piątek, 21 czerwca 2013

Zielono mi!


…ale niestety nie spokojnie. Od tych upałów ledwo żyję. Już nie raz Wam wspominałam, że na okres od czerwca do sierpnia najlepiej wyniosłabym się do Laponii poganiać renifery. Łucja też się strasznie męczy. Na dodatek idą jej ząbki, ma problemy z tolerancją nowego posiłku – żółtka jajka, no i jakiś katar się jej przyplątał. Eh, życie. W takich oto okolicznościach postanowiłam się skupić na zdrowiu, co w ogromnej części wiąże się ze zdrową żywnością. Jeszcze w kwietniu na moim kuchennym parapecie zawitał zielnik.


Pierwsza doniczka – z lawendą – trafiła na okno za sprawą Ani z bloga mój dom – moja przystań. Ania przysłała mi w paczuszce między innymi nasiona. Niestety to roślinka, jak dla mnie, bardzo trudna do wyhodowania i na razie w doniczce pojawił się jeden kiełek. Był i drugi, ale nieopatrznie zalałam go wodą i już się nie podniósł. W każdym razie czekam na resztę :D


Doniczkę na zioła dostałam od Teściowej, która uchowała ją gdzieś na strychu. Trafiły do niej – bazylia, szałwia, melisa, mięta i tymianek. Szczególnie dwie ostatnie roślinki wykorzystuję ostatnio w mojej kuchni. Mięta trafia do dzbanka z wodą, cytryną i lodem, natomiast gałązki tymianku okazały się cudowną przyprawą do pieczonego dorsza.



Skoro już o okiennych roślinkach mowa, to zalicza się też do nich fiołek alpejski, którego dostałam dawno temu od mojej Siostry. Musiał być dany ze szczerego serca, bo przy całym moim braku talentu do opiekowania się zielonymi badylami ten kwiatek rośnie aż miło! I regularnie kwitnie, co dla mnie – laika – jest najlepszą oznaką szczęśliwego żywota roślinki.


A na koniec ostatni z moich zielonych i zdrowych posiłków – kanapka z pastą z awokado i kiełkami brokuła. Pycha!


Dojrzały owoc trzeba rozgnieść widelcem, dodać łyżkę oliwy, sól i pieprz. To idealny zamiennik masła. Co prawda okazało się, że nie mogę jeść tego delikatesu zbyt często (podobnie jak pomidorów, czy bananów), bo mój żołądek wariuje od nadmiaru dobroci, ale raz – nie zawsze. Tak to jest, jak się człowiek wychował na chlebie ze smalcem i domowym serze. Eh, to były rarytasy! Mmmm, i masełko robione przez Mamę… A wiecie, jak je robiła? Zbierała śmietanę do słoika, brała na rower, jechała kilka kilometrów do koleżanki na ploteczki, a jak wróciła, wystarczyło zebrać i wyrobić masło. Kiedyś, to były pomysły na wszystko :D
I tak oto dobrnęłam do końca dzisiejszego wpisu i jakoś tak od wspomnień mi się humor poprawił! Miłego dnia Wam życzę!

środa, 19 czerwca 2013

Moj ty mysiacik



Kiedyś będąc w Pradze kupiłam pocztówkę, na której były dwie zakochane myszki i jedna do drugiej mówiła właśnie „moj ty mysiacik”, czy jakoś tak. W każdym razie tak to zapamiętałam :D Mając na względzie temat dzisiejszego posta, tytuł nasunął się natychmiast.


Pomysł na myszki zaczerpnęłam od Tychny. Widziałam u niej niedawno podobne. Przyszło mi wtedy do głowy, że mogę zrobić takie dla kotów mojej… no właśnie, kogo? Żony kuzyna mojego męża :D No niech będzie, że dla kotów mojej kuzynki :D Robiłam je w odstępie czasu, więc rodzinnej "słit foci" nie będzie, niestety. Już Wam jednak tłumaczę, jak zrobić takie kocie zabawki. 


Potrzebne będą: kawałek polaru lub innego materiału (wykrawamy cztery kółka na uszy i dwa na korpus), gruba nić w kontrastowym kolorze, sznurek na ogon (np. kawałek sznurowadła), wypełnienie i rzeczy najważniejsze – pudełeczko po zabawce z jajka niespodzianki oraz granulki z tych, co to niby pochłaniają wilgoć, a są dołączane np. do butów, czy torebek. Granulki przesypujemy do pojemniczka i zaszywamy w brzuszku myszy. Do ogona można też przyszyć mały dzwoneczek.




