poniedziałek, 21 listopada 2016

Żeby życie miało smaczek...

... raz karteczka, raz... cholera, brakło mi rymu. Chyba jednak poemat o zapiekankach z ostatniego posta nie doczeka się kolejnych rymowanek.
W każdym razie dziś rozmaitości. Na początek pudełko - herbaciarka, które zrobiłam na zamówienie dla młodej pary. W środku nie było oczywiście herbaty, a kasa i różne humorystyczne suweniry niezbędne na nową drogę życia. Nie wiem jednak, co konkretnie, bo to już zasługa kreatywności Zamawiającej. Napis tym razem wykonałam stemplami. 





W dalszej kolejności kartka na 18 urodziny fanki Justina Bibera, One D i innych idolów współczesnych nastolatek. Nie znam się na tej muzyce kompletnie, ale znów takie dostałam zamówienie.



Kolejna kartka powstała dla naszego kochanego Patryka. Sąsiad i ulubiony przyjaciel Łucji skończył niedawno 3 latka! Jak ten czas leci. Mały Kawalerze - sto lat!


Na koniec sówka, którą ostatnio wykonałyśmy z Łucją z rolki po papierze toaletowym. Kolorowe papiery (w tym bazowy, wykonany przez Lucka) i oczy zrobiły swoje. Uczymy się ciągle wycinać, bo Łucja ma z tym kłopoty. Ja wiem, że nie powinnam, ale muszę się Wam z czegoś zwierzyć - nasza córka nie przejawia talentów plastycznych. Liczy za to jak najęta i porządkuje wszystko w jednorodne zbiory, czy to kolorystycznie, czy według wielkości. Obawiam się, że będzie - o matko, nie chce mi to przejść przez gardło - umysłem ścisłym! A oboje rodzice przecież humaniści... Cóż, trzeba mi będzie wspierać dziecko w dziedzinach, o których nie mam pojęcia... 


czwartek, 17 listopada 2016

Sentymentalnie o minionym weekendzie

W przyjaciołach naszych powinniśmy szukać tego, co w nich jest najlepsze, i obdarzać ich tym, co w nas jest najlepsze. Wtedy przyjaźń będzie największym skarbem życia.
                                                                         Lucy Maud Montgomery, Ania z Avonela

Od kilku dni zbieram się do napisania posta, ale nie mogę znaleźć odpowiednich słów. Napiszę więc tak, jak czuję. Wiele z Was wie już z bloga Ani, mój dom – moja przystań,  że spotkałyśmy się ostatnio przy okazji długiego weekendu. Ania i jej mąż, Tomek, przywitali nas jak rodzinę – ciepłym domem, pysznym obiadem i prezentami (na zdjęciu tylko mój, bo swoją zawieszkę Michał zabrał do pracy, a Łucja swoje podarki ciągle eksploatuje). Dostałam od Ani jej przecudne anielskie skrzydła. Znalazły swoje miejsce w kuchni nad wejściem. Wyglądają, jakby wisiały tam od zawsze. 


W trakcie rozmowy odkrywałyśmy ze śmiechem ile nas łączy, poza tym, o czym już wiedziałyśmy wcześniej. Także patrząc na naszych mężów miałyśmy wrażenie, że to kuple, którzy spotkali się po latach. Łucja od samego początku podeszła do naszych gospodarzy z ufnością. Zaraz po wyjściu z auta chwyciła Anię za rękę i wpadła do domu niczym małe tornado. Zaanektowała psie legowisko i zmolestowała biednego Argosa, który cierpliwie znosił jej przytulaski. Na koniec zaskoczyła mnie totalnie mówiąc, że ona zostaje. My możemy sobie jechać. Koniec końców pojechaliśmy jednak razem do pensjonatu, a po drodze musiałam tłumaczyć mojemu ciekawskiemu dziecku, co to jest recykling... Następnego dnia Ania z Tomkiem zabrali nas do słynnego Fojutowa, gdzie rzeka płynie pod rzeką, a wzdłuż alejek bobry szykują sobie drzewo na żeremie. Na koniec pyszna pizza na rynku. To niesamowite, jak czas szybko zleciał. W niedzielę trzeba było wracać do domu. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz!




