niedziela, 14 września 2014

Męskie kartkowanie i wyprawa na rubieże


Witajcie pięknie i niedzielnie! Dziś szybciutko, bo Łucja już prawie śpi, a na mnie czeka wygodne łóżko, dobra książka i mrożona kawa. Chciałam Wam pokazać karki, jakie powstały dla dwóch chłopaków. Jeden to kolega z pracy, a drugi to najukochańszy pod słońcem i mega wyjątkowy szwagier, Jacek. Obie karteczki oczywiście z wkładką w postaci pięknej, długonogiej pin-up girl.







A na deser kilka widoków z naszej wczorajszej wycieczki w moje rodzinne strony. Niby tylko 10 km za miastem, a zupełne odludzie.







Mam nadzieję, że Wy również aktywnie i pięknie spędzacie ten weekend. A na resztę niedzieli i na nadchodzący tydzień życzę Wam dużo słoneczka i ciepełka!


wtorek, 9 września 2014

Grzybobranie (lasobranie? lasochłonięcie?)

Tegoroczny wyjazd na grzyby odwlekał się w nieskończoność. A to ich po prostu nie było, a to auto u mechanika... Jak nie urok, to... sami wiecie. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Ale, że raz na wozie, raz pod wozem, bo przecież fortuna kołem się toczy, to jak już pojechaliśmy, to nazbieraliśmy tych grzybów od groma i jeszcze trochę. Zeszliśmy we trójkę (ja, Michu i jego brat) ponad 11 kilometrów, zajęło nam to 4 godziny, ale po powrocie cieszyliśmy się jak dzieci.



Dopadliśmy do pysznej zupy ugotowanej przez kochaną Teściową (ale jakaż to była zupa! ani trochę nie za słona), a potem trzeba było się zaopiekować naszym znaleziskiem. Część grzybów trafiła do suszenia, ale zdecydowana większość do zamrażarki. Kanie na kolację wciągnęliśmy nosem po prostu, takie były smaczne! Maślaczki zasamażyłam na masełku.Do tego cebulka, cukinia, sos beszamelowy i makaron (kLU-ki, jak mawia Łucja)... Mmmm! Pycha!


A że u wujka były jeszcze maliny, to oczywiście musiałam zrobić konfiturę. Nie wyszło jej dużo, więc nie bawiłam się w słoiczki. Całość przelałam do pojemnika i schowałam do lodówki. Przez kilka następnych dni będziemy jedli maliny na śniadanie i kolację, a nawet dodam sobie trochę do herbaty.


Nie byłabym sobą, gdybym z lasu nie przytargała kilku mega zdjęć w telefonie, bukietu wrzosów, które zdobią teraz stół w salonie oraz szyszek i mchu, ale to tajny projekt, więc na razie cicho-sza! No i nie mogłam się oprzeć temu świstoklikowi. Niestety nie wiem dokąd przenosi, bo nie odważyłam się go dotknąć (fani Harrego Pottera wiedzą o co chodzi)




No i jak tu nie kochać września i jesieni? Eh, moje misie kochane! Lecę się zachwycać zapachem maślaczków (zostało jeszcze odrobinę na kolację) i nadchodzącej nocy! A Was serdecznie zapraszam na moje jesienne candy!

czwartek, 4 września 2014

Jesienne candy

Bez farmazonów. Idzie jesień. I to wielkimi korkami. Uff, nareszcie! Nawet nie wiecie, jak pozytywnie nastrajają mnie wreszcie rześkie, a nie duszne poranki! Oczyszczającą moc deszczu mogliśmy poczuć ostatnio wszyscy. Znowu znajome zapachy trącają struny w duszy i wygrywają od lat niezmienione melodie. Heh, miało być bez farmazonów... Dlatego może przejdę do rzeczy, a o mojej miłości do wietrzno-deszczowej pory roku napiszę innym razem. ekhm, ekhm... Niniejszym chciałam ogłosić candy!


