niedziela, 15 grudnia 2013

Bombki i informatycy


Święta co raz bliżej... W tym roku wcześniej niż zwykle postanowiliśmy ubrać choinkę. Następnym razem na pewno Wam wszystko pokażę. W pracy też  już od kilku dni panuje świąteczna atmosfera. Przynajmniej w naszym pokoju.


Nie wiem, czy już Wam kiedyś pisałam, ale biuro dzielę z dwoma informatykami. No właśnie, to wcale nie biuro, a magazyn sprzętu komputerowego! Nie winię moich kolegów, w końcu to tylko mężczyźni... Dla nich zamiast lampek mogły by migać diody w stacji dysków (choć muszę Wam powiedzieć, że to nie są stereotypowi informatycy, ot całkiem normalni ludzie... :D dlatego, nawet jak któryś się dowie, co tu napisałam, to na pewno nie będą mi tego mieli za złe, prawda chłopcy?). W tym roku postarałam się, aby świecidełka odciągnęły choć trochę uwagi od wszechobecnego, oczywiście twórczego nieładu. Przytargałam z domu trochę bombek i łańcuch i powstała taka oto dekoracja:



Niestety fotki robiłam telefonem, więc przepraszam za jakość. Powstały też kolejne bombki, tym razem dla wielbicielki brokatu, kibica Barcelony oraz ich rodziców.








Muszę się Wam przyznać, że z dekupażem mi ostatnio nie po drodze. Znudził mi się. Wolę minimalistyczny transfer zamiast kolorowych kwiatków itp. Widać to niestety w moich tegorocznych bombkach. Za nic w świecie nie mogę się zmusić do wymyślenie czegoś oryginalnego i niebanalnego. Wszystko jest takie... odtwórcze. No i brak mi staranności. Może dlatego, że maluję przeważnie dopiero kiedy Łucja zaśnie, a wtedy jestem już bardzo zmęczona. A może nie wkładam już w swoją pracę tyle serca, co kiedyś? Stawiam jednak na zmęczenie tą  techniką, bo przecież krowy wychodzą mi całkiem niezłe. Ostatnio jedynie miałam już taką zaćmę w głowie, że przyszyłam jedną nogę w dobrą stronę, a drugą odwrotnie. No i rzuciłam to w cholerę i poszłam ochłonąć, a mój kochany Mąż w tym czasie wypruł to nieszczęsne kopytko i mogłam zabrać się do pracy jeszcze raz, na spokojnie. Kończę na dziś i lecę spać, choć jest dość wcześnie :) Trzymajcie się cieplutko i miłego tygodnia!


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Pod znakiem krowy...


Witam po długiej przerwie! Choruję ostatnio na ciągły niedoczas. Z czegoś musiałam zrezygnować i padło na prowadzenie bloga, niestety. Bardzo Was za to przepraszam! Mam nadzieję, że uda mi się wygospodarować jeden wieczór na nadrobienie zaległości. Dlatego ani nie komentuję, ani nie biorę udziału w organizowanych przez Was zabawach... Ale żeby nie było! Mam oczywiście powody tego zaniedbania. Oczywiście moja kochana Łucja :D W miniony poniedziałek skończyła roczek!


Ciągle uczy się chodzić i nie ma dla niej miejsc niezdobytych. Ostatnio wchodziła na przykład do pralki... Ma już osiem ząbków, idą następne. Rozwija się, jak każde zdrowe dziecko, z dnia na dzień. Muszę się Wam pochwalić, że podczas "roczkowej wróżby" sięgnęła najpierw po młotek, a następnie po kordonek. Wiecie co to znaczy? Że wda się w mamę i będzie majsterkować i szyć i w ogóle będzie kreatywna! Albo też zostanie np. inżynierem i będzie dorabiać jako krawcowa :D Wierzycie w ogóle w te przepowiednie? Tymczasem w mojej pracowni wrze! Szyję właśnie następną krowę, a w planach mam jeszcze dwa renifery i... świnię. Dudusia Wesołka konkretnie. Na razie powstała Jadzia.




Imię wcale nie pochodzi od mojej teściowej. Po prostu szyjąc maskotkę w głowie powoli kształtuje mi się jej obraz i charakter, no i imię jakoś tak samo przychodzi. Jadzia będzie prezentem dla zwariowanej dziewczynki. Bianka natomiast powędruje do małej modnisi.




Dorabiam też konsekwentnie bombki.





Dwie pierwsze trafiły już do żłobka Lucka. Jak widzicie, moje dziecko jest w grupie o wdzięcznej nazwie "Biedronki".