Żyjemy w czasach, kiedy szczerość jest na wagę złota. Wiele osób udaje kogoś, kim nie jest. Powoli traciłam wiarę w ludzi. Jednak w ostatnim czasie spotkałam dwie dziewczyny, które do tej pory znałam tylko z blogosfery i wiarę tą powoli odzyskuję. Zarówno moje czerwcowe spotkanie z Holly, jak i to ostatnie z Anią i Tomkiem uświadomiły mi, że gdzieś tam, po drugiej stronie ekranu siedzą ludzie z krwi i kości, prawdziwi, serdeczni... Pojawiają się w naszym życiu, by coś w nim zmienić, by uczynić je lepszym. Jedni odchodzą aż nazbyt prawdziwie, inni są tylko na chwilę, a jeszcze inni zostają nie tylko w naszym życiu, ale i sercach. Mam nadzieję, że na zawsze.


Moją jedyną nadzieją na nieśmiertelność jest miejsce w twoich wspomnieniach.
                                                          Lucy Maud Montgomery, Wymarzony dom Ani

P.S. Żeby nie było nazbyt pompatycznie, napisałam też Odę do zapiekanek Ani. To najlepsze zapiekanki, jakie jadłam w życiu! 

Drodzy moi i kochani!
Chwalę zapiekanki Ani!
Lepszych w życiu nie pamiętam,
choć je jadam od szczenięcia.
Z ogórkami no i z serem,
są kolacją i deserem.

W piecu specjalnym,
choć nie idealnym,
(bo pokrywa gdzieś zginęła)
zapiekanka się wygrzewa.

Pachnie pięknie pieczarkami,
Rozmaitymi przyprawami...
I jedyna jest jej wada,
że się każdy nią zajada
A więc znika w okamgnieniu
zjem ją jeszcze, choć tylko we wspomnieniu... 

środa, 9 listopada 2016

Love is in the air

Są wieczory leniwe, spędzane pod kocem, z książką lub filmem, kubkiem grzanego wina i w blasku świec. Są też pracowite, dzięki którym mam poczucie, że nie marnuję czasu. Dlatego o dziesiątej wieczorem sprzątałam kuchnię, gotowałam zupę i smażyłam kotlety, a o jedenastej wrzucam posta. Ja wiem, że dla dużej części z Was to norma, ale ja wolę wieczory już mieć dla siebie (i dla męża). Łucja chodzi spać już o ósmej, więc można coś potem jeszcze zaplanować. Dziś mam nadgodziny. 


Będzie więc bardzo pozytywny wpis pełen miłości. Zaprezentować Wam chciałam dwie kartki na wesele. Na końcu będzie książka. 
Jeszcze wiosną koleżanka z pracy poprosiła mnie o wykonanie wyjątkowej kartki na ślub swojego syna. Marzanna jest niesamowicie energetyczną osobą. Jeśli miałabym kiedyś syna, to chciałabym być dla niego taką matką, jak ona dla swojego. I odwrotnie - chciałabym mieć syna, który tak mnie kocha i szanuje... Postarałam się więc, by było bardzo elegancko. Dominujące kolory to biel i beż. Po raz pierwszy zrobiłam także pudełko zamiast koperty. Pełna improwizacja zwieńczona sukcesem! Do odprawienia tych czarów użyłam urządzenia do zaginania papieru, czyli plastikowej podkładki z rowkami i szpikulca zakończonego maleńką kuleczką. Tak, dopóki nie dostałam od mojej siostry tego jakże prostego w formie i obsłudze ustrojstwa, równe zaginanie kartek było dla mnie jak czarna magia... 





Kolejna karteczka, już skromniej obfotografowana, powstała na ślub kuzynki. 


A na koniec obiecana książka. Zachwycałam się ostatnio opowieścią o Świętosławie i początkach państwa polskiego. Zastanawialiście się jednak kiedyś, co by było, gdyby Mieszko I nie przyjął chrztu? Jak potoczyłyby się losy Polaków? Taką ciekawą. alternatywną historię naszego kraju możemy odnaleźć w powieści Szeptucha Katarzyny Bereniki Miszczuk. Polska w czasach współczesnych jawi się nam jako mocarstwo, w którym służba zdrowia działa zgoła inaczej, niż nasz szanowny NFZ. Po studiach medycznych każdy absolwent odbywa staż u szeptuchy, wiejskiej, mądrej baby, która jest - można to tak określić - pierwszą pomocą przedmedyczną. To do niej można iść po maść na kurzajki, specyfiki na kaszel, czy psychologiczną poradę. Ona także poradzi, co zrobić, by krowa na powrót dawała mleko. Do takiej właśnie wiedźmy zgłasza się na praktykę Gosia, główna bohaterka, zatwardziała ateistka panicznie bojąca się kleszczy i wyśmiewająca wszelki zabobon. Zostaje wplątana w intrygę, w której stawką jest życie i miłość, a pod maskami zwykłych ludzi kryją się bogowie i demony. Książka ta to połączenie fantasy i romansu ze sporą dawką słowiańskiej mitologii. Trzeba przyznać, że autorka odrobiła zadanie domowe z kulturoznawstwa i folkloru. I choć nie przepadam za ckliwymi historiami, to polecam Wam Szeptuchę. Nie ma tam wielkiej polityki, przynajmniej w odniesieniu do alternatywnej teraźniejszości. Nie ma nagonki na chrześcijański Zachód. Jest za to ciekawa historia, którą warto poznać. Poniższa ilustracja pochodzi ze strony wydawnictwa.