Okazji znów jest kilka. Po pierwsze dlatego, że chciałam jakoś się odwdzięczyć za dobro, którego sama doświadczyłam wygrywając niedawno piękne rzeczy. Poza tym, jak już wspomniałam, idzie jesień. No i chyba najważniejsza okazja - 17 września miną trzy lata, od kiedy zaczęłam prowadzić bloga. W tym czasie odwiedzono go prawie 90 tys. razy. 312 osób zechciało dołączyć do grona obserwatorów. Napisałam, łącznie z tym, 233 posty. Nie wiem, czy to dobre statystyki, ale choć nie one są najważniejsze, to jednak wchodząc w odpowiednią zakładkę w panelu obsługi bloga i widząc, ile było wejść danego dnia, czy w miesiącu, szczerze mogę przyznać, że czuję się mega dowartościowana i... taka potrzebna. To cudowne wiedzieć, że ktoś chce czytać moje wypociny i oglądać, to co zrobiłam (z mniejszym lub większym powodzeniem). Nawet, kiedy nie zamieszczam nowych wpisów, zaglądacie do mnie. Przyznam się bez bicia, że ostatnio znajduję czas na odwiedziny, ale niekoniecznie na komentowanie. Mam świadomość, że to może i trochę niegrzeczne, ale przynajmniej wiem, co tam u Was słychać. Może i tą zaległość wkrótce nadrobię. Mam nadzieję. Ale znowu odbiegłam od tematu. Jako, że moim głównym zajęciem jest ostatnio szycie, to chciałam Wam zaoferować coś związanego z tym akurat hobby. Zrobiłam pudełeczko na igły, szpilki, czy inne przydasie. Może nie będę się roztrząsać nad tym, z czego je wykonałam, bo to również nieistotne. Najważniejsza sprawa - inspirację zaczerpnęłam ze zszywki. Jak tylko zobaczyłam to pudełeczko, to od razu wiedziałam, że muszę zrobić podobne i że będzie ono nagrodą w jesiennym candy. Do kompletu uszyłam serduszko wyglądem również nawiązujące do szycia.





Planuję zrobić coś jeszcze, ale będzie to niespodzianka. Oczywiście w paczuszce wędrującej do zwycięzcy znajdzie się miejsce na inne przydasie, pewnie jakieś perfumy i coś słodkiego.
Chętnych do udziału w zabawie zapraszam do pozostawienia komentarza pod tym postem. Warunkiem jest jak zwykle wstawienie na swojego bloga informacji o zabawie wraz z linkiem odsyłającym. Osoby anonimowe proszone są o pozostawienie adresu mailowego. Losowanie odbędzie się 30 września, zapewne wieczorem. Jak ktoś chce, może dołączyć do grona obserwatorów. Ale tylko jeśli zamierza zostać tu na dłużej. Zawsze to podkreślam, bo to nic miłego, jak nagle robi się tłum, a po zakończeniu zabawy ktoś chyłkiem ucieka.
Ale żyby było milej na koniec to wszystkim, bez wyjątku, ślę dużo poztywnej energii i życzę, by nadchodząca jesień obfitowała w słońce, jabłka i grzyby, czy co tam jeszcze kto lubi!

wtorek, 2 września 2014

Worek kości - książka na deszczowe wieczory

Są książki, które można czytać w kółko i nigdy się nie znudzą. Ba! Za każdym razem odkryjemy w nich coś nowego. Jeśli chodzi o moją osobistą bibliotekę, do takich lektur zalicza się "Worek kości" Stephena Kinga. Książka może niezbyt ambitna, nie mająca wybitnych walorów literackich. Ot, taka normalna powieść - trochę grozy, trochę romantyczna, ale na pewno wciągająca. Wiem, że dla wielu z Was wraz z sierpniem  czas na beztroskie czytanie minął bezpowrotnie. Dla wielu jednak dopiero się zaczął przy wtórze spadających z drzew liści i deszczu za oknem.

Źródło: http://www.unreal-fantasy.pl
Po "Worek kości" sięgnęłam będąc jeszcze w liceum. Zaczytywałam się wtedy w Kingu i to była jedna z pierwszych pozycji jego autorstwa, z jaką się zetknęłam. Zauroczył mnie klimat małego miasteczka w stanach położonego pośród gór i jezior stanu Maine - taki sielski i psychodeliczny jednocześnie. Główny bohater nie jest wyjątkowy, co zauważyłam czytając inne książki Kinga, taki sobie pan około 40-stki, pisarz z niemocą twórczą, która dopadła go po śmierci żony. Przez kilkadzisiąt pierwszych stron zmaga się ze stratą. Jazda zaczyna się się, kiedy wraca do swojego domu nad jeziorem, w którym spędził z żoną najpiękniejsze chwile swojego życia. Tak charakterystyczna dla Kinga atmosfera grozy płynie obficie niemal z każdej kartki.


