piątek, 9 października 2015

Kinomani na start!



Znowu mamy weekend. Pogoda nas nie rozpieszcza, więc chciałam Wam dziś zaproponować wyjście do kina. Byłam ostatnio na dwóch dobrych filmach. W gruncie rzeczy nie wiem, dlaczego wcześniej nie pisałam tu nic o kinematografii. Uwielbiam thrillery, akcję, kino mocne i wymagające myślenia. Nie znoszę patosu i przesadnego dramatyzmu. Lubię fantasy, nie cierpię si-fi, nie bawią mnie już horrory. Z resztą horror i komedię to ja mam w domu.

            Kiedy dowiedziałam się o filmie „Karbala” opowiadającym o obronie City Hall przez polsko-bułgarską jednostkę po prostu musiałam go obejrzeć. Spodziewałam się połączenia „Helikoptera w ogniu” i „Snajpera”. Nie zawiodłam się.  Jest tam wszystko, co dobre kino wojenne powinno zawierać – akcja, trochę wybuchów, dużo strzelania, honor, lojalność, poświęcenie, strach i moralne dylematy. Brzmi banalnie? Może dla widza zakochanego w „Szklanej pułapce”. „Karbala” pokazuje jednak w bardzo realistyczny sposób (bo w końcu to film oparty na faktach), jak zachowują się żołnierze, przed jakimi wyzwaniami stają dowódcy, kto tak naprawdę wygrywa bitwy. Od samego początku zastanawiałam się, po jaką cholerę my się tam pchaliśmy, w sensie do Iraku. Dostałam – i to wielokrotnie – jasną odpowiedź. Po pieniądze. Po chwałę może jeżdżą Amerykanie. Polacy jadą na kontrakt. Ale jak już jadą... Kiedyś było moim marzeniem zostać żołnierzem zawodowym, jeździć na misje. Tak, jeszcze jakieś dziesięć lat temu bardzo chciałam jechać chociażby do Afganistanu. Z różnych względów moje plany nie powiodły się, a ja wylądowałam na Wydziale Historii i jako jedną ze specjalności wybrałam historię wojskowości. Nie strzelałam, nie walczyłam, ale jest coś, co mogłam zaobserwować, czego mogłam się choć odrobinę nauczyć – męska przyjaźń ważniejsza od życia. Co z tego, że znam przebieg wielu bitew? Nie umiem opowiadać o wojnie, bo na żadnej nie byłam. „Karbala” pokazuje nam jednak, co przeżywają ludzie, którzy zdecydowali się pojechać, zstąpić do piekła. Przez cały film na obrzeżach świadomości błąkał się mi cytat z „Helikoptera w ogniu”: Gdy przyjadę do domu, ludzie będą mnie pytać: „Hej, Hoot! Dlaczego to robisz… Wojna cię kręci?” Nie powiem ani słowa. Dlaczego? Bo oni nie zrozumieją. Nie zrozumieją, że tu chodzi o kolegę. Tylko to się liczy…”. Dodajcie do tego reżyserię Krzysztofa Łukaszewicza, genialną rolę Bartka Topy, czy Hristo Shopova (brawurowo zagrał Piłata w „Pasji”), a otrzymacie naprawdę dobre kino. Kino o prawdziwych mężczyznach, ale nie tylko dla mężczyzn.


