sobota, 4 lipca 2015

Tam i z powrotem



Dlaczego tak nazwałam opowieść o naszych tegorocznych wakacjach? Pisałam Wam dwa tygodnie temu, że czuję się, jakbym wyruszała do Śródziemia. Moje oczekiwania nie tylko zostały spełnione. Piękno Skandynawii powaliło mnie na kolana! Dziennik z podróży został praktycznie zapełniony w całości. Spisałam ponad 70 stron, drugie tyle zajmują rysunki i zdjęcia. Spokojnie, nie będę Wam tu przytaczać całości. Postaram się pisać krótko i nadrabiać ilością zdjęć, które możecie oglądać słuchając pięknych wikińskich melodii.






Kalisz - Góra - Rostok - Trelleborg - Goteborg - Oslo -
 Trondheim - Mosjen - Tjotta - Visthus ... i z powrotem

W naszą podróż wyruszyliśmy w piątkowe popołudnie, 19 czerwca. Do Rostoku w Niemczech dotarliśmy w sobotę wczesnym rankiem. Płynęliśmy promem o nazwie Huckleberry Finn, co już zwiastowało wspaniałą przygodę. Na nasze szczęście na statku była strefa na dzieci – basen z kulkami i zjeżdżalnia. Myślę, że dobre 2/3 podróży Łucja spędziła właśnie tam. Po 6 godzinach przybiliśmy do skąpanych w słońcu brzegów Szwecji. Na wzgórzach nieopodal Malmo zrobiliśmy postój. Ten i wszystkie następne wyglądały jak pikniki – na stole lub trawie rozkładaliśmy obrus, na turystycznych kuchenkach grzała się woda na kawę… Były kanapki, gorące kubki i kilogramy mięsiwa. Południowy region Szwecji – Skania – przywodziła mi na myśl Kurta Wallandera, bohatera powieści Henninga Mankela. Jeśli miałabym napisać, z czym będzie mi się kojarzyć Szwecja, to byłyby to na pewno trzy rzeczy – skałki, jeziora i wszechobecne wiatraki. No i jeszcze – choć to dotyczy także Norwegii – zadbane i malowniczo położone miejsca postojowe.
 
Postój w Szwecji

Jeszcze zachód, czy już wschód słońca? Norwegia, 2 rano

Malownicza dolina w Norwegii, rześki poranek

Granicę z Norwegią przekroczyliśmy wieczorem. Ciężko było jednak odróżnić dzień od nocy, bo akurat zaczynały się dni polarne, kiedy słońce praktycznie nie zachodzi, a chowa się jedynie za górami. Około drugiej w nocy wyglądało to tak, jakby cały horyzont płonął. W niedzielne południe przekroczyliśmy granicę do Norwegii Północnej. Krajobraz stał się bardziej surowy – ośnieżone ciągle górskie szczyty odbijające się w wodach jezior, wodospady niknące pod drogą, mosty i tunele… Przełęcz Czerwonego Rogu, Rivendell, czy Wichrowy Czub, to nie jedyne miejsca z tolkienowskiej powieści, które przychodziły mi na myśl, kiedy spoglądałam za okno naszego busa. Po drodze mijaliśmy także wiele tuneli, w tym jeden ciągnący się przez ponad 8 kilometrów. Łucja zapytała, kto go zbudował, więc odpowiedziałam, że trolle… 

Brama do Norwegii Północnej

Tjotta, czekając na prom

Na koniec czekała nas przeprawa promem z Tjotty.  Płynęliśmy niemal dwie godziny między małymi portami rozsianymi po zatokach. Towarzyszyło nam Siedem Sióstr – masyw górski, który wedle legendy stanowiło właśnie siedem sióstr – trolli zmienionych w kamień o wschodzie słońca. Chętnych do zapoznania się z tą legendą zapraszam TUTAJ. Wierzcie mi, woda była tak czysta i nieskazitelna, słońce tak pięknie świeciło, że czułam się niemal jak nad Morzem Śródziemnym, a nie na północy Europy. Potem zostało nam już jedynie około 7 km wzdłuż Vistelfiorden do miejscowości Visthus – celu naszej podróży. To piękne miejsce w regionie Helgeland. O naszym ośrodku, Visthus Rorbucamping, możecie poczytać TUTAJ
Uff, 2,5 tysiąca kilometrów za nami! Wszyscy przeżyliśmy, Łucja była bardzo dzielna, a nasi towarzysze podróży niesamowicie wyrozumiali i pomocni. 

