wtorek, 14 lipca 2015

Kalisz, moje miasto

      Sezon ogórkowy w pełni. Widać to na ulicach, w mediach i na blogach również. Zaczął się czas urlopów i ogólnego rozluźnienia. Większość z nas podróżuje, bliżej lub dalej. Mam nadzieję, że mój dzisiejszy wpis zachęci Was do tego, że być może podczas swoich wojaży zajrzycie do najstarszego miasta w Polsce.               Kalisz praktycznie równo po połowie kocham i nienawidzę. Jest to miasto sprzeczności, malkontentów, ale też ma w sobie potencjał. Ostatnio coś zaczyna się dziać, obserwuję poruszenie nie tylko władz, ale przede wszystkim ludzi. Zaczyna się im chcieć, a to już połowa sukcesu. Przybywa inicjatyw i rozsądnych planów. Dlatego po długim namyśle stwierdziłam, że warto Was tu zaprosić. Impulsem do owego zaproszenia był miniony weekend, który bardzo aktywnie spędziliśmy właśnie w naszym mieście. Relację zamieszczam z opóźnieniem, bo komputer nam padł na amen. Teraz przez kilka dni musimy się męczyć na zastępczym laptopie, który jest niewiele większy od tableta... Taka karma. A teraz już krótkie sprawozdanie. 
      W sobotnie przedpołudnie udaliśmy się na dawny plac targowy, Rozmarek. Odbywał się tam drugi w te wakacje targ staroci i rękodzieła. Ma być powtarzany w każdy 2 i 4 weekend miesiąca do końca sierpnia. To wspaniała inicjatywa, mająca na celu ożywić plac nieopodal ratusza i Głównego Rynku. Póki co wystawców było niewielu, aczkolwiek mieli bardzo ciekawy towar - od szydełkowych maskotek, poprzez decoupage, wełniane chusty, obrazy, aż po antyki, te bardziej i mniej stare i "antyczne". Ja skusiłam się na książkę o ludziach pierwotnych, bo ostatnio prapoczątki człowieka interesują mnie ogromnie. Więcej o tym zdarzeniu możecie poczytać TUTAJ. Po Rozmarku poszliśmy na lody tuż obok świeżutko odrestaurowanego ratusza. Wśród licznych atrakcji zwiedzanie wieży ratuszowej oraz przejażdżka zabytkowym autobusem po mieście. 











 Po południu wybraliśmy się na moje ukochane Zawodzie - miejsce w którym rodził się Kalisz i państwowość polska, miejscy, gdzie spoczął jeden z królów, Mieszko Stary. Miejsce, które darzę sentymentem dlatego, że pisałam o nim pracę magisterską, ale także, a może przede wszystkim dlatego, że jedenaście lat temu przyrzekaliśmy tam sobie z Mężem miłość. W obecności przodków, jak się wtedy śmialiśmy. Wtedy jeszcze było tam kilka wzniesień i sterta kamieni - pozostałości po pochodzącej z przełomu XII i XIII w. kolegiacie św. Pawła. Dziś to grodzisko, na którym można zobaczyć rekonstrukcje chat, wieży bramnej, wspomnianej kolegiaty (odtworzono fundamenty świątyni), czy fragmentu wałów obronnych. Atrakcją dla dzieci jest zagroda z owcami i kozami. Choć marketingowo miejsce to kuleje, bądź też nie istnieje praktycznie w świadomości ogólnopolskiej, to jednak jest i czeka na turystów. A do zaoferowania ma na prawdę wiele. W wakacje dość często odbywają się tam różne imprezy, od Jarmarku Archeologicznego w czerwcu, aż po Biesiadę Piastowską w sierpniu. W sobotę był dzień celtycki. Byli rzemieślnicy, były pokazy walk, a wieczorem koncert zespołu Macalla Trio. Więcej o tym wydarzeniu przeczytacie TU, a jeśli jesteście zainteresowani samym Zawodziem, to zapraszam na stronę kaliskiego muzeum.  








Do domu wróciliśmy zadowoleni i zmęczeni. W niedzielę "dobiliśmy się" wizytą w aquaparku. Mam nadzieję, że do końca wakacji czekają nas same takie weekendy. Może i Was zachęciłam do odwiedzenia mojego miasta? Jeśli Kalisz znajdzie się na trasie Waszych wakacyjnych wojaży, zatrzymajcie się tu na dłużej. Na prawdę warto. 