Co wyjątkowego jest więc w tej lekturze, że tak często po nią sięgam? Przeanalizowana na wskroś psychologia człowieka, który stracił bliską osobę. Dziewczynka, w wieku której jest już prawie moja Łucja. Tragedia sprzed niemal wieku, tak brutalna i aktualna nawet dzisiaj. Poza tym coś tak nieuchwytnego, co sprawia, że historia fikcyjnych osób staje się nam tak bliska. I to pragnienie, kiedyś zupełnie obce, dziś tak żywe, by może mój "człowiek z dolówki" ułożył z literek z magnesikami choć krótkie "hej". Żadna inna książka Stephena Kinga już mi się tak nie spodobała. Były takie, które przeraziły mnie bardziej (np. "Smętarz dla zwierząt"), ale powtarzane schematy nudzą. "Worek kości" polecam jednak tym, którzy nie boją się usłyszczeć w ciemności stukania i pukania. Raz na "tak", dwa razy na "nie".

niedziela, 31 sierpnia 2014

Kartki ślubne


Tak się ostatnio złożyło, że jak nie szyję, to robię kartki. Nazbierało się ich już kilka. Podzieliłam je więc tematycznie i dziś tak akurat wypadło, by pokazać te wykonane z okazji ślubu. Pierwsza miała być elegancka, dla „poważnej” pary. Postanowiłam, że będzie w 100% glamour.



Druga była dla koleżanki z pracy, więc pozwoliłam sobie na mały żarcik. Bardzo spodobało mi się robienie „wysuwanych niespodzianek”. Tym razem pozwoliłam sobie na klasyczne „game over”. Mam tylko nadzieję, że Pan Młody też ma poczucie humoru.





Miłego ostatniego wakacyjnego  niedzielnego popołudnia!

czwartek, 28 sierpnia 2014

Peppa po raz n-ty

Które to już Peppy w moim dorobku? Już nie pamiętam. W każdym razie te uszyłam już jakiś czas temu, a do ostatniej zabierałam się z tak ogromnym ociąganiem, że miałam obawy, czy aby na pewno nowa właścicielka będzie jeszcze zainteresowana. Jakoś tak nie przepadam za tym, żeby robić ileś tam egzemplarzy tej samej rzeczy. Ale to w końcu Peppa! No i dla Dzieciaczków! No to jak ja miałam odmówić?! Nie mogłam po prostu! Powstały zatem kolejne klony, choć jak tak patrzę na zdjęcia, to w sumie każda jest inna. I każda koślawa. Na szczęście dla dzieci świnka to świnka, nie ważne, że ma trochę krzywy ryjek.








A jak są Peppy, to muszą być i anegdotki. Jedna kiedyś w pojedynku z psem straciła rękę i oczy, druga jeździła z nowym właścicielem jego maleńkim kładem, jeszcze inna do tej pory śpi z właścicielką. Kolejna pojechała ze swoją Panią na wakacje, podobno spacerowała z nią nad morzem. A w lodziarni mała dziewczynka weszła do kolejki przed mamę i powiedziała do sprzedawczyni: "Poproszę dwa lody malinowe. Jeden dla mnie, drugi dla Peppy!" Dziarska trzylatka! Po raz kolejny muszę to napisać: takie historie dają mi siłę, by szyć dalej! Bo w końcu nie ma nic cenniejszego niż dziecięcy uśmiech! 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Serduszkowa wymianka od serca


Jakiś czas temu napisała do mnie Ilona, wtedy jeszcze anonimowa dziewczyna. Bardzo spodobały się jej moje serduszka i zapytała, czy uszyję jakieś dla niej i ile bym za nie chciała. Preferuję średniowieczne metody -  towar za towar, zaproponowałam więc wymiankę. Niestety Ilona nie dłubie sobie, w sensie nie zajmuje się rękodziełem. Widać jednak bardzo jej zależało na moich wytworkach, bo postanowiła zrobić dla mnie całą masę pięknych rzeczy. Ale po kolei. Na Dolny Śląsk poleciały serduszka z transferami, wypełnione lawendą:





A do Wielkopolski przyleciał list i paczka. Zawartość zwaliła mnie z nóg! Że niby ta dziewczyna nie zajmuje się rękodziełem? No way! Najpierw przyszło mi się cieszyć tablicą z maleńkimi klamerkami. Wieczorem kurier przywiózł kolejne prezenty, wśród nich dekupażowy serwetnik i serwetki do kompletu, cudną portmonetkę vintage, a w niej klamerki z muszelkami i kamykami (no genialne to jest po postu!), fantastyczny świecznik z korą brzozy, nad którym wiem, że Ilona się namęczyła, więc dla mnie jest po prostu bezcenny. Było jeszcze plecione serduszko i szyszki, które z pewnością wykorzystam w stroikach na najbliższe pory roku. Podziwiajcie!







Nie mogłam czekać, musiałam podzielić się z Wami tymi cudownościami od razu. To, jak wykorzystam prezenty pokażę innym razem (pomysły już mam na wszystko!). Nie sądzę, żeby moja praca była warta aż takich skarbów... Prawda, że fuksiara ze mnie? Ja nie wiem, pisze do mnie obca osoba, nie znamy się nawet z blogowego świata. Nie dość, że podobają się jej moje badziewia, to jeszcze w zamian obdarowuje mnie prawdziwymi perełkami! A na dodatek pisałyśmy do siebie kilka maili i dostałam w nich dużo, dużo pozytywnej energii i przeczytałam wiele miłych słów. No skarb-dziewczyna normalnie! Ilonko, dziękuję Ci przeogromnie! Nasza serduszkowa wymiana od serca przeszła moje najśmielsze oczekiwania i napełniła me serce radością! Mam nadzieję, że moje zawieszki także wprawiły Cię w dobry nastrój. Bo mnie to aż policzki bolą od ciągłego uśmiechania!

wtorek, 19 sierpnia 2014

Luckowe portaski i wygrana po przejściach

No muszę! Po prostu muszę dziś Wam pokazać spodnie, które uszyłam dla Łucji. Zaraz z nich wyrośnie, a ja jeszcze się nie pochwaliłam. Jak to możliwe? Ano jakoś tak wyszło... Ale do rzeczy! Kupiłam ja ci w sh bluzę, ogromną, dresową. Kupiłam też skarpety, długie, pasiaste. Przyłożyłam inne spodnie na materiał, obrysowałam, wycięłam, zszyłam, dodałam szeroki pas, jeden ściągacz zrobiłam ze skarpety, na dupce naszyłam serduszkową łatkę. No i są takie oto:




Przy (ewentualnie) następnych muszę pomyśleć o innym rozwiązaniu w pasie, bo ten wyszedł zbyt sztywny. Pewnie materiał złożyłam nie w tym kierunku, co trzeba. Wyszły, jak wyszły, ale co Łucja w nich wylatała, to jej... A tak w ogóle, to pierwsza rzecz do ubrania, jaką uszyłam na maszynie. Zdarzały się ręczne przeróbki, ale nigdy nie stworzyłam nic od podstaw. W dalszym ciągu to czysta improwizacja, bo o kroju to ja nie mam zielonego pojęcia, ale cudownie było odpowiedzieć na pytanie, gdzie ja to kupiłam takie rozkoszne spodnie, że uszyłam sama.

Muszę się też pochwalić jeszcze jedną rzeczą, a raczej kilkoma rzeczami, które wygrałam dawno temu w zabawie wierszykowej na blogu marrika91.blogspot.com.



Napisałam oto taką rymowankę: 

Wiosno, wiosno! Idź do diabła!
Bo żeś zdrowie nam ukradła!
Pylisz zielska, kwiaty, drzewa,
a nam tego nie potrzeba!
Bo wysypka, katar, kaszel...
w łeb dostaniesz, jak cię zobaczę!

Tak tylko się wytłumaczę z mojej wiosennej niechęci - otóż pisałam to, kiedy błąkaliśmy się z Łucją po lekarzach z powodu alergii. Poza tym popełniłam ogromną gafę - podałam zły adres do wysyłki i Kasia wysyłała mi paczkę dwa razy. Jeszcze raz przepraszam, tym razem wszem i wobec za moją niewybaczalną pomyłkę i dziękuję pięknie za cudowne prezenty! Na pewno wszystko wykorzystam :D No i potem podzielę się efektami na blogu.

Buziole ślę wirtualne! Mua! Mua!