Visthus Rorbucamping, cel naszej podróży

Zamieszkaliśmy w niebieskim domku około 400 metrów od pozostałych członków naszej Drużyny Pierścienia, czy jak zwykłam mawiać, od domku alfa, w którym wszyscy spotykaliśmy się na posiłki i w celach towarzyskich. Dla nas był to kolosalny plus, dlatego, że obok znajdował się plac zabaw córek właścicieli domku, zagroda z owcami, a przede wszystkim było daleko do wody. Jakże wspaniałe mieliśmy widoki! Z okna widać było przeciwległe zbocza fiordu, morze, wodospad. Czasami udało się nam zobaczyć pływające pod osłoną nocy (nocnej pory) delfiny. Bajka! Niestety już od wtorku pogoda zepsuła się – padało, a szczyty gór spowijały gęste chmury. Dla nas jednak nie było to przeszkodą – Michał wypływał na ryby, a my z Łucją skakałyśmy po kałużach, spacerowałyśmy. Dwa razy popłynęłam ja i nawet udało mi się kilka dorszy i czarniaków złapać, ale brak doświadczenia sprawił, że największe ryby uciekały, jedna to nawet tuż przed łódką. Dużo czasu zajmowało mi fotografowanie pięknych widoków. Chwilami czułam się jak bohaterka jakiegoś programu przyrodniczego na National Geographic. Niemal w każdej zatoczce można by kręcić kolejne sezony Wikingów. Nisko zawieszone chmury zwiastowały zejście ognistego robaka, zupełnie jak w filmie Trzynasty wojownik. Na dwa ostatnie dni powróciło słońce. Wykorzystaliśmy to do maksimum wchodząc na skałki. No dobrze, ja sama pobiegłam w najbardziej strome miejsca, bo dla Łucji było tam zbyt niebezpiecznie. Odkryłam piękne, magiczne miejsca, wyjęte wprost z nordyckich legend. Nawet nie wiem, kiedy minęło całe 8 dni naszego pobytu w Visthus. Wiem jedynie, że minęły zbyt szybko.

Nasz domek, mieszkaliśmy na parterze.
 Czy kolorami nie przypomina Wam domku Muminków?

Zupa rybna a'la Wiesław K.
Najlepsza zupa pod słońcem!

Godzina 11 w nocy, podczas kilkukilometrowej przebieżki

Muszelkowo-kamienna konstrukcja, na pożegnanie

Vistelfiorden skąpany w słońcu

Droga kończąca się w morzu

Jedna z malowniczych zatoczek nieopodal domków

Ahoj przygodo!

W chmurach także pięknie

Wędkując...

Niczym kadry z National Geographic

Najpiękniejsza z zatoczek i cudne karłowate brzozy. 

Cuda natury

Jedno z magicznych miejsc, tuż obok domków

Widok na wodospad

Kamienie nazywane jajami smoków

Za płotem cmentarz

Midsommer - jedno z ważniejszych świąt w Skandynawii

Z ukrycia

Widok z tarasu na skałkach

Ładniejszy kuzyn ogrodowego krasnala

Moje najbardziej magiczne miejsce -
maleńkie oczko wodne w zagłębieniu skały. 

Brakuje tylko wikińskich okrętów

Wodospad; w trakcie wędkowania

Kiedy ponownie wsiadaliśmy na prom, tym razem do Tjotty, kiedy patrzałam ponownie na monumentalnych Siedem Sióstr, a słony wiatr znowu wiał mi w twarz, miałam łzy w oczach, bo zostawiłam tam kawał serca. Podróż powrotna trwała dłużej, ale mieliśmy też więcej czasu na zwiedzanie i na postoje. Jedynie z okien busa widzieliśmy Trondheim, Oslo, Goteborg… Zatrzymaliśmy się za to w malowniczym miasteczku Hamar, czy przy ogromnym trollu przy rzece Namsen, która wyglądała zupełnie jak Anduina. Mijaliśmy Tanumshede i Fjalbackę – miejsca, które w swoich kryminałach opisuje Camilla Lackberg. 

Piękny most, w cieniu którego jedliśmy obiad, w dniu wyjazdu

Siedem Sióstr

W drodze powrotnej

Troll, którego Łucja bardzo się przestraszyła

Rzeka Namsen niczym tolkienowska Anduina
Do domu wróciliśmy w środę wieczorem. Pełni wrażeń, wspomnień i nieopisanej radości, choć bardzo zmęczeni. Zobaczyliśmy wspaniałe miejsca, poznaliśmy cudownych ludzi, bez których ta podróż nie byłaby taka. Zosia, Asia, Wiesiek, Janusz, Andrzej, pan Janek, pan Karol, drugi Andrzej i Piotr – dzięki nim nasza podróż do Śródziemia była jednym z najpiękniejszych przeżyć w całym moim życiu! Z pewnością to nie jedyny wpis o naszych wakacjach. Chciałam Wam napisać o kilku ciekawych aspektach, którymi nie będę dziś przedłużać i tak już długiej opowieści, a także o podróży z dzieckiem – jak się przygotować, co zabrać, o czym pamiętać. Tymczasem witam się z Wami po długiej nieobecności, już na dobre. W najbliższym czasie wracam do rękodzieła. Trzymajcie się chłodno w te gorące dni!

piątek, 19 czerwca 2015

Ruszać czas!