            Także kolejny film, o którym chciałam Wam dziś napisać, to prawdziwie męski obraz. „Sicario” w reżyserii Denisa Villeneuve, opowiada o walce amerykańskich służb, CIA i FBI, z meksykańskimi kartelami narkotykowymi.  Jest to także film o osobistej zemście w świetle prawa, o tym jak kobieta funkcjonuje w świecie przepełnionym testosteronem. Widząc agentkę FBI, która znosi widok rozczłonkowanych, okaleczonych zwłok lepiej niż niejeden kolega, jest rzeczowa, skupiona na zadaniu, dociekliwa i nieustępliwa, odnosimy wrażenie, że oto patrzymy na prawdziwe równouprawnienie. To już nie jest „G.I. Jane”, gdzie bohaterka musi cały czas udowadniać swoją wartość i symbolicznie wyzbywać się kobiecości goląc głowę na łyso. To nie „Córka generała”, w której kobietę w męskim świecie widzimy głównie przez pryzmat jej seksualności. Tutaj agentka Kate Mecer jest członkiem zespołu. Nikt (może oprócz jej przyjaciela i partnera zawodowego) nie czyni jej uwag odnośnie wyglądu, nie rzuca seksistowskich komentarzy. Ale to tylko pozory. Jak poradzi sobie dziewczyna, która w jakimś sensie żyje ideałami w twardym świcie bez reguł. Zastanawiam się, jak bardzo realistycznie przedstawiony jest świat meksykańskiego półświatka. Doskonale wiemy z mediów, że okaleczanie ciał mafijnych wrogów, wystawianie ich na widok publiczny, masakry całych rodzin, to w Ameryce Środkowej norma. Czego się spodziewać jednak po potomkach Majów i Azteków, chyba najbardziej krwawych kultur w historii? Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z obrazem bardzo oszczędnym, brutalnym, mrocznym. Wrażenie to potęguje dobra muzyka i genialna gra aktorska. Emily Blunt i Benicio del Toro (uwielbiam!) widzieliśmy już razem w „Wilkołaku”. I tutaj jest między nimi rodzaj napięcia, od którego dostawałam gęsiej skórki. Także Josh Brolin w roli agenta CIA jest wprost nieziemsko dobry. Pamiętam go głównie z roli psychopatycznego lekarza w „Planet terror” i muszę przyznać, że rolą w „Sicario” bardzo mnie zaskoczył. Na szczególną uwagę zasługują poszczególne sceny, wokół których narasta akcja. Pierwsza, ze strzelaniną w domu na przedmieściach i odkryciem zafoliowanych ciał w ścianach. Kolejna, kiedy bohaterowie jadą ulicami Juarez i widzą efekty działania karteli. Konwój więźnia przez zakorkowane ulice, niedopowiedziane sceny tortur... Nie leje się krew, nie ma spektakularnych wybuchów, nie ma amerykańskiej flagi powiewającej w tle. A jednak film przykuwa uwagę widza, sprawia, że po zakończeniu nie ma się ani ochoty, ani siły wstać z fotela. Cisza w kinie, jakiej byłam świadkiem jedynie po „Katyniu”. Być może jest to wynikiem tego, że poruszone zostają rejony naszej świadomości, te najbardziej pierwotne i mroczne. Może dlatego, że na co dzień jesteśmy bombardowani efektami specjalnymi, a tutaj ma się wrażenie, że równie dobrze to może się dziać obok, na ulicy. Tu nie ma króliczej nory, czy lustra, które oddziela nas od tego świata. Jesteśmy jego częścią, niestety.
            Zbyt ciężko? Jeśli ktoś przetrwał do końca i czuje się przygnębiony, to przepraszam. Chciałam jedynie podzielić się z Wami kilkoma refleksjami. Uważam, że dwa powyższe filmy są na prawdę godne polecenia, jeśli oczywiście macie ochotę iść do kina nie tylko po to, by zabić czas.
                 Życzę Wam miłego weeknedu. Trzymajcie kciuki, żebym przetrwała do poniedziałku, bo u mnie kino niestety nie wchodzi tym razem w grę. 