środa, 8 lipca 2015

Maluch na wyprawie, czyli jak spakować dziecko na wakacje

Przed naszym wyjazdem na urlop do Norwegii sporo się naszukałam porad na temat podróży z dzieckiem. Samych informacji znalazłam niewiele. Żadna z opisywanych wycieczek nie była też ani tak daleka, ani z tak małym dzieciaczkiem, jak nasza Łucja. Zrobiłam więc to, co zazwyczaj – improwizowałam. Dziś jestem bogatsza w doświadczenie i dlatego postanowiłam je tu opisać. A nuż komuś się przyda. Czasami zapominamy o najbardziej podstawowych rzeczach, czasami zabieramy zupełnie niepotrzebne bagaże... Oczywiście lepiej wziąć więcej, jeśli mamy miejsce, niż potem pluć sobie w brodę, że czegoś nie mamy. Nie jestem bowiem zwolenniczką metod jednego z dziennikarzy, który kupuje na miejscu, a potem zwraca towar do sklepu.
Informacje i przedmioty pogrupowałam w kilka tematów.


Jakie ciuchy?
Ilość zabranych bagaży zależy oczywiście od tego, czym podróżujemy. Jeśli samochodem, to jak duży mamy bagażnik. Na jak długo i w ile osób. U nas rzecz była utrudniona, bo jechaliśmy busem, w 7 osób, w większości nam nieznanych, a w bagażniku musiało być jeszcze miejsce na zapasy jedzenia na 2 tygodnie. Swoje torby uszczupliliśmy więc do minimum (np. dobierając ciuchy w gotowe zestawy). Dla Łucji zabraliśmy natomiast dwie średniej wielkości torby - jedna z ciuchami, druga z zabawkami, bo wiadomo, że nie ma nic gorszego, jak znudzone dziecko w małej, zamkniętej przestrzeni. Ciuchy również starałam się dobrać w zestawy, w podobnej gamie kolorystycznej. Oczywiście ważne jest, gdzie jedziemy i jak będzie tam pogoda. My wybieraliśmy się na daleką północ Skandynawii, więc zabieraliśmy przede wszystkim ciepłe ubrania. Niestety to one zajmują najwięcej miejsca...Z ciuchów były to: 4 pary spodni, sweter cienki, sweter gruby, bluza z kapturem, 4 bluzki na długi rękaw, 4 bluzki na krótki rękaw, 2 koszule dżinsowe, rajstopy (na wszelki wypadek), 2 pary getrów, 2 piżamy, kurtka z podpinką (bardziej praktyczna niż zimowa), bielizna (majteczki i skarpetki w ilościach dość dużych), czapki: cienka i gruba, komin i szal. Do tego buty: 2 pary adidasków, tenisówki, wygodne bamboszki do biegania po domu oraz kalosze z ocieplaczami (ge-nial-na rzecz!).
Trzeba też pamiętać, żeby zabrać kilka ciuszków na zmianę do bagażu podręcznego. Po co potem przeklinać pod nosem, lub wyżywać się na mężu, że akurat tą torbę włożył na sam spód bagażnika. Nasza podróż trwała ponad 48 godzin. Nawet jeśli w tym czasie dziecko się nie ubrudzi, to i tak na pewno się spoci. No bądźmy szczerzy, po prostu dla komfortu maluszka trzeba go przebrać i tyle. Pamiętać też trzeba o ciepłych skarpetkach, kiedy dziecko zasypia w aucie.
Kolejna ważna rzecz, to kocyk lub tetrowa pieluszka do okrycia brzdąca. Pamiętajmy też o ulubionej przytulance. Dla malca to czasem najważniejsza rzecz pod słońcem! Jeśli dziecko jest małe, to koniecznie zabierzmy też smoczki, najlepiej ze dwa. Nasza Łucja co prawda używała ich przed wyjazdem już tylko do spania wieczorem, ale w podróży sprawdził się idealnie, jako uspokajacz.