Czas potrzebny do wykonania jednej myszy – ok. 30 minut. Widok bawiącego się nią kota – bezcenny! Polecam wszystkim kocim wielbicielom, a Tychnie dziękuję za wspaniały pomysł!

A skoro już przy zwierzątkach jesteśmy, to pokażę Wam nowy image Fretki. Obcięliśmy ją już chyba z półtora miesiąca temu i nie wiem, czemu dopiero teraz mi się przypomniało, żeby się tym pochwalić. Piesek może jest mniej słodki, ale za to dużo bardziej zadowolony (czego akurat na podstawie poniższego zdjęcia wywnioskować nie można :D)!



Pozdrawiam Was serdecznie i idę dalej umierać od gorąca.

piątek, 14 czerwca 2013

Skarby Wikingów


 Witajcie Kochani! Dziś chciałam się z Wami podzielić ogromnym szczęściem – mój Michał wrócił do domu cały i zdrowy po 2,5-tygodniowych wojażach po Północnej Europie. Wyjechał przecież nie pierwszy raz, ale pierwszy na tak długo. Wrócił niczym Wiking po wielkich podbojach – nie dość, że ze skarbami, to jeszcze z pokaźnych rozmiarów brodą! Tzn. zarost miał jeszcze przed wyjazdem, ale chyba morskie powietrze wpływa na porost włosów. Dość jednak o owłosieniu mojego szanownego Małżonka. Oto, jakie skarby nam przywiózł zza morza. Wśród nich upolowane łosie (a może to renifery?) oraz precjoza ze strefy bezcłowej na promie. Przede wszystkim jednak klejnoty natury*:



Jeżowce. Piszę, bo ja np. nie
wiedziałam, co to.




Natura sama robi najlepsze kompozycje.
Tu performance skorupiaka.





XIX-wieczna szklana boja. Latam z nią
po całym mieszkaniu  i nie wiem,
gdzie znaleźć jej miejsce.
Tak mi się podoba, że chyba
uwieszę ją sobie przy szyi.
Rogacze promowe.
Mój Mąż - czyżby Mężczyzna idealny? - pamiętał o
kobiecychfanaberiach kosmetyczno-upiększających.

Piękne te wszystkie rzeczy, nie? Ale wiecie, co jest w tym najfajniejsze – że po prostu Michał jest już w domu.
Żegnam się z Wami optymistycznie i życzę miłego weekendu!

*UWAGA! 
Przy zbieraniu łupów nie ucierpiało żadne zwierzątko - rozgwiazda i skorupiaki zostały znalezione już w stanie zasuszonym!

wtorek, 11 czerwca 2013

Bathroom story, part 3


Ten serial nie należy do tasiemców, niestety. Albo stety, kto wie. Dziś chciałam Wam pokazać jak przy pomocy najnowszego modelu Męża zrobić ładne lustro do łazienki. W zasadzie, to Mąż Model 1983, ale nowa aplikacja „wjazd na ambicję” w połączeniu z oczami a’la kot ze Shercka potrafią zdziałać cuda.


Oto, co nam potrzeba: stare lustro, deska (moja to półka z 60-letniej, sypiącej się szafy), wyrzynarka, szlifierka, linijka, wiertarka, papier ścierny, farba akrylowa, lakier akrylowy, wydruk i preparat do transferu (ja używam Transfer Glaze od Haritage). Do tego Mąż z rzeczoną aplikacją (lub po prostu zdolności do posługiwania się narzędziami elektrycznymi).


W celu zwiększenia wydajności Męża można mu np. iść po piwko, albo obiecać… coś. Najlepiej coś bliżej nieokreślonego. Oczywiście, jeśli wykonana praca przypadnie Wam do gustu polecam obietnicę spełnić, bo drugi raz numer może nie przejść i Mąż odmówi współpracy. Tymczasem…


Po wycięciu i oszlifowaniu to my bierzemy się za pracę – malujemy, nanosimy transfer i lakierujemy. Potem znów uśmiechamy się do Męża. Najlepiej jak ma on jeszcze aplikację „pomysłowy Dobromir”, która reaguje na słowa: „i na koniec jeszcze trzeba zrobić to i to, ale nie mam pojęcie jak, wymyśl coś”. Nie zdziwcie się, jak Mężowi zapali się nagle żarówka nad głową. Jednakże normalne są także bluzgi rzucane na prawo i lewo, a dopiero potem żarówka. U nas wgranie tej aplikacji zaowocowało pomysłowym przytwierdzeniem lustra do ramy.




