Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anioły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anioły. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2016

Sentymentalnie o minionym weekendzie

W przyjaciołach naszych powinniśmy szukać tego, co w nich jest najlepsze, i obdarzać ich tym, co w nas jest najlepsze. Wtedy przyjaźń będzie największym skarbem życia.
                                                                         Lucy Maud Montgomery, Ania z Avonela

Od kilku dni zbieram się do napisania posta, ale nie mogę znaleźć odpowiednich słów. Napiszę więc tak, jak czuję. Wiele z Was wie już z bloga Ani, mój dom – moja przystań,  że spotkałyśmy się ostatnio przy okazji długiego weekendu. Ania i jej mąż, Tomek, przywitali nas jak rodzinę – ciepłym domem, pysznym obiadem i prezentami (na zdjęciu tylko mój, bo swoją zawieszkę Michał zabrał do pracy, a Łucja swoje podarki ciągle eksploatuje). Dostałam od Ani jej przecudne anielskie skrzydła. Znalazły swoje miejsce w kuchni nad wejściem. Wyglądają, jakby wisiały tam od zawsze. 


W trakcie rozmowy odkrywałyśmy ze śmiechem ile nas łączy, poza tym, o czym już wiedziałyśmy wcześniej. Także patrząc na naszych mężów miałyśmy wrażenie, że to kuple, którzy spotkali się po latach. Łucja od samego początku podeszła do naszych gospodarzy z ufnością. Zaraz po wyjściu z auta chwyciła Anię za rękę i wpadła do domu niczym małe tornado. Zaanektowała psie legowisko i zmolestowała biednego Argosa, który cierpliwie znosił jej przytulaski. Na koniec zaskoczyła mnie totalnie mówiąc, że ona zostaje. My możemy sobie jechać. Koniec końców pojechaliśmy jednak razem do pensjonatu, a po drodze musiałam tłumaczyć mojemu ciekawskiemu dziecku, co to jest recykling... Następnego dnia Ania z Tomkiem zabrali nas do słynnego Fojutowa, gdzie rzeka płynie pod rzeką, a wzdłuż alejek bobry szykują sobie drzewo na żeremie. Na koniec pyszna pizza na rynku. To niesamowite, jak czas szybko zleciał. W niedzielę trzeba było wracać do domu. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz!




Żyjemy w czasach, kiedy szczerość jest na wagę złota. Wiele osób udaje kogoś, kim nie jest. Powoli traciłam wiarę w ludzi. Jednak w ostatnim czasie spotkałam dwie dziewczyny, które do tej pory znałam tylko z blogosfery i wiarę tą powoli odzyskuję. Zarówno moje czerwcowe spotkanie z Holly, jak i to ostatnie z Anią i Tomkiem uświadomiły mi, że gdzieś tam, po drugiej stronie ekranu siedzą ludzie z krwi i kości, prawdziwi, serdeczni... Pojawiają się w naszym życiu, by coś w nim zmienić, by uczynić je lepszym. Jedni odchodzą aż nazbyt prawdziwie, inni są tylko na chwilę, a jeszcze inni zostają nie tylko w naszym życiu, ale i sercach. Mam nadzieję, że na zawsze.


Moją jedyną nadzieją na nieśmiertelność jest miejsce w twoich wspomnieniach.
                                                          Lucy Maud Montgomery, Wymarzony dom Ani

P.S. Żeby nie było nazbyt pompatycznie, napisałam też Odę do zapiekanek Ani. To najlepsze zapiekanki, jakie jadłam w życiu! 

Drodzy moi i kochani!
Chwalę zapiekanki Ani!
Lepszych w życiu nie pamiętam,
choć je jadam od szczenięcia.
Z ogórkami no i z serem,
są kolacją i deserem.

W piecu specjalnym,
choć nie idealnym,
(bo pokrywa gdzieś zginęła)
zapiekanka się wygrzewa.