Dwie następne będą dłuuuuuugo oczekiwanym prezentem (dwa lata temu się nie wyrobiłam, rok temu nie miałam w ogóle czasu, więc teraz zrobiłam ze sporym wyprzedzeniem). Może uda mi się jeszcze jakieś wymalować? Dziś niczego nie mogę być pewna. Wszystko zależy od tego, jaki Łucja będzie miała akurat humor i czy nie rozrzuci mi w napadzie euforycznego szleństwa pędzelków po całym domu. Taki to mały rozbrykany diabełek! Żegnam się z Wami w wesołym nastroju i z życzeniami miłego tygodnia!

poniedziałek, 25 listopada 2013

Dzień pluszowego misia


Dziś wyjątkowy dzień dla wszystkich Dzieci. Święto mają bowiem ich Przytulanki, często najlepsi przyjaciele. W wielu żłobkach i przedszkolach dzień ten jest obchodzony wyjątkowo uroczyście. U Łucji na przykład każde dziecko miało przynieść swojego pluszaka. Rano przed drzwiami wszyscy mogli przytulić się do wielkiego misia, który radośnie machał łapką i pozdrawiał maluchy. Postanowiłam, że Lucek będzie wyglądał wyjątkowo. Uszyłam jej zatem z polarku majteczki z ogonkiem i opaskę z uszkami. No bo w końcu to też taki nasz mały Misiaczek (już prawie roczny, 9-kilowy).




Wiecie, jaki mam stosunek do pokazywania zdjęć dzieci w Internecie. Tym razem musiałam jednak trochę nagiąć swoje zasady, bo „kostium” po prostu sobie leżąc nie prezentuje się nawet w połowie tak dobrze, jak na modelce. Tak więc na fotkach możecie zobaczyć tył mojego kochanego szkraba. Prawda, że jest już duża?
Dziś żegnam się już z Wami życząc wszystkim miłego wieczoru i całego tygodnia!

wtorek, 19 listopada 2013

Tymek i Zbynio


Dziś przedstawiam Wam dwa renifery, które zawitały do mnie z okazji zbliżających się świąt. Pierwszego mogłyście już zauważyć, to Tymek w czerwonym sweterku (dorobił się wreszcie spodni). Tymek jest dość mały, ale bardzo kochany. Ma większego kumpla, Zbynia. Zbynio powstał na bazie krowy, ale jest rogaczem pełną gębą, a raczej pełnym porożem.






A tak na serio, to Zbynio ma sweter z rękawa mojego starego swetra, a do wykonania bucików posłużyłam się zestawem kaletniczym, którym się Wam niedawno chwaliłam. Oba reniferki uszyłam w 100% ręcznie, w sensie bez użycia maszyny. Trochę to zajęło, ale myślę, że było warto.
Tymek będzie nagrodą w konkursie u Gabrysiowej Mamy, razem z tą oto bombką:



 Na koniec muszę się Wam czymś pochwalić. Od jakiegoś czasu biegam sobie, tak wiecie, rekreacyjnie. Namówił mnie kolega z pracy. Idąc, a raczej biegnąc za ciosem (oraz znowu za namową kolegi), postanowiłam wziąć udział w zawodach Ostrowska Jesień Biegowa na dystansie 5 km. Trochę się obawiałam, bo zdrowie mi szwankuje i mam kontuzjowane… no w zasadzie mam kilka kontuzji… Okazało się jednak, że poszło mi całkiem nieźle. Nie no, skończmy z tą fałszywą skromnością! Poszło mi znakomicie! Pobiłam swój rekord życiowy (00:28:15) i zajęłam 12 miejsce wśród kobiet i 42 w kategorii open na 78 startujących! Jestem bardzo zadowolona, bo absolutnie się takiego wyniku nie spodziewałam. A oto i medal:


Zachęcam Was do aktywnego wypoczynku! Naprawdę warto, nawet jeśli nie dla osiągnięć na zawodach, to dla samych siebie. Ja po takim kilkukilometrowym biegu dostaję tak niesamowity zastrzyk energii, że jestem w stanie góry przenosić!
Do zobaczenia wkrótce!

sobota, 16 listopada 2013

Konkurs u Gabrysiowej Mamy

Witajcie!
Niedawno zostałam poproszona o zasponsorowanie nagrody w konkursie na bożonarodzeniową kartkę, który zorganizowała Gabrysiowa Mama. Oczywiście się zgodziłam, ale nie tylko ja... Nagród jest bez liku! Po szczegóły zapraszam TUTAJ.


A oto, co ja ufundowałam, renifer Tymek i imienna bombka:


Zapraszam do wzięćia udziału w konkursie!

niedziela, 10 listopada 2013

Cuda wianki


 Witajcie w to piękne, niedzielne przedpołudnie (choć dla wielu z Was pewnie wczesny poranek). My nie śpimy już od czwartej, ale to nie nowość. Tak mamy prawie co dzień… Dziś prezentuję Wam porcję kolejnych wyrobów świątecznych.
Na początek choinki. Wzór znalazłam oczywiście na zszywka.pl, ale pomysłodawczynią jest wspaniała artystka Elena Kogan. Patrząc na jej prace można się przenieść w zupełnie inny świat.