Króciótko: dziś wyruszamy w podróż. Jeśli o mnie chodzi, to będzie podróż mojego życia do wymarzonej Skandynawii. Norweskie fiordy czekają na odkrycie i obfotografowanie. Czuję się, jakbym wyruszała do Śródziemia. Mam wielkie oczekiwania i wielkie obawy, ale w bagażu najwięcej miejsca zajmuje optymizm! Będę starała się prowadzić dziennik podróży. Może na bieżąco będę wrzucać coś na fb. Jeśli nie, to po powrocie obiecuję Wam obszerną relację. Trzymajcie kciuki za naszą szczęśliwą podróż! Wracamy na początku lipca i postaram odezwać się jak najszybciej. Do zobaczenia!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Koła roweru kręcą się

Dawno, dawno temu, za siedmioma lasami, za siedmioma górami, na największym zadupiu, jakie możecie sobie wyobrazić, mieszkała mała dziewczynka. Jej rodzice nie mieli samochodu, a w zasadzie był czas, że mieli, ale niezbyt długo. Dlatego dziewczynka, jak i wszyscy członkowie jej rodziny wszędzie przemieszczała się rowerami. Pierwszy rower dziewczynka miała w wieku 7 lat i do dziś pamięta, jak podczas dziewiczej przejażdżki wpadła w krzaki za bramą. Potem były inne składaki, czy damki, w porywach pożyczony od siostry "góral". Gdziekolwiek chciała się dostać - do szkoły, kościoła, na przystanek autobusowy, jechała bicyklem 4 km w jedną i 4 w drugą stronę. Czy śnieg, czy wiatr, czy inna zawierucha, ona z uporem maniaka kręciła kolejne kilometry, ze zliczeniem których dziś nawet Endomondo miałoby problem. Dzięki temu zachowywała nienaganną sylwetkę i świetną kondycję. Aż przyszedł czas przeprowadzki do wielkiego miasta. Rower zastąpiła tramwajem, zdrowe, wiejskie jedzenie - fastfoodami. No i dupa urosła do niemożebnych rozmiarów. Potem wróciła do mniejszego miasta, ale na rower już nie wsiadała, bo po co, skoro jest samochód. Mała dziewczynka dorosła i w pewnym momencie stwierdziła, że czasu to raczej nie zatrzyma i musi coś robić, jeśli nie dla figury, to dla zdrowia. Wtedy przypomniała sobie upojne chwile, kiedy pędziła polnymi drogami, a wiatr rozwiewał jej włosy. Pewnego razu rodzina zapytała się, co chce dostać na wyznaczające kres pewnej epoki urodziny, powiedziała, że rower. Zmobilizowani najbliżsi złożyli się i mimo przeszkód, dziewczyna kupiła wreszcie wymarzony bicykl. Ma aluminiową ramę, koszyk, przerzutki i dynamo w piaście (cokolwiek to znaczy). Dawno temu dziewczynka oglądała miniserial produkcji francuskiej, Błękitny rower. Jej maszyna nie mogła być w innym kolorze. I znów panienka (no teraz to już przesadziłam!) kręci kilometry i czuje wiatr we włosach. Za sobą ma też pierwsze muchy w zębach. I czuje się lepiej i lepiej wygląda. Z tej bajki morał taki mamy - by być szczęśliwszym, na rower wsiadamy!









piątek, 12 czerwca 2015

Kartki na różne okazje

W ten piękny, piątkowy wieczór chciałam Wam pokazać kartki, które robiłam na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy z okazji takich, jak urodziny, czy imieniny. Jakoś tak się dzieje, że akurat ten rodzaj mojej działalności traktuję bardzo po macoszemu, jeśli chodzi o wrzucanie na bloga. Ciągle mam wrażenie, że te kartki są takie... no nie wiem, niedoskonałe, banalne... Chociaż z drugiej strony wkładam w nie zawsze mnóstwo pracy i serca. Najpierw projekt, potem dobór materiałów, wycinanie, klejenie... Dzięki Mamie i Siostrze już nie muszę się martwić o papiery, wykrojniki, czy dodatki i wiem, że dzięki nim moje prace są dużo lepsze, niż na początku. Ale mimo to podchodzę do nich bardzo krytycznie. W każdym razie cały czas się doskonalę, pracuję nad starannością wykonania, nad doborem kolorów. Wychodzi coraz lepiej. Mam nadzieję, że podobają się Wam i przede wszystkim osobom, które je dostają. W końcu razem z taką własnoręcznie zrobioną karteczką ofiaruję im część siebie... Dość gadania, czas na oglądanie. Tylko jeszcze na koniec życzę Wam udanego weekendu!