyższych lotów, czy przecudnej urody, nie zachwycają kolorami (modelina jest najzwyklejsza), ale są. Po wielu uciążliwych tygodniach wygotowałam je i wysłałam. Spodobały się Lunie i mam nadzieję, że kiedyś je wykorzysta. 

No, to chyba na dzisiaj tyle. Następnym razem zacznę Wam pokazywać słoiki i butelki, których w ostatnich tygodniach trochę nabroiłam. A na razie cieszę się pogodą, wreszcie troszkę jesienną :D

Pozdrawiamy cieplutko!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Chwalę się :D


Po zdjęciu już chyba wiecie, co chcę Wam dziś oznajmić :D Tak, tak, w moim brzuchu rośnie mała Łucja. Wczoraj widzieliśmy ją na USG.. Mój Mąż po raz pierwszy i bardzo się wzruszył. Jak to facet, bardziej liczył na syna, ale z córką przecież też może piłkę kopać, tym bardziej, że mamy w Kaliszu świetną drużynę młodziczek. i wcale nie czuje się zawiedzny. Szczerze mówiąc, to oboje jesteśmy strasznie dumni i już się nie możemy doczekać listopada. Tylko jak on ogarnie te różowe ciuszki... No nic, idę się szykować, bo zaraz wyruszamy na rocznicową kolację (już 4 lata minęły od naszego ślubu).

Trzymajcie się Dziewuszki i miłego weekendu!

P.S. A te śliczne różowe buciczki dostałam już kilka tygodni temu od przyjaciółki. Kasia mi powiedziała, że ona jest przekonana, że będzie dziewczynka. No i się nie pomyliła :)

czwartek, 26 lipca 2012

Łazienka

Dawno już tu nie zaglądałam, do Was – przyznaję się bez bicia – też nie. Jakoś tak nie mam siły i ochoty siedzieć przed komputerem dłużej, niż wymaga tego sprawdzenie maila i przejrzenie kilku portali. Ale dziś pełna mobilizacja! Mąż mnie zagania do blogowania już od kilku tygodni i wreszcie wjechał mi na ambicje. Zaczynam o od dawno obiecanej łazienki.


Jeszcze przed Wielkanocą przeszła mały lifting. Po przeprowadzce okazało się, że akurat to pomieszczenie może poczekać na remont. Odświeżyłam więc ściany, dodałam koszyczki i przez dwa lata nie ruszałam tego ponurego skądinąd przybytku czystości. Choć przy ciemnych kafelkach o czystość, a przynajmniej o estetyczny wygląd ciężko. Od kilku miesięcy nosiłam się z zamiarem rozjaśnienia mordorowych ciemności. Na pierwszy ogień poszły koszyczki, które przemalowałam na biało. Taki kolor zyskała też nowa półeczka nad sedesem i stojące na niej lustro. Dostał je jakiś czas temu mój Mąż za pomoc starszemu Panu, którego nawet nie poznał z imienia. To był jakiś drobiazg, ale Pan chciał się odwdzięczyć i przyniósł mu to zwierciadło. Okazało się, że Starszy Człowiek walczył w AK, a po wojnie wytwarzał podobne do lustra rzeczy dla Cepelii (zachowała się naklejka firmowa z nazwą „Spółdzielnia Pracy, Rękodzieła Ludowego i Artystycznego. Sieradz”). Szczerze mówiąc nie miałam gdzie postawić tej wartościowej dla nas rzeczy, a nie chciałam żeby leżała w szafie. Pomalowałam więc i postawiłam w łazience, gdzie cieszy nasze oczy.


Ze starej, drewnianej cukiernicy zrobiłam pojemnik na płatki kosmetyczne. W koszyczku obok leżą muszle (w większości kupione), kamienie i kawałki drewna zebrane w trakcie naszych podróży. Ta mała buteleczka z zatopionymi muszelkami, to pamiątka z Majorki przywieziona przez moją Siostrę. W rogu, na półeczkach będących częścią zabudowy wanny zrobiłam dekorację, typowo łazienkową. Świecę na dole, tą wyższą, za pomocą ciepłego kleju owinęłam sznurkiem i dodałam muszelki. Słabo widoczny wazon, to po prostu butelka po winie. Sam trunek był okropny, ale czego się nie robi dla ładnej butelki…


Na deser moje dmuchawce. Początkowo miało być tak:


Po dwóch dniach stwierdziłam, że to „graffiti” jest nieporadne i koślawe, choć może zdjęcie nie do końca tą koślawość oddaje, więc zamalowałam roślinki. W sklepie typu „wszystko po 4 zł” zakupiłam trzy antyramy i nabazgrałam dmuchawce kredką, co znacznie bardziej przypadło mi do gustu.



Dodałam jeszcze kilka drobiazgów, tu ręczniczek, tam mydełko. Z tego samego materiału, co wyściółka koszyczków uszyłam też „zasłonkę” na szafkę obok pralki, kupiłam pojemnik na mydło i pastę do zębów (w niezawodnym Pepco) i lifting gotowy.







Może nie jest to super zmiana, ale na pewno w łazience zrobiło się jaśniej. Następnym razem planuję iść trochę dalej i zrobić wystrój typowo marynarski. Wzdłuż górnej krawędzi kafelków chcę namalować dość szerokie dwa białe pasy, zamiast dmuchawców powiesić koło od żyrandola stylizowane na ster (o ile uda mi się wydębić je od Teściów), dodać jakiś sznur, zmienić znielubione lustro, walnąć kilka czerwonych akcentów… To kolejny pomysł na zmianę, bez kucia, szpachlowania i innych przyjemności towarzyszących remontowi łazienki. Choć wiem, że to nieuniknione. A wtedy, hm…., wtedy zamarzę o łazience w stylu londyńskiego metra.

Tyle o łazience… Teraz chciałam podziękować Wam za ciepłe słowa w komentarzach pod poprzednim postem. No i spieszę z informacją, że Maleństwo ma się dobrze, rośnie i rozpycha się ile wejdzie. Za tydzień dowiemy się, czy będzie Łucja, czy może Mikołaj. Ja za to ciągle mam się nie najlepiej, głównie przez mdłości, które miały minąć już dwa miesiące temu. Nie będę się tu Wam rozpisywać na temat innych dolegliwości, bo nie o to chodzi. Najważniejsze przecież, że Dzidziolek mocno się w brzuszku trzyma. Pozdrawiam serdecznie!