I tak oto dobrnęliśmy do końca. Porównajcie sami:


A już zupełnie na koniec polecam Wam recyklingowe produkty, które dostępne są już nawet w dużych marketach. Ten dywanik kupiłam bodajże za 19.90 w Leroy Merlin. Wykonany został w 100% z plastikowych  butelek! W dodatku później też go można przetworzyć. Dla mnie rewelacja! Na dodatek fantastycznie sprawdza się w łazience - nie brudzi się, wygląda estetycznie, jest po prostu ładny.



I tak oto nadszedł czas pożegnania się z łazienką, ale nie martwcie się, w przygotowaniu mam już drugi sezon serialu szydełkowego.
Pozdrawiam Was cieplutko!

sobota, 8 czerwca 2013

Tablica na bis


Parafrazując Mistrza napiszę: wielkie poczyniłaś zmiany w domu moim, moja droga Karolino, komentarzem swoim! Oczywiście zmiany na lepsze, zarówno w domu, jak i w głowie. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tak miażdżącej krytyki. Nie spodziewałam się też, że tak korzystnie na mnie wpłynie! Po słowach Karoli, czyli Cienkiej z bloga Ręką,nogą i psią łapą stwierdziłam, że nie ma usprawiedliwienia dla fuszerki, którą odwaliłam przy oculus reparum. A prawda jest taka, że odwaliłam, niestety. Bo dziecko, bo czas, bo liczy się szybki efekt. Dość! Karola, faktycznie wjechałaś mi na ambicje i jestem Ci za to ogromnie wdzięczna! Oto, co może zdziałać konstruktywna krytyka! A że w ślad za słowami poszły czyny, Karola przygotowała dla mnie naklejkę z okulistycznym wzorem. Wyobraźcie sobie, że w weekend zrobiła projekt, a już we wtorek dostałam przesyłkę. No i się zaczęło… Zamalowałam poprzednią tablicę. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po wyschnięciu farby okazało się, że literki mają się znakomicie i ani myślą dać się zamalować! Ani druga warstwa nie pomogła, ani trzecia… Pewnie to wina pisaka. No więc wzięłam kawał lnu, przykleiłam za pomocą kleju do dekupażu i zamalowałam białą farbą akrylową. Pobawiłam się też z wykończeniem brzegów. Po zakończeniu prac wstępnych tablica wyglądała jak podobrazie. Ogarnął mnie wielki strach… Jak tu się zabrać za tą naklejkę i jej nie zepsuć? Bałam się ogromnie, ale okazało się, że strach ma wielkie oczy. Dzięki cennej radzie Karoli odnośnie użycia suszarki do włosów poradziłam sobie dobrze. Gorzej zniosła to suszarka, która się przegrzała i wysiadła… W każdym razie… tadam, tadam! Oto efekt:



Prawda, że lepiej? Tym razem wyszorowałam też ramę tablicy i naprawiłam urwany zausznik od okularów pradziadka. No teraz, to mnie duma rozpiera! A to wszystko dzięki odwadze i dobremu i wielkiemu sercu Karoliny! Kochana, naprawdę bardzo, bardzo serdecznie Ci dziękuję! Za naklejkę na tablicę i za pozostałe naklejki, które sukcesywnie będą się pojawiać w moich pracach. Bo generalnie, to jakby ktoś nie wiedział, to Karola zajmuje się naklejkami zawodowo, o czym możecie się dowiedzieć także z jej strony internetowej nietylkona.pl. Polecam!!! Ja przeglądając ofertę dostałam zawrotów głowy od ilości projektów… :D



A teraz kolejna miła rzecz, która mnie ostatnio spotkała -  wyróżnienie od Brydzi! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! To ogromnie miłe po raz kolejny dostąpić tej przyjemności!