poniedziałek, 5 października 2015

Bieg po marzenia

Dziś bardzo osobiście. Pisałam Wam już pewnie, że mam dobry rok na spełnianie marzeń. Jedne z nich rodziły się nagle i spełniały się szybko. Inne musiały poczekać na odpowiednie warunki, najczęściej finansowe. Ale było też takie, które pojawiło się w mojej głowie osiemnaście lat temu. Zaczęło się to gdzieś w 1996 roku, kiedy na zajęciach wychowania fizycznego nauczyciel zauważył, że dobrze biegam i zabrał mnie na moje pierwsze zawody. Dziś są szkoły mistrzostwa sportowego, lub chociaż klasy o profilu sportowym. Dzieciaki mają dużo więcej możliwości, by rozwijać swoje talenty. Ja wtedy miałam tylko swoje nogi. W szkole nie było bieżni, więc trenowałam biegając po polach i lasach. A mimo to jeździłam i osiągałam dobre wyniki. Jedno z moich cieplejszych wspomnień z dzieciństwa jest takie: siedzimy z tatą przed telewizorem i oglądamy lekkoatletyczne mistrzostwa świata, czy Europy, nie ważne. W biegu na 5000m zwyciężała Gabriela Szabo. Mówiłam wtedy tacie, że ja też kiedyś będę tak biegała i pojadę na olimpiadę. Najpierw jednak, w 1997, pojechałam na Bieg Ptolemeusza, który co roku odbywa się jesienią w Kaliszu. Wtedy biegłam na 1500 m i zajęłam 4 miejsce z czasem 4:35:00. Tak mam przynajmniej na dyplomie. Nie wiem, czy się ktoś nie pomylił, bo taki wynik do dziś budzi podziw wśród moich kolegów-biegaczy. W każdym razie obiecałam sobie wtedy, że jak będę starsza, to wezmę udział w biegu głównym na 10 kilometrów. Biegałam potem jeszcze długo, w liceum i przez pierwsze dwa lata studiów. Zrezygnowałam z zapisania się do klubu sportowego, bo kolidowałoby to z nauką, której nie chciałam zaniedbywać. Moja pierwsza w życiu samodzielna i tak poważna decyzja. Chyba nietrafiona... W każdym razie od jakiegoś czasu biegam znowu. Zaczęłam zbyt ambitnie, dwa lata z rzędu z biegu Ptolemeusza wykluczyły mnie kontuzje. Jedna utrzymuje się do dzisiaj, ale postanowiłam pobiec mimo bólu. Największą jednak przeszkodą była moja głowa. Dużo czasu upłynęło, zanim pokonałam w sobie chęć rywalizacji, która była silniejsza niż mój organizm.  Zaczęliśmy wczoraj w południe. Godzinę i trzy minuty później byłam na mecie, szczęśliwa i nie tak wykończona, jak się spodziewałam.  Nauczyłam się kolejnych rzeczy o sobie. Przekonałam się na własnej skórze, że warto zmagać się ze słabościami i ograniczeniami, warto marzyć i pokonywać kolejne granice. Następna pozycja na liście marzeń do spełnienia odhaczona. Co dalej? Dziś wydaje mi się, że nie ma rzeczy niemożliwych!



sobota, 3 października 2015

Anioł i karteczka na chrzest małego-wielkiego Tomka

Witam Was w to sobotnie popołudnie! Miało być dziś o filmach, które chciałam Wam polecić, ale wcięło mi tekst i ledwo się uspokoiłam, nie mówiąc o napisaniu tego wszystkiego jeszcze raz. Dlatego pozostaniemy w dość uroczystym i podniosłym klimacie, co bym nie rzuciła w trakcie czymś w okno lub - niech mnie ręka boska chroni - w komputer. 
Niekiedy zdarza się w naszym życiu tak, że bardzo chcemy coś zrobić. Zrobić to musimy koniecznie i nieodwołalnie czasami jedynie po to, by przekonać się, że w tym akurat zakresie talentu nie posiadamy ani grama. Zanim jednak zdałam sobie z tego sprawę, zdążyłam popełnić kilka aniołów. Że pierwszy z nich spodobał się mojej Mamie, to już Wam pisałam. Ale Mama, to Mama. Teraz namalowałam/wykleiłam (akryle plus decoupage) jednego dla koleżanki, która niedawno kończyła 50. urodziny. Dziewczyna to zacna, pełna humoru i radości. Kiedy podawałam jej prezent i kiedy go zobaczyła, to wprost widziałam na jej twarzy szczęście. Bardzo jej się aniołek spodobał, o czym informuje mnie niemal codziennie od tygodnia. Podobno obrazek wisi już na ścianie. Nie miałam problemów z kolorami, bo wcześniej zapytałam  o to, w jakich barwach koleżanka ma mieszkanie. Marzenko, jeszcze raz wszystkiego dobrego!




Kolejna rzecz, którą chciałam Wam dziś pokazać, jest kartka na chrzest dla bratanka mojego Męża. Mały-wielki Tomek w minioną sobotę miał swoje święto. Dlaczego mały-wielki? Po prostu dlatego, że niejeden dorosły człowiek mógłby się uczyć od niego woli walki. Reszta niech pozostanie tajemnicą, bo to bardzo osobista sprawa. Wspomnicie jeszcze kiedyś moje słowa, a ja Wam mówię, że Tomaszek za parę dobrych lat zostanie prezydentem! 