Jakie zabawki?
Najlepiej takie, które zajmują czas, edukacyjne, ale niezbyt głośnie. Kilka ulubionych książeczek, tablica do rysowania... My tuż przed wyjazdem dostaliśmy takie fajne zgadywanki Czu-czu. 50 pytań i odpowiedzi w formie poręcznych kart spiętych klipsem. Bardzo fajna sprawa. Oczywiście najukochańszym umilaczem był tablet, który Łucja obsługuje chyba lepiej, niż ja. Pamiętajmy, żeby znalazły się na nim ulubione bajki i piosenki, a także gry. Nie oszukujmy się – w dzisiejszych czasach 2,5 letnie dzieci to mali informatycy. Nie bez powodu mówi się, że to pokolenie urodziło się ze smartfonem w dłoni. Warunek używania tableta jest jeden: kontrola. Dziecko nie powinno spędzać całej podróży patrząc się w ekran. Za oknem też jest wiele kolorowych i ciekawych rzeczy.
Na miejscu, już po wyczerpującej podróży przydadzą się drewniane klocki (oczywiście nie całe pudło, powiedzmy z 15-20 sztuk), puzzle, dmuchana piłka (zajmuje mniej miejsca), jakiś samochodzik, kredki i kartki, czy dwa kubeczki z ciastoliną (którą Łucja uwielbia). Generalnie jednak dobór zabawek zależy przede wszystkim od naszego malca. Pamiętajmy jedynie o umiarze.


Jakie lekarstwa?
Większość z naszych dzieci nie jest okazem zdrowia, a nawet jeśli, to nigdy nie wiemy, jak brzdące zareagują na stres spowodowany długą podróżą, zmianę klimatu, czy po prostu coś się mu nie przyplącze. Dlatego do apteczki spakujmy naprawdę dużo rzeczy, nawet jeśli połowy z nich nie użyjemy. Zwłaszcza jeśli jedziemy za granicę i jeśli wiemy, że do najbliższej apteki będzie... kilkadziesiąt kilometrów. Warto też przed wyjazdem udać się do lekarza rodzinnego, który wiele rzeczy doradzi, podpowie.
Oto medykamenty, jakie my spakowaliśmy dla Łucji: clotrimazol (dla dziewczynek, którym często przydarzają się infekcje intymne to niezbędne, bo długie siedzenie w foteliku i publiczne toalety sprzyjają rozwojowi bakterii i grzybów w okolicach majtkowych), fenistil (dobry zarówno na ukąszenia owadów, jak i lekkie oparzenia słoneczne), krem z filtrem, spray na komary, woda utleniona, plastry, spray na gardło (u nas argentin-T), krople do nosa, leki przeciwgorączkowe (najlepiej i ibufen i pedicetamol), esberitox (na przeziębienie, z polecenia lekarza), probiotyk, elektrolity (w razie wymiotów), coś na chorobę lokomocyjną, np. lokomotiv, który dostępny jest już w postaci lizaków. Łucja na szczęście podróże znosi fantastyczne, ale wiecie – przezorny zawsze ubezpieczony. Jedyne, czego nie spakowałam, to syrop na kaszel, no i oczywiście nasz brzdąc miał kaszel niesamowity. Jaki syrop wziąć najlepiej – powinien doradzić lekarz. Do tego wszystkiego oczywiście kosmetyki, których używamy kąpiąc dziecko na co dzień. Pamiętajmy także o lekach, które dziecko przyjmuje stale, np. na alergię.
Większość tych leków ma taką zaletę, że używać ich mogą także dorośli. U nas doskonale sprawdził się esberitox, bo przeziębiony był niemal każdy.


Co do jedzenia?
Na początek nadmienię tylko, że niezbędne w tak długiej podróży są torby termoizolacyjne, czy wręcz lodówka turystyczna. Nawet kanapki spakowane w takie torby zachowują świeżość, masło nie wypływa, a ser się nie roztapia. Warto spakować wodę w butelkach z dzióbkiem, albo przelewać napoje do zamykanych kubków ze słomką. My kanapki przygotowywaliśmy na postojach. Warto zabrać ulubiony talerzyk dziecka (u nas taki ze świnką Peppą). Dzięki temu malec czuje się choć troszkę jak w domu. Można pomyśleć o słodkich przekąskach. U nas były to lubisie. Doskonale sprawdziły się chrupki kukurydziane i chlebki ryżowe. Można spakować jogurciki i dżem. Jeśli dziecko lubi, to sprawdzą się też marchewka pokrojona w słupki, lub jabłuszko. Absolutnie zakazane są gazowane, słodkie napoje i posiłki w fast foodach. No chyba, że frytki.