Pachnie pięknie pieczarkami,
Rozmaitymi przyprawami...
I jedyna jest jej wada,
że się każdy nią zajada
A więc znika w okamgnieniu
zjem ją jeszcze, choć tylko we wspomnieniu... 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Anielica Annika z sercem na dłoni

Witam Was serdecznie w to deszczowe przedpołudnie. Ciągle siedzimy z Łucją w domu. Kaszel nie przechodzi, choć na szczęście już nie dostaje antybiotyków. Mam nadzieję, że przepisane przez naszą lekarkę inhalacje pomogą skutecznie pozbyć się tych uciążliwych dolegliwości. 
Tymczasem chciałam Wam dziś pokazać kolejnego anioła w mojej kolekcji. Całe szczęście tym razem to nie anioł malowany, a uszyty z wykroju Tildy. Jeszcze siedzi spokojnie w domu, ale w najbliższym czasie poleci za naszą zachodnią granicę do pewnej przesympatycznej Pani, która jest znajomą mojego Męża. Od dwóch lat pamięta zawsze o naszej Łucji w dniu urodzin i na święta. Chciałam się jej jakoś odwdzięczyć. Aniołek został nazwany Annika. Uszyłam ją praktycznie w całości z materiałów z odzysku. Nawet włosy są z wełny pozyskanej ze sprutego swetra. Jeno wstążeczka i gwiazdkowy guzik, a także wypełnienie w postaci mięciutkiej watolinki, są nowe. Mam nadzieję, że Jannet będzie się podobał nasz mały prezent na szczęście. 




Na liście "do uczycia" było jeszcze serduszko dla Holly, które poleciało do niej jako część spóźnionego prezentu gwiazdkowego. Przy jego wykonaniu użyłam jedną z drewnianych, domkowych przywieszek, jakie dostałam od Mamy. 



A jak już byłam w szyciowym transie, to powstał jeszcze pokrowiec na taboret. Teraz tekstylia w kuchni są ujednolicone - pokrowiec i zasłonka pasują do siebie idealnie. Na wiosnę muszę pomyśleć o nowym zestawie, bo co by o tym nie mówić, to jest jednak trochę zimowy. Póki co jednak jeszcze mamy resztki śniegu za oknem i oblodzone chodniki, więc wszystko się zgadza :)


Pozdrawiamy Was z Łucją cieplutko i życzymy dużo słoneczka!

niedziela, 17 stycznia 2016

Ta anielska niedziela

Dzisiaj się rozstaniemy... Tak, tak, rozstaniemy się z tematem przygotowanych przeze mnie świątecznych podarków. Zostaną jeszcze prezenty i zakupy świąteczne z Wysp, ale to w późniejszym terminie z tej prostej przyczyny, że ciągle nie opuściły Albionu. 
Dziś chciałam Wam pokazać aniołki, jakie przygotowałam dla Ilony, o której nie raz już Wam pisałam. Na początek Anioł z masy solnej. Powstał na początku listopada jako pokłosie warsztatów z dzieciaczkami. Masę solną barwiłam barwnikami spożywczymi. Dodałam malowane konturówką gwiazdki i esy-floresy oraz zawieszkę ze sznurka. 



Anioł na desce powstał także z myślą o Ilonie, w kolorach, które lubi. Nie miałam storczykowej serwetki, więc zrobiłam dekupaż z tulipanów. Sam anioł jest jednym z pierwszych, które malowałam pod koniec lata, więc urodą nie grzeszy. Z resztą jak wszystkie moje anioły. Nie wiem, czy zda się na coś obietnica, że już nie będę malować. Może potrzebuję motywacji. Tak jak w przypadku śpiewania (wycia?), kiedy moja trzyletnia Łucja poprosiła mnie błagalnym tonem: "Mamusiu, nie śpiewaj już!". 


A na koniec bardzo niestandardowa kartka świąteczna. A raczej załącznik pasujący do niestandardowego prezentu. Sąsiadka poprosiła mnie o specjalny projekt dla swojego kilkuletniego siostrzeńca, który nie lubi warzyw i owoców. Pod choinkę dostał kosz z zieleniną (oczywiście między innymi) oraz specjalny list od Mikołaja, w którym Gwiazdor próbuje przekonać chłopca do zdrowego odżywiania. Mój Mikołaj na karteczce też ma w worku warzywa i owoce.  Podobno cel został osiągnięty. 