Tymczasem zmykam do mojego szkraba. Trzeba ogarnąć trochę chatę i lecimy na kolejny już dzisiaj spacer. Tymczasem zapraszam do zakładki Zdrowie XXI po przepis na kotleciki z dorsza. A jutro... Jutro spełniam kolejne w tym roku marzenie. Jak mi się uda, to na pewno Was o wszystkim poinformuję. Trzymajcie kciuki!

poniedziałek, 28 września 2015

Lawendowo

Pamiętacie może moją recyklingową półeczkę na zioła dla wujka Tadka? Pisałam o niej TU. Tak jej trochę smutno było w kuchni na wsi. Chodziłam, kombinowałam, no i wymyśliłam! Zakosiłam wujkowi wiszącą na dworze starą puszkę po lizakach (sic!). Zabrałam, oczyściłam i pomalowałam. A raczej pobawiłam się w malowanie, bo technik zastosowałam kilka - spękania z medium jednoskładnikowym, cieniowanie, decoupage, kropeczki... Miałam radochę z mieszania farby, rozcierania jej i lakierowania. Stare dobre decou! Swoją drogą w ubiegłym tygodniu bardzo dużo malowałam, ale o tym może następnym razem. 




Puszka tymczasem już stoi w kuchni wujka. Na potrzeby sesji zdjęciowej wykorzystałam wrzos zebrany zamiast grzybów w lesie. U nas ciągle zbyt sucho... Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko!

środa, 23 września 2015

Przyszła

Przyszła, wraz z szelestem spadających liści, z zapachem jabłek i świeżo zaoranej ziemi, wraz z chłodem zamglonych poranków, ze smakiem wina, pieczonej dyni i w blasku świec. Jesień moja ukochana, sprawczyni twórczego zamętu w mojej głowie. Witaj!






Na dobry początek jesieni zapraszam do zakładki Zdrowie XXI, gdzie znajdziecie kilka fajnych przepisów na kaszę jaglaną.

niedziela, 20 września 2015

Ślubny dowcip

Jakiś czas temu zrobiłam na prośbę koleżanki mocno personalizowaną kartkę na ślub. Panna młoda gra na fagocie, pan młody jest policjantem. Pomysł pojawił się w mojej głowie błyskawicznie. Zapytałam tylko, czy może być kartka z jajem, bo wiadomo, że nie każdy ma poczucie humoru. Pod życzeniami ukryta jest książeczka z zabawną historyjką. Wyszło, jak wyszło. Koleżance się podobało. 



Zabrakło na zdjęciu scenki z samochodem, dlatego przytaczam cały "wierszyk":

Na fagocie grała,
policjanta złapała.
Choć może było odwrotnie,
gdy za szybko jechała.
Historia jakich wiele
- padli sobie w ramiona.
5 września ślub ich i...
GRA SKOŃCZONA!

Coś ostatnio nie mogę się zebrać, żeby jakiś dłuższy post sklecić. Tym razem także jest krótko i na temat. Może następnym razem... Miłego popołudnia wszystkim życzę!

czwartek, 17 września 2015

Zakładka

Dziś znowu krótko, bo i przedmiot maleńki. Zakładkę wykonałam metodą decoupage już jakiś czas temu. Była prezentem dla koleżanki, z którą wymieniamy się czasem książkami. Dzięki niej przeczytałam m.in. Dziewczęta i kobiety, czy House of cards. Obie książki gorąco Wam polecam! 




Olu! Wracaj do zdrowia! Mamy kolejne książki do przeczytania!

Zakładkę zgłaszam do wyzwania u Zuzy



wtorek, 15 września 2015

Usłane różami

Dziś będzie króciutko. Czeka mnie niebiańska sesja jeszcze dziś wieczorem. Na razie cicho sza, ale już niebawem będę prezentować efekty przypływu weny twórczej. Także w niedalekiej przyszłości zamieszczę krótką fotorelację z moich ostatnich wojaży. W zakładce  "Zdrowie XXI" nowy przepis na pyszny deser. 
Tymczasem chciałam Wam pokazać butelkę, na którą zamówienie dostałam w połowie sierpnia. Czasu było bardzo mało, pracy wiele, ale się udało. Co prawda nie mogłam zamówić serwetki, jaka by mnie satysfakcjonowała, ale wyszło nawet znośnie. Na usprawiedliwienie dodam jedynie, że ostatni raz, kiedy zdobiłam coś przy pomocy dekupażu... No właśnie, nie bardzo pamiętam. Tu jednak starałam się przeogromnie, bo i okazja nadzwyczajna - ślub koleżanki. Podjęłam się więc wyzwania bez chwili zastanowienia. 