Co jeszcze?
Oczywiście mokre chusteczki, zarówno do bagażu podręcznego, jak i normalnego. Zapasowe baterie do zabawek (w razie czego przydadzą się do aparatu), pieluchy (Łucja już ich nie potrzebuje, ale rozstała się z nimi stosunkowo niedawno, ale to znowu wszelki wypadek. Okazały się niepotrzebne, ale jakbym ich nie wzięła, to wiecie... Na pewno przydadzą się też papierowe ręczniki, czy ulubiony kubek na mleko. Lucek pije takie z proszku, więc zabrałam także spieniacz do mleka. Nie musiałam się więc martwić o dokładne rozmieszanie w polowych warunkach.
Napiszę Wam też o dwóch rzeczach, o których nie pomyślałam, a które na pewno by się przydały. To organizer zakładany na siedzenie (swoją drogą przydatny nawet i do naszej osobówki na krótkie dystanse) oraz podstawka na nóżki do fotelika. O tej ostatniej rzeczy jedynie słyszałam, ale gdybym się pofatygowała i znalazła coś takiego, to z pewnością nie musielibyśmy w środku nocy na szybko ustawiać bagaży pod nogami dziecka, żeby rozprostowało kończyny.
Ważne jest także to, w jaki sposób spędzamy postoje. Za każdym razem trzeba dziecko wypiąć z fotelika, pozwolić mu się wybiegać, wyszaleć. Dla nas to też będzie dobry sposób na rozruszanie. Można pobawić się w berka, czy choćby pospacerować. Nawet jeśli dziecko śpi, trzeba je wyjąć i położyć na siedzeniach, żeby pospało choć pół godziny w normalnej pozycji. Odpocznie kręgosłup, a co za tym idzie, nasz maluch lepiej się wyśpi. Nie spieszmy się, nie jedźmy na złamanie karku kosztem postojów. Niech dziecko zawsze się wysiusia, nawet jeśli nie ma akurat ochoty. Siedząca postawa i nagromadzony w pęcherzu mocz sprzyjają nieprzyjemnym infekcjom.

Kilka razy, zwłaszcza w nocy, kiedy Łucja wierciła się nie mogąc zmienić pozycji i troszkę popłakiwała, miałam wątpliwości, czy dobrze robimy, czy to nie błąd, że zabraliśmy ją w tak daleką podróż. Bo my spełniamy marzenie, a ona się męczy. Ale nie! Nie wyobrażam sobie zostawić jej na dwa tygodnie, nawet z ukochanymi dziadkami. Teraz też jest najlepszy czas na takie dalekie wyprawy, bo potem drugie dziecko planujemy, a z dwójką to już faktycznie będzie eskapada na miarę podróży Apollo na księżyc. Pamiętajmy, że dziecko nie jest przeszkodą w realizacji marzeń. To tylko powód, by zmienić drogę, by znaleźć inny sposób. Marzenia spełniane w towarzystwie najbliższych cieszą po stokroć bardziej. Łucja znakomicie dała sobie radę, my z Michałem na zmianę się nią opiekowaliśmy (na szczęście żadne z nas nie było kierowcą). Koniec końców wyszło super. Na pewno nasz szkrab nie zapamięta z tej wycieczki zbyt wiele, jeśli w ogóle cokolwiek, ale pozostaną jej zdjęcia, spisany przeze mnie dziennik i nasze opowieści. Może będzie wspominać, że szukała w wodzie „żółwika Samika”, może przypomni sobie kiedyś kudłatego pieska Spike, owieczki w zagrodzie i „polinę” (trampolinę), albo jak skakała po kałużach. A może zapamięta strasznego trolla i poszukiwania elfów w zaroślach...
Chyba opisałam wszystko. Mam nadzieję, że komuś z Was te informacje mogą się przydać, a jak nie, to chociaż ja sama będę wiedziała, gdzie szukać następnym razem. Jeśli mielibyście natomiast jakieś pytania w związku z podróżą Waszych pociech, to śmiało piszcie na maila.



sobota, 4 lipca 2015

Tam i z powrotem



Dlaczego tak nazwałam opowieść o naszych tegorocznych wakacjach? Pisałam Wam dwa tygodnie temu, że czuję się, jakbym wyruszała do Śródziemia. Moje oczekiwania nie tylko zostały spełnione. Piękno Skandynawii powaliło mnie na kolana! Dziennik z podróży został praktycznie zapełniony w całości. Spisałam ponad 70 stron, drugie tyle zajmują rysunki i zdjęcia. Spokojnie, nie będę Wam tu przytaczać całości. Postaram się pisać krótko i nadrabiać ilością zdjęć, które możecie oglądać słuchając pięknych wikińskich melodii.