Tymczasem życzę Wam miłego popołudnia! My niestety siedzimy w domu, bo Łucja się przeziębiła po ostatnich śnieżnych wojażach. Do zobaczenia!

poniedziałek, 23 listopada 2015

Anioł, którego miało nie być i kot

Jakiś czas temu pochwaliłam się koleżance z pracy, Agnieszce, moimi wątpliwej urody aniołami. Tak jej się spodobały, że poprosiła mnie o namalowanie podobnego. Już wcześniej robiłam dla niej ikony i butelkę z egipskim motywem (matko kochana, kiedy to było?!). Nie mogłam odmówić, choć obiecałam sobie, że już więcej nie obrażę własnych wyobrażeń o malarstwie takimi bohomazami. Miał być w tonacji beżowo-brązowej. Miały być też esy floresy w aureoli. Tło jednak było tak ozdobne, że nie chciałam przesadzać. Po konsultacjach z Agą dorobiłam zakrętasy. Ku mojemu zaskoczeniu, nie wyszło najgorzej. Niestety moje zdjęcia robione na szybko nie nadawały się do publikacji. Mam więc tylko te od Agnieszki. 


Oczywiście Aga nie byłaby sobą, gdyby nie zamówiła też jakiegoś kota. Bo kociara z niej straszna! Powstał zatem i brązowy kot o różnokolorowych oczach, jakie ma jego nowa właścicielka. Szczerze mówiąc zdecydowanie bardziej wolę malować koty, niż anioły... 
Aga, dziękuję Ci bardzo za to, że zechciałaś mieć kolejną zrobioną przeze mnie rzecz. To bardzo motywujące. Plus 50 do pewności siebie!


Pozdrawiam Was serdecznie i witam nowe Obserwatorki!

wtorek, 20 października 2015

Anioł mimo wszystko

Niezawodnym odbiorcą moich prac jest moja rodzina. Uwielbiam dla nich tworzyć, bo wiem, że zawsze są zadowoleni z ręcznie wykonanych prezentów, cenią je i podziwiają. Trochę w tym mojej próżności, ale nie znam osoby, która by nie lubiła, kiedy się ją chwali. Co prawda denerwuje mnie, kiedy nazywają mnie przy okazji artystką, bo się za takową absolutnie nie uważam, ale przecież każdy kij ma dwa końce. 
Dziś chciałam Wam pokazać kolejnego anioła. Oj tak, wbrew sobie i swojemu malarskiemu beztalenciu tworzę je nadal. Ten jest "ingatycny", jakby powiedziała Łucja (czyt. gigantyczny). Ma ponad 100 cm wysokości.



Powstał na specjalne zamówienie cioci Irenki, chrzestnej mojego Męża. Ma ona w swoim domu bardzo wąską i wysoką klatkę schodową. Kiedyś wspomniałam, że mogę coś tam dla niej namalować na tą niezbyt ustawną ścianę. No i będąc tam kilka tygodni temu doszłam do wniosku, że czas najwyższy zacząć działać. Wymalowałam więc anioła, co by czuwał nad bezpieczeństwem tych, którzy chodzą po stromych schodach. Trochę było nam go ciężko dziś dostarczyć do Cioci, jako część prezentu imieninowego, ale było warto, bo to jedna z moich najfajniejszych cioć! 
Jako załącznik do prezentu były też kartki. Jedna na imieniny, a druga na 30 rocznicę ślubu, którą ciocia i wujek mieli tydzień temu. Rozkręciłam ostatnio małą manufakturę kartkową, oj rozkręciłam...  



A na koniec wspomnę o wyróżnieniu od Ani z bloga mój dom - moja przystań. Dziękuję Ci Aniu ogromnie! To kolejny promyczek słońca w moim pochmurnym nieco życiu. 


Ania zmieniła trochę zasady, które i mnie przypadły do gustu. Odpowiedź na wyróżnieniowe pytanie Ani zamieściłam w komentarzu na jej blogu. A jako, że czuję się wyróżniona także i Waszymi komentarzami, to chciałam Was poprosić, żebyście pod tym postem napisali, co Was ostatnio miłego spotkało. Może uśmiech nieznajomej osoby, a może bezinteresowna pomoc? Holly pisała niedawno u siebie, że dobro powraca. Ja wierzę w to całą sobą! 