niedziela, 6 listopada 2016

Fashion weekend i przepis na gęś

Panie i Panowie!  Na początek dzisiejszego spotkania pokaz szalonej kolekcji zimowej stworzonej specjalnie z myślą o triceratopsach*. Nasza modelka - witaj Kropko! - ma na sobie komplet, który sprawdzi się na każdym zimowym spacerze. Wykonane z szarej włóczki komin oraz czapka wykończone są skórzano-metalowym detalem. Na ocieplaczach na nóżki znajdują się za to drewniane gwiazdki. Czyż to nie szczyt zimowej elegancji? Bazą stylizacji jest brązowy sweterek, także wykonany przy pomocy szydełka. Kopertowe zapięcie wieńczy drewniany guzik - serduszko. 







Druga kolekcja stworzona została dla małej księżniczki. Dwie spódniczki nadają się do noszenia zarówno do przedszkola, jak i na zakupy, czy na spacer. Pierwsza nawiązuje do słowiańskiego stylu lansowanego swojego czasu przez jedną z polskich wokalistek. Na zdjęciu modelka ma także czerwoną koszulkę z patriotycznym nadrukiem. 





Druga spódniczka powstała z bardzo modnego dresowego materiału, ozdobiona bawełnianą tasiemką o kilka odcieni ciemniejszą od ubrania. Idealna do eleganckich stylizacji i niezastąpiona do tych sportowych.



Na koniec coś dla małych fashionistek - worek na strój do ćwiczeń. Będący na topie materiał w biało - niebieskie zygzaki jest tylko tłem do narysowanego kucyka pony z tak lubianej przez większość małych dziewczynek bajki. Obrazek wykonano przy pomocy pasteli stworzonych z myślą o rysowaniu na materiale. Worek został spersonalizowany - dodano imię właścicielki. 




To wszystko na dziś! W przygotowaniu następne kolekcje, tak dla dziewczynek, jak i ich zabawek. 

*triceratops o imieniu kropka pochodzi ze sklepu Built a Bear. Można tam wybrać ulubioną maskotkę, włożyć do środka serduszko, a potem, na oczach dziecka, maskotka wypełniana jest watoliną. Oczywiście do dyspozycji jest cała masa ślicznych ubranek. Oto jak w cudowny sposób można połączyć miłość do dinozaurów i księżniczek! Kropka w swojej szafie posiada bowiem wspaniałe różowe sukienki, wrotki, okulary, czy też stylowe szpileczki. 

 *********

Tymczasem w kuchni dziś ekstrawagancja - filet z gęsi zapiekany w jabłkach i rozmarynie, podany na opieńkach duszonych z cebulką. 


Filet moczymy przez noc w solance. Następnie odlewamy wodę i nacieramy pieprzem i rozmarynem. Odkładamy na kolejną godzinę. Jabłka obieramy i kroimy w ćwiartki, wykładamy nimi dno naczynia żaroodpornego. Wykładamy nań zamarynowane filety. Pieczemy jakieś półtorej godziny. 
Opieńki obgotowujemy dwa razy (drugi raz w wodzie z solą). Na patelni podsmażamy cebulkę, dodajemy ugotowane grzyby, dolewamy odrobinę wody, sól i pieprz. Dusimy pod przykryciem 15 minut. Myślę, że zamiast opieniek można wykorzystać inne grzyby. My nasze zebraliśmy przez południem tuż przy rodzinnym domu, że tak powiem, w ogródku. Oczywiście gatunek znany i sprawdzony przez teścia - zapalonego grzybiarza. Absolutnie nie polecam Wam zbierania grzybów, których nie znacie! 



poniedziałek, 31 października 2016

Harda królowa - bohaterka, czy autorka?