Jako podstawę w swoich choinkach wykorzystałam słoiczki po obiadkach Łucji. 

Wianki to już twory spontaniczne. Osobiście najbardziej podoba mi się ten niebieski, choć jest trochę prozaiczny. Ten czerwony wykonałam ze starych skarpet, a ten z papierowymi zwitkami powstał nie dalej, jak dwie godziny temu. Wreszcie przełamałam swoją awersję do wykorzystywania do prac starych książek! Inna sprawa, że ta była o teorii prawa, była niekompletna i praktycznie trafiła już do kosza. Myślę, że ofiarowałam jej drugie życie.






Na koniec zdobycz – zestaw kaletniczy. Upolowałam go wczoraj w Lidlu za całe 19,90! Marzyłam o takim, więc nie zastanawiałam się ani chwili!


Wybaczcie, że nie będę się rozpisywać, ale Łucja czeka, aż się z nią pobawię. Nadmienię tylko szybko, że właśnie uczymy się chodzić (w czwartek w żłobku przeszła 3 kroczki sama!), mamy już 6 ząbków i znamy jakieś… 10 słów, głównie powtarzające się sylaby (mama, tata, czy kaka – co oznacza kaczuszkę). Poza tym musicie wiedzieć, że nasz kochany Lucek rozrabia niczym pijany zając w kapuście. Nawet moja Teściowa stwierdziła, że lepiej zajmować się trzydziestką dzieci w żłobku, niż jedną Łucją :D Ja nie wiem, po kim ona taka temperamentna…

Miłej niedzieli i udanego tygodnia Wam życzę!!!

niedziela, 3 listopada 2013

Gwiazdka ze sporym wyprzedzeniem i pewien zielony ogr…


Dziś będę uprawiać chwalipięctwo. Mianowicie będę się chwalić prezentami, które dostaliśmy w ostatnim czasie. Na pierwszy ogień idzie przepiękny haft – metryczka, który Łucja dostała od mojej Siostry. Karola zrobiła jeszcze podobną dla Jagódki, ale niestety nie obfociłam… Haft krzyżykowy ciągle pozostaje dla mnie nieosiągalnym, dlatego z radością podziwiam dzieła mojej Siostry i wiem, że w kwestii rękodzieła się uzupełniamy :D



Następnie pochwalę się fajną doniczką ze sklepu fajnedonice.pl. Miało być bez prezentów i z dobrego serca, ale oczywiście Mąż Koleżanki nie wytrzymał i musiał mi jedną podarować. Pisałam Wam o mojej awersji do kwiatów. Jest od tego mały wyjątek – fiołek od mojej Siostry. Rośnie i kwitnie nieprzerwanie (czy to możliwe w ogóle?). Doniczka podpasowała fiołkowi akuratnie, a i hasło na niej jest w zgodzie z roślinką.



Przyszła kolej na bardzo obfite podarki.  I już możecie się domyśleć, że to od mojej Mamy. Prezentowane przedmioty to tylko niewielka, acz chlubna reprezentacja 40-kilowej paczki.


Któż lepiej, jak Mama wie, co mi w duszy gra? Wszystko pasuje do mnie idealnie – lawenda, łyżeczki (chyba jeszcze nie pochwaliłam się Wam moją kolekcją…), kropkowy dzbanuszek (brakuje mi już miejsca w kuchni!), czy srebrna szkatuła (zakupiona pewnie na wyprzedaży samochodowej). Mamo, wiem, że tu zaglądasz, więc dziękuję Ci bardzo, bardzo!






A na koniec chwalę się ogrem z tytułu posta – wczoraj pierwszy raz upiekłam shrecka. Skorzystałam z TEGO przepisu. Nie raz pisałam Wam o tym, że ja + pieczenie ciast = katastrofa. Tym razem bez kuchennej apokalipsy się obyło, ale wyłapałam doła po tym jak wyciągnęłam biszkopt z piekarnika. Okazało się, że nie urósł ani o minimetr! Reszta jednak wyszła bez zarzutu i ciasto wygląda, jak z obrazka.


Swoją drogą, macie jakiś niezawodny przepis na biszkopt? Ja robiłam to ciasto setki razy, ale byłam wtedy dzieckiem i mieszałam tylko składniki, które dodawała Mama. Znam zatem technikę, ale nie pamiętam składników…

Na koniec chciałam podziękować za wszystkie prezenciochy! Każda rzecz z osobna i wszystkie razem sprawiły mnie i moim najbliższym ogromną radość :D A teraz już kończę i zmykam szyć choinki (tym to już pochwalę się w następnym poście).
Miłego tygodnia Wam życzę i do zobaczenia!