Teraz mam ujawnić 7 faktów z mojego życia. Co by tu napisać tym razem… Hmmm…
  1. Za dwa lata kończę trzydziestkę, ale się tym nie martwię. Uważam, że moje życie dopiero nabiera tempa.
  2. Wychowałam się na wsi zabitej dechami i jestem z tego dumna.
  3. Po pierwszym roku studiów brałam udział w wykopaliskach archeologicznych, na których zyskałam przezwisko „strong woman” po tym, jak… nie no, nie napiszę Wam skąd się wzięło to przezwisko, ale razem z nim pojawiły się na moim karku ogromne kaptury, skutkiem czego do dziś niechętnie zakładam koszulkę na ramiączkach.
  4. Optymizmu nauczył mnie dopiero mój Mąż.
  5. Totalnie nie umiem śpiewać. Łucja jest moim jedynym i najwierniejszym słuchaczem (także najbardziej entuzjastycznie reagującym)
  6. Uwielbiam facetów ubranych w dżinsy i biały podkoszulek.
  7. Marzę o krótkiej fryzurce, ale nie mam odwagi ściąć włosów (inna sprawa, że na taki look mam zbyt okrągłą buzię).
Drugiego warunku nie dopełnię i nie wskażę następnych blogów do wyróżnienia. Poważnie się zastanawiam nad tym, czy nie zrezygnować z wyróżnień w ogóle, bo choć są bardzo miłe i mobilizujące, to łączą się z nimi określone zasady, które należy spełnić, a ja nie mam najzwyczajniej na to czasu. Wierzcie mi – i tu z góry przepraszam za szczerość – ale ten czas wolę poświęcić Córeczce. Tym bardziej, że już za niecały miesiąc wracam do pracy… I tym mało optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i życzę miłego weekendu! Następnym razem będzie o tak chwalonym przez Was lustrze z poprzedniego posta (za wszystkie pochwały bardzo dziękuję!)

czwartek, 6 czerwca 2013

Bathroom story, part 2.


Na początek bardzo, bardzo Wam dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnim postem! Nie sądziłam, że moja tablica  tak się Wam spodoba  (jest już poprawiona, ale o tym następnym razem, bo teraz musi być na 100%) . Dodajecie mi skrzydeł!!!

Tymczasem dziś premiera łazienkowych opowieści. Pomieszczenie to wymaga remontu kapitalnego, póki jednak mamy ważniejsze wydatki muszę zadowolić się liftingiem raz na jakiś czas. Ten, który Wam dziś pokazuję zrobiliśmy z Mężem jeszcze w marcu, ale jakoś tak długo dopracowywałam szczegóły. Ciągle się coś zmienia. A to dodałam kamienie, które Michał przywiózł ostatnio z Norwegii, a to wczoraj wprowadzili się tam nowi lokatorzy. Całość inspirowana Skandynawią (a jakże!). To ostatnio kierunek moich marzeń dekoratorsko-podróżniczych.
Zobaczcie efekty:

Nowy look lustra
Lampki nad lustrem i drzwiami zakupione w Leroy Merlin.
Urzekły mnie swoim industrialnym charakterem. Dają mało
światła, ale coś za coś...

Transferowy łoś

Kamienie przywiezione z Norwegii

Puszka po groszku z dekupażem - pasuje do ściany (poniżej)

Lusterko i koszyczki prawie bez zmian.
Przemalowana cukiernica kryje waciki. Obok zbieranina kamyków, mydełek
i innych dziwactw

Płaskie kamienie także pochodzą
z północy Norwegii
Brzozowe świeczniki - bohaterowie pilota łazienkowego serialu

Nowi lolatorzy :D Łucja przyprowadziła kumpli...

Ściana naprzeciwko lustra. 
Wianek kupiony w Pepco. Białych akurat brakło,
więc męczyłam się z przemalowaniem tego.
Napis nie jest przypadkowy - to adres Archiwum Narodowego
w Sztokholmie (zboczenie zawodowe).
W następnych odcinkach pokażę Wam kilka DIY, np. z lustrem, czy napisem na ścianie. I proszę, Karolina (w sensie Cienka), ja wiem, że kaligrafia nie jest moją dobrą stroną, ale będę nad tym pracować, obiecuję :D Następne napisy będą bardziej dopracowane. 
Pozdrawiam Was cieplutko!

P.S. Zapraszam do działu "Grafomania". Tym razem zamieściłam kilka swoich wierszy.