Chciałabym zacząć sprawozdanie tak, jak uczono mnie w szkole. Trzeba było podać czas i miejsce, uczestników zdarzenia. Zawsze to jakiś początek. Wczoraj wieczorem, w Gminnym Ośrodku Kultury odbyło się spotkanie z Elżbietą Cherezińską, autorką mojej ukochanej Drogi Północnej, czy równie umiłowanego cyklu o Świętosławie. O samej autorce oraz o innych jej książkach możecie poczytać więcej na jej stronie internetowej, cherezinska.pl. Ja chciałam powiedzieć, jak przebiegało spotkanie. Od samego początku było wiadomo, że Legion, czy inne, bardziej współczesne pozycje na liście twórczości pisarki będą potraktowane odrobinę po macoszemu. Większość osób przyszła posłuchać o wikingach i państwie pierwszych Piastów. Autorka przez dwie godziny opowiadała o niesamowitych zbiegach okoliczności, o smaczkach, które towarzyszą jej pracy. O swoich bohaterach mówiła pieszczotliwie – Bolek, Władek... To nie jest historia. Może inaczej – to kawał historii, ale nie faktografii. Poznajemy przede wszystkim emocje, bohaterów z krwi i kości. Cherezińska odrysowuje na wskroś inne od matejkowych portrety Chrobrego, czy Mieszka. Z kart jej powieści dowiadujemy się rzeczy, jakich próżno szukać w podręcznikach historii. Jedną z najciekawszych uwag, jakie poczyniła, to ta, że historia jako przedmiot w szkole, uczy nas dat, ale nie uczy procesów. Po co wiedzieć dzieciakowi, że chrzest Polski był w 966 roku, skoro nie tłumaczy się mu, jak do tego doszło i po co? Trudno się z nią nie zgodzić i mówię jako historyk. Cherezińska prowokuje czytelnika do korzystania nie tylko z zamieszczonych na końcu książek drzew genealogicznych dynastii rządzących ówcześnie w Europie, czy map. Nie wyobrażam sobie nie mieć pod ręką internetu, by szybko zweryfikować te czy tamte informacje. To absolutnie nie przeszkadza w czytaniu, wręcz je wzbogaca. Poczułam się, jakbym wróciła na studia! Polecam poczytać doniesienia z wykopalisk z takich miejsc, jak Bodzi, czy Kałdus. Wyobraźcie sobie taki obraz – stanowisko archeologiczne, tu i ówdzie leży łopata, szpachelka, pojemnik wypełniony po brzegi kawałkami ceramiki. Ktoś rysuje rzut, ktoś mierzy, ktoś fotografuje, omiata pędzelkiem. Na plan wchodzi Elżbieta Cherezińska i zaczyna malować słowem. Niczym w najlepszej produkcji Discovery widzimy rekonstrukcję miejsca – na naszych oczach powstają domostwa, fundamenty katedry. Pojawiają się ludzie, którzy budują, rzeźbią, wypalają gliniane garnki, czy pieką chleb. Kamień po kamieniu, wektor po wektorze, budujemy w wyobraźni świat, o którym czytamy... 
Spodobała mi się również uwaga na temat zgodności historycznej. Nie wiadomo w stu procentach, czy Świętosława i Sigrida Storrada z nordyckich sag to ta sama osoba, nie wiadomo, czy była tylko królową Szwecji, czy tylko Danii i co z tą Anglią. Nie wiadomo, czy jej powrót do Polanii na czas wygnania z Roskilde wiąże się z odnoszonymi w tym samym okresie sukcesami jej brata Bolesława. Ale Cherezińska powiedziała kolejną ważną rzecz – jeśli ma do wyboru tą wersję, czy tamtą, to się nie zastanawia, tylko bierze wszystko! Nie toleruje bowiem opowiadania historii Polski z przegranej pozycji. Po co mamy umniejszać swoją rolę w ówczesnej Europie? Dlaczego nie mielibyśmy czegoś dodać, tak jak to po dziś dzień robią Brytyjczycy z królową Elżbietą I chociażby? Pewnie Wy też macie dość patrzenia na naszą przeszłość tylko i wyłącznie przez pryzmat klęsk. Podobno powieści Harda i Królowa mają zostać zekranizowane. Powstanie film o Świętosławie. Ja chętniej obejrzałabym serial, ale i tak się cieszę. Cherezińska będzie współtworzyć scenariusz, mam nadzieję, że będzie uczestniczyć także w kastingach. Osobiście mam szczerą nadzieję, że nie zobaczymy w owej produkcji np. Adamczyka, czy Karolaka... Że nie będzie pompatycznej powtórki z ostatnich superprodukcji...