  


Zdjęcie oraz życzenia naniosłam przy pomocy transfer glaze, różyczki to oczywiście decu. Do tego delikatne detale ze spękaniami, pęk kolorowych wstążek i gotowe. Oczywiście Zleceniodawczynie zadbały o odpowiednią zawartość. Ja od siebie dodam jedynie:

Natalio, Piotrze,
oby Wasze wspólne życie było usłane różami, 
a radość i szczęście towarzyszyły Wam na każdym kroku!

wtorek, 8 września 2015

Na dobre sny

Od jakiegoś czasu oglądam na Waszych blogach łapacze snów. Bardzo mi się ta ozdoba podobała już w dzieciństwie, kiedy widziałam ją w książkach o Indianach. Postanowiłam zrobić sobie taki z wełnianej serwetki. Wisi to sobie w przedpokoju, ale średnio się nadaje na pokazanie tutaj. Za to dla Łucji postarałam się już o ładniejszy. Samo koło zrobione jest z gałązek wierzby, środek ze sznurka, a całości dopełniają drewniane koraliki i piórka zebrane na osiedlu i w parku. W centrum, zgodnie z zaleceniami Czirokezów, wszyłam szklany paciorek, który pełni dodatkową ochronę. 




Zadanie takiego łapacza jest jedno - przesiewać sny, zatrzymywać te złe. Spływają one po piórach wraz z nadchodzącym świtem. Amulety te wieszano nie tylko nad łóżkiem, ale i przy drzwiach, czy w oknach. Ten należący do Łucji umieściłam obok okna. Oczywiście to tylko ozdoba, ale wygląda ślicznie i daje nadzieję na to, że moja córeczka będzie śniła tylko o misiach, pieskach, przytulaskach i ciasteczkach. Marzy mi się tatuaż na plecach właśnie z motywem łapacza snów. Może kolejny będzie właśnie taki... A propos snu, to wybaczcie, że się nie będę rozpisywać, ale mięciutka pościel już kusi i wzywa. Przesyłam wszystkim moc uścisków! 

piątek, 4 września 2015

Przedsmak jesieni, lis i misie

Wrzesień! Nareszcie! Kocham! 
Niejednokrotnie już pisałam Wam o tym, jak bardzo i za co uwielbiam jesień i jej przedsmak już od początku września. W tym roku cieszę się szczególnie, bo po prostu lato mnie zmęczyło. Pewnie nie tylko mnie. 
Dwa dni temu wybraliśmy się z Mężem i Łucją na spacer. Wszechogarniające, pierwotne zapachy ziemi obudziły we mnie chęć tworzenia. Jeszcze tamtego wieczoru wyciągnęłam swoje graty i stworzyłam kartkę. Może trafi do kogoś znajomego, jeszcze nie wiem. Skromna, z wykorzystaniem liścia, który wypadł mi ostatnio spomiędzy kart książki, ususzony lata temu. 


A teraz już o fantastycznej niespodziance, kolejnej, jaka mnie spotkała we wtorek. Otóż dostałam od Tychny cudowny, fantastyczny prezent - folkowego liska i zakładkę z misiem w kolorach biało-szaro-różowym. 



Kiedyś uszyłam dla jej Córci Peppę, ale już zapomniałam o tym. Ale ona pamiętała i chciała się odwdzięczyć. Przestudiowała mojego bloga, by jak najlepiej trafić w mój gust. I jakoś mnie to tak poruszyło. To takie wspaniałe! Pamięć i chęć sprawienia radości. Ale spotyka mnie ostatnio tyle dobrego, że naszła mnie refleksja. Czym ja sobie zasłużyłam na takie prezenty? Tyle ich dostaję, najczęściej niespodziewane... Tychna, dziękuję Ci ogromnie! Mam nadzieję, że będziemy się jeszcze spotykać, nie tylko w blogosferze. Zapamiętam Cię na zawsze jako tą, która udzieliła mi pierwszej rady w mojej pierwszej pracy :) Pamiętasz? Na prawdę sprawiłaś mi wiele radości folkowym liskiem i misiakiem. Pięknie wyszywasz! Dziękuję!
Wszystki życzę udanego weekendu!