Dziękuję Wam serdecznie za
wszystkie życzenia zdrowia pod ostatnim postem. Czuję się już lepiej, ale
niestety Łucja złapała jakiegoś wirusa. Była w żłobku całe 3 godziny, po czym
dostałam telefon, że dziecko gorączkuje. Ostatnią noc musieliśmy spisać na
straty. Oczywiście musiałam też wziąć wolne w pracy. Nie zdążyłam się nawet zmęczyć…(chociaż wkurzyć jak najbardziej :D).
Na szczęście temperatura już spadła, ale walczymy teraz z odparzeniami
powstałymi od częstej i wodnistej zawartości pieluszki. Macie jakieś sprawdzone
sposoby na odparzenia (oprócz Sudocremu i mąki ziemniaczanej). Chciałabym ulżyć
Maleństwu i już nie wiem jak…
Ale przejdźmy teraz do
przyjemniejszych rzeczy. Łucja już śpi, więc mogę się z Wami podzielić pysznymi
truskawkami!
Drewniany moździerz dostałam
kiedyś od Mamy i była to jedna z pierwszych rzeczy, które ozdobiłam dekupażem. Niestety
z czasem przestało mi się to podobać i przemalowałam go ostatnio pod wpływem
chwili. Ostało się ino wieczko pomalowane za pomoą medium jednoskładnikowego do spękań. Oto efekty:
Żeby było jasne, chwila zapomnienia wywołana została pysznymi truskawkami z działki Teściów. Objadałam się samymi
owocami, ale taż pokusiłam się na koktajl, tak uwielbiany przez mojego Męża. Zmiksowałam
truskawki, banana, jogurt naturalny i trochę cukru. A że bardzo lubię podawać
nawet proste dania w miły dla oka sposób, to koktajl podałam przybrany bitą
śmietaną, owocem truskawki i listkami mięty wyhodowanymi na parapecie. Zgodzicie się chyba ze mną, że
starannie podane posiłki są smaczniejsze…
Żegnam się dziś z Wami we w miarę
dobrym nastroju. A w ogóle, to Łucja skończyła dziś siedem miesięcy! Jak to
zleciało!