Kalisz - Góra - Rostok - Trelleborg - Goteborg - Oslo -
 Trondheim - Mosjen - Tjotta - Visthus ... i z powrotem

W naszą podróż wyruszyliśmy w piątkowe popołudnie, 19 czerwca. Do Rostoku w Niemczech dotarliśmy w sobotę wczesnym rankiem. Płynęliśmy promem o nazwie Huckleberry Finn, co już zwiastowało wspaniałą przygodę. Na nasze szczęście na statku była strefa na dzieci – basen z kulkami i zjeżdżalnia. Myślę, że dobre 2/3 podróży Łucja spędziła właśnie tam. Po 6 godzinach przybiliśmy do skąpanych w słońcu brzegów Szwecji. Na wzgórzach nieopodal Malmo zrobiliśmy postój. Ten i wszystkie następne wyglądały jak pikniki – na stole lub trawie rozkładaliśmy obrus, na turystycznych kuchenkach grzała się woda na kawę… Były kanapki, gorące kubki i kilogramy mięsiwa. Południowy region Szwecji – Skania – przywodziła mi na myśl Kurta Wallandera, bohatera powieści Henninga Mankela. Jeśli miałabym napisać, z czym będzie mi się kojarzyć Szwecja, to byłyby to na pewno trzy rzeczy – skałki, jeziora i wszechobecne wiatraki. No i jeszcze – choć to dotyczy także Norwegii – zadbane i malowniczo położone miejsca postojowe.
 
Postój w Szwecji

Jeszcze zachód, czy już wschód słońca? Norwegia, 2 rano

Malownicza dolina w Norwegii, rześki poranek

Granicę z Norwegią przekroczyliśmy wieczorem. Ciężko było jednak odróżnić dzień od nocy, bo akurat zaczynały się dni polarne, kiedy słońce praktycznie nie zachodzi, a chowa się jedynie za górami. Około drugiej w nocy wyglądało to tak, jakby cały horyzont płonął. W niedzielne południe przekroczyliśmy granicę do Norwegii Północnej. Krajobraz stał się bardziej surowy – ośnieżone ciągle górskie szczyty odbijające się w wodach jezior, wodospady niknące pod drogą, mosty i tunele… Przełęcz Czerwonego Rogu, Rivendell, czy Wichrowy Czub, to nie jedyne miejsca z tolkienowskiej powieści, które przychodziły mi na myśl, kiedy spoglądałam za okno naszego busa. Po drodze mijaliśmy także wiele tuneli, w tym jeden ciągnący się przez ponad 8 kilometrów. Łucja zapytała, kto go zbudował, więc odpowiedziałam, że trolle… 

Brama do Norwegii Północnej

Tjotta, czekając na prom

Na koniec czekała nas przeprawa promem z Tjotty.  Płynęliśmy niemal dwie godziny między małymi portami rozsianymi po zatokach. Towarzyszyło nam Siedem Sióstr – masyw górski, który wedle legendy stanowiło właśnie siedem sióstr – trolli zmienionych w kamień o wschodzie słońca. Chętnych do zapoznania się z tą legendą zapraszam TUTAJ. Wierzcie mi, woda była tak czysta i nieskazitelna, słońce tak pięknie świeciło, że czułam się niemal jak nad Morzem Śródziemnym, a nie na północy Europy. Potem zostało nam już jedynie około 7 km wzdłuż Vistelfiorden do miejscowości Visthus – celu naszej podróży. To piękne miejsce w regionie Helgeland. O naszym ośrodku, Visthus Rorbucamping, możecie poczytać TUTAJ
Uff, 2,5 tysiąca kilometrów za nami! Wszyscy przeżyliśmy, Łucja była bardzo dzielna, a nasi towarzysze podróży niesamowicie wyrozumiali i pomocni. 