W pewnym momencie autorka została zapytana o porównania do Sienkiewicza (nazywana jest często Sienkiewiczem w spódnicy, choć – jak mówi – spódnic nie nosi). Odniosłam wrażenie, że jest takimi porównaniami zmęczona, rozdrażniona, ale i onieśmielona. Jest, jak jej bohaterowie, kobietą z krwi i kości, która po prostu chce być sobą bez zbędnego przyszywania łatek. Chwała jej za to! Choć osobiście porównałabym ją do Wołoszańskiego, który był dla popularyzacji historii początków XX wieku tym, kim dla średniowiecznej Polski właśnie Cherezińska. Któż z nas nie pamięta świetnych tekstów w stylu „Ewa Braun podeszła do okna i pomyślała o swojej sytuacji. Była 7.42”? Pozwoliłam sobie na tą dygresję dlatego, że dzięki Sensacjom XX wieku zakochałam się w historii. Dzięki książkom Elżbiety Cherezińskiej na nowo zakochałam się w średniowieczu. Osią porównania jest umiejętność opowiadania historii w sposób zrozumiały, pełen emocji i interesujący.
Wracając jednak do spotkania, mogłabym siedzieć tam godzinami i słuchać. Miałam w głowie ułożoną całą listę pytań. Niestety ograniczał nas czas oraz zmęczenie autorki. Oczywiście tak ja, jak i większość osób zgromadzonych w sali GOK-u z chęcią siedziałoby tam do północy, ale empatia i rozsądek wzięły górę. W dodatku miałam świadomość, że na parkingu czekał mój mąż z Łucją, która w drodze po mamę najzwyczajniej w świecie zasnęła. Szybciutko więc podeszłyśmy z koleżanką po autografy (ja zachłannie wzięłam dwie książki) i pobiegłyśmy w noc.
Spotkanie to było arcyciekawym doświadczeniem. Dziś kontakt z autorami nie jest tak ograniczony, jak jeszcze niedawno. Wystarczy napisać na fb, czy na podany na ich stronie mail, a otrzymamy odpowiedź (w większości przypadków). Nie jest więc czymś niezwykłym sam kontakt, choć to prawda, że Pani Elżbieta ma charyzmę tak dużą, że mnie ona przyciągała już z samych zdjęć autorki. Najciekawsza była atmosfera – przyciemnione światło, tłum osób chłonących każde jej słowo. Miałam wrażenie, że Cherezińska jest tu tylko na chwilę, że ona żyła w czasach, które opisuje i jakimś cudem powróciła, by uchylić nam rąbka tajemnicy z przeszłości.
A co mogę napisać o kontynuacji Hardej? Że jest jeszcze lepsza? Svenloslava knuje intrygę, która zważy na całym jej życiu, spowoduje utratę wszystkiego, o co walczyła. Z czasem jednak powróci w chwale. Nie będę zdradzać nic więcej. To zbyt dobra książka, by zadowolić się streszczeniem na jakimś tam blogu. Koniecznie musicie po nią sięgnąć. Czy macie tak, że jak fabuła Was wciągnie, to łykacie ją w jeden, dwa wieczory? Ja tak mam. Ale w przypadku Królowej skazałam się na czytelniczy masochizm w najczystszej postaci – dodam, że absolutnie świadomie – dawkuję sobie tekst. Staram się nie czytać więcej niż kilkadziesiąt stron dziennie. Po to, by zatrzymać bohaterów ze sobą na dłużej, by wsiąknąć w tą historię, by wiele rzeczy przemyśleć, by sięgnąć do źródeł. Po raz kolejny polecam Wam gorącą opowieść na chłodne wieczory. 