Visthus Rorbucamping, cel naszej podróży

Zamieszkaliśmy w niebieskim domku około 400 metrów od pozostałych członków naszej Drużyny Pierścienia, czy jak zwykłam mawiać, od domku alfa, w którym wszyscy spotykaliśmy się na posiłki i w celach towarzyskich. Dla nas był to kolosalny plus, dlatego, że obok znajdował się plac zabaw córek właścicieli domku, zagroda z owcami, a przede wszystkim było daleko do wody. Jakże wspaniałe mieliśmy widoki! Z okna widać było przeciwległe zbocza fiordu, morze, wodospad. Czasami udało się nam zobaczyć pływające pod osłoną nocy (nocnej pory) delfiny. Bajka! Niestety już od wtorku pogoda zepsuła się – padało, a szczyty gór spowijały gęste chmury. Dla nas jednak nie było to przeszkodą – Michał wypływał na ryby, a my z Łucją skakałyśmy po kałużach, spacerowałyśmy. Dwa razy popłynęłam ja i nawet udało mi się kilka dorszy i czarniaków złapać, ale brak doświadczenia sprawił, że największe ryby uciekały, jedna to nawet tuż przed łódką. Dużo czasu zajmowało mi fotografowanie pięknych widoków. Chwilami czułam się jak bohaterka jakiegoś programu przyrodniczego na National Geographic. Niemal w każdej zatoczce można by kręcić kolejne sezony Wikingów. Nisko zawieszone chmury zwiastowały zejście ognistego robaka, zupełnie jak w filmie Trzynasty wojownik. Na dwa ostatnie dni powróciło słońce. Wykorzystaliśmy to do maksimum wchodząc na skałki. No dobrze, ja sama pobiegłam w najbardziej strome miejsca, bo dla Łucji było tam zbyt niebezpiecznie. Odkryłam piękne, magiczne miejsca, wyjęte wprost z nordyckich legend. Nawet nie wiem, kiedy minęło całe 8 dni naszego pobytu w Visthus. Wiem jedynie, że minęły zbyt szybko.

Nasz domek, mieszkaliśmy na parterze.
 Czy kolorami nie przypomina Wam domku Muminków?

Zupa rybna a'la Wiesław K.
Najlepsza zupa pod słońcem!

Godzina 11 w nocy, podczas kilkukilometrowej przebieżki

Muszelkowo-kamienna konstrukcja, na pożegnanie

Vistelfiorden skąpany w słońcu

Droga kończąca się w morzu

Jedna z malowniczych zatoczek nieopodal domków

Ahoj przygodo!

W chmurach także pięknie

Wędkując...

Niczym kadry z National Geographic

Najpiękniejsza z zatoczek i cudne karłowate brzozy. 

Cuda natury

Jedno z magicznych miejsc, tuż obok domków

Widok na wodospad

Kamienie nazywane jajami smoków

Za płotem cmentarz

Midsommer - jedno z ważniejszych świąt w Skandynawii

Z ukrycia

Widok z tarasu na skałkach

Ładniejszy kuzyn ogrodowego krasnala

Moje najbardziej magiczne miejsce -
maleńkie oczko wodne w zagłębieniu skały. 

Brakuje tylko wikińskich okrętów

Wodospad; w trakcie wędkowania

Kiedy ponownie wsiadaliśmy na prom, tym razem do Tjotty, kiedy patrzałam ponownie na monumentalnych Siedem Sióstr, a słony wiatr znowu wiał mi w twarz, miałam łzy w oczach, bo zostawiłam tam kawał serca. Podróż powrotna trwała dłużej, ale mieliśmy też więcej czasu na zwiedzanie i na postoje. Jedynie z okien busa widzieliśmy Trondheim, Oslo, Goteborg… Zatrzymaliśmy się za to w malowniczym miasteczku Hamar, czy przy ogromnym trollu przy rzece Namsen, która wyglądała zupełnie jak Anduina. Mijaliśmy Tanumshede i Fjalbackę – miejsca, które w swoich kryminałach opisuje Camilla Lackberg. 

Piękny most, w cieniu którego jedliśmy obiad, w dniu wyjazdu

Siedem Sióstr

W drodze powrotnej

Troll, którego Łucja bardzo się przestraszyła

Rzeka Namsen niczym tolkienowska Anduina
Do domu wróciliśmy w środę wieczorem. Pełni wrażeń, wspomnień i nieopisanej radości, choć bardzo zmęczeni. Zobaczyliśmy wspaniałe miejsca, poznaliśmy cudownych ludzi, bez których ta podróż nie byłaby taka. Zosia, Asia, Wiesiek, Janusz, Andrzej, pan Janek, pan Karol, drugi Andrzej i Piotr – dzięki nim nasza podróż do Śródziemia była jednym z najpiękniejszych przeżyć w całym moim życiu! Z pewnością to nie jedyny wpis o naszych wakacjach. Chciałam Wam napisać o kilku ciekawych aspektach, którymi nie będę dziś przedłużać i tak już długiej opowieści, a także o podróży z dzieckiem – jak się przygotować, co zabrać, o czym pamiętać. Tymczasem witam się z Wami po długiej nieobecności, już na dobre. W najbliższym czasie wracam do rękodzieła. Trzymajcie się chłodno w te gorące dni!