czwartek, 27 października 2016

Osobisty kawałek lasu i kilka kartek okolicznościowych

Witojcie dobre ludziska w ten wesoły, ackolwiek chłodny wiecór! 
Ale mi się humor poprawił! A najlepsze jest to, że to tak zupełnie bez powodu. Nic się nie wydarzyło, ale jakoś tak mi cieplej na sercu. Może to przez to, że w biegu między zajęciami poprzytulałam się z Łucją i z Mężem... Oczywiście nie bez znaczenia był fakt, że po powrocie z pracy mogłam się zdrzemnąć. Poza tym ostatnio czas jakby zwolnił, a życie nabrało nowego tempa i wartości. Miłość? Jesień? Sama nie wiem! Może tak na mnie podziałały wizyty w lesie. Ostatnio nie mieliśmy czasu/sposobności/zdrowia/pogody, by gdzieś za miasto wyskoczyć. Aż tu nagle, w poprzednim tygodniu udało nam się to zrobić kilkukrotnie. Efektem jednego z tych wypadów było stworzenie mikro-lasu. Zapragnęłam bowiem mieć kawałeczek natury w domu. Wykorzystałam do tego małe akwarium (w którym kiedyś z Siostrą trzymałyśmy mysz - co za czasy! - a potem zagościły tam kamienie o ciekawych kształtach i kolorach, które znajdowałam na okolicznych polach). Teraz szklany pojemnik zyskał nowe życie. Wzięłam z lasu odrobinę ziemi, dwa kawałki różnych gatunków mchu. Na polu przed lasem znalazłam maleńką sosenkę. Do tego dwa kawałki kory, szyszki i trzy styropianowe grzybki (no 100% natura, nie ma co!). Mój mikro-las gotowy! 




Pokażę Wam także kilka okolicznościowych kartek, które zrobiłam jeszcze w sierpniu. W kartce na roczek Hani miał być wykorzystany motyw dżungli, motyli, autka oraz chrupek kukurydzianych - no absolutnie nie wiedziałam, jak przedstawić te ostatnie, więc obyło się bez nich. 








To na dzisiaj tyle, następnym razem będzie bardziej książkowo. Miłego i słonecznego weekendu Wam życzę!

poniedziałek, 24 października 2016

4 urodziny Jagody

Na początku października nasza kochana Jagódka obchodziła czwarte urodziny. Z tej okazji dostała wymarzony prezent - zestaw ciastoliny - dentysta. Nie byłabym sobą, gdybym nie dołączyła czegoś od siebie. Oczywiście zrobiłam dla niej kartkę. Nie widać tego dobrze, ale dziewczynka jest w 3D.


Już dawno obiecałam naszej śmieszce, że uszyję jej fartuszek i czapkę kucharską. Jagoda uwielbia pomagać swojej mamie w kuchni (mnie z resztą też). Za wzór posłużył mi komplecik, jaki na święta w ubiegłym roku dostała od mojej siostry Łucja. Z delikatnego materiału w piękny kwiatowy wzór powstał zestaw dla małej kucharki. Napis zrobiony przeznaczonym do pisania na tkaninach cienkopisem. Widać pod spodem jeszcze ślady ołówka, które później oczywiście usunęłam. 



Na koniec muszę się Wam pochwalić jeszcze tortem. Został on wykonany w Pracowni Tortów Artystycznych Czar Słodyczy. Jagódka jest wielką fanką bajki Supa Strikes (co ciągle mnie zdumiewa, bo to taka poważniejsza już bajka, no i raczej chłopięca). Motywem przewodnim tortu byli więc piłkarze z kreskówki. W dodatku tort był ze składników, które może jeść Łucja. Wyobraźcie sobie jej radość, kiedy się dowiedziała, że może zjeść ten tort. Znowu pytała mnie kilka razy, czy on na prawdę nie jest uczulony. 


Pozdrawiam Was cieplutko i do zobaczenia niebawem!




wtorek, 18 października 2016

Jesienne dekoracje

Prawie miesiąc jesieni za nami, a ja jeszcze nie wrzucałam żadnych fotek z domu?! Skandal! Nadrabiam więc dziś, choć miało być o czymś innym. Muszę wreszcie kupić baterie do aparatu, bo te  zdjęcia robione telefonem są kiepskiej jakości... 







Wianuszek na lustrze w przedpokoju zrobiłam z irgi poziomej przywiezionej z działeczki. Miotełka zrobiona jest tradycyjnie z gałązek brzozowych, ozdobiona także irgą oraz krwawnikiem, który został z poprzedniego wianka. Dyńki ze sweterka zrobiłam na wzór tych u Sandryki już jakiś czas temu. Oczywiście nie mogło zabraknąć też wrzosów. 

Z ciekawostek, zapraszam Was TUTAJ do przeczytania o znaczeniu miotły dla Słowian, jej symbolice i "magicznej" mocy usuwania z domu negatywnych energii. Najczęściej kojarzymy ten przedmiot z czarownicami, ale jego konotacje mogą być zgoła inne. Dla mnie to po prostu fajny element dekoracyjny. Z resztą  uwielbiam wracać do ludowości i starych przesądów. Nie żebym w nie wierzyła, ale zawsze miło poznawać także i takie aspekty naszego dziedzictwa i kultury.