sobota, 3 października 2015

Anioł i karteczka na chrzest małego-wielkiego Tomka

Witam Was w to sobotnie popołudnie! Miało być dziś o filmach, które chciałam Wam polecić, ale wcięło mi tekst i ledwo się uspokoiłam, nie mówiąc o napisaniu tego wszystkiego jeszcze raz. Dlatego pozostaniemy w dość uroczystym i podniosłym klimacie, co bym nie rzuciła w trakcie czymś w okno lub - niech mnie ręka boska chroni - w komputer. 
Niekiedy zdarza się w naszym życiu tak, że bardzo chcemy coś zrobić. Zrobić to musimy koniecznie i nieodwołalnie czasami jedynie po to, by przekonać się, że w tym akurat zakresie talentu nie posiadamy ani grama. Zanim jednak zdałam sobie z tego sprawę, zdążyłam popełnić kilka aniołów. Że pierwszy z nich spodobał się mojej Mamie, to już Wam pisałam. Ale Mama, to Mama. Teraz namalowałam/wykleiłam (akryle plus decoupage) jednego dla koleżanki, która niedawno kończyła 50. urodziny. Dziewczyna to zacna, pełna humoru i radości. Kiedy podawałam jej prezent i kiedy go zobaczyła, to wprost widziałam na jej twarzy szczęście. Bardzo jej się aniołek spodobał, o czym informuje mnie niemal codziennie od tygodnia. Podobno obrazek wisi już na ścianie. Nie miałam problemów z kolorami, bo wcześniej zapytałam  o to, w jakich barwach koleżanka ma mieszkanie. Marzenko, jeszcze raz wszystkiego dobrego!




Kolejna rzecz, którą chciałam Wam dziś pokazać, jest kartka na chrzest dla bratanka mojego Męża. Mały-wielki Tomek w minioną sobotę miał swoje święto. Dlaczego mały-wielki? Po prostu dlatego, że niejeden dorosły człowiek mógłby się uczyć od niego woli walki. Reszta niech pozostanie tajemnicą, bo to bardzo osobista sprawa. Wspomnicie jeszcze kiedyś moje słowa, a ja Wam mówię, że Tomaszek za parę dobrych lat zostanie prezydentem! 


Tymczasem zmykam do mojego szkraba. Trzeba ogarnąć trochę chatę i lecimy na kolejny już dzisiaj spacer. Tymczasem zapraszam do zakładki Zdrowie XXI po przepis na kotleciki z dorsza. A jutro... Jutro spełniam kolejne w tym roku marzenie. Jak mi się uda, to na pewno Was o wszystkim poinformuję. Trzymajcie kciuki!

wtorek, 25 sierpnia 2015

Anioły i kartki

W minioną niedzielę moja Mama miała urodziny. Z tej okazji zrobiłam dla niej oczywiście kartkę. 


Ale kartka sama w sobie, to mało dla tak wyjątkowej osoby. Dlatego postanowiłam coś dla niej zmalować. Od jakiegoś czasu chodziła za mną deska. Chodziła i tłukła po głowie dopominając się o uwagę. Jako, że farby już miałam wyciągnięte przy okazji innego, że tak to górnolotnie nazwę, projektu, to nie czekałam długo na zapalenie się żaróweczki nad głową. Tak powstał anioł.


Dziełem sztuki to nie jest, obok obrazu to nawet nie leżało, a ze mnie taka malarka, jak z koziej dupy trąbka, ale aniołek jest. Spróbowałam, namalowałam i chciałabym powiedzieć, że więcej grzechu nie popełnię, ale niestety obiecałam Cioci przynajmniej jednego jeszcze anioła... Całość zdaje się ratować delikatny dekupaż z konwalii. Tak sobie myślę, że jak Łucja rok temu nabazgrała dla mnie laurkę, to do tej pory wisi na lodówce. Moja Mama pewnie, jak i ja na rysunki swojej Córeczki, będzie patrzała na tego aniołka jak na najpiękniejsze obrazy w Luwrze. 


Mamo, z tego miejsca jeszcze raz składam Ci najserdeczniejsze życzenia urodzinowe, stu lat w zdrowiu i spełnienia wszystkich marzeń!

środa, 24 września 2014

Pierwszy w zastępie


Już od dawna marzyłam o tym, żeby uszyć aniołka. Tyle razy zachwycałam się podobnymi na Waszych blogach… Brakowało mi jednak motywacji. Ta pojawiła się, jak to zazwyczaj bywa, dość niespodziewanie. Otóż koleżanka z pracy widziała takie aniołki na jakimś festynie, czy jarmarku i pytała się, czy rzeczywiście one muszą być takie drogie. Bo co prawda ich uroda powala, ale cena także. No cóż, może i kosztowały sporo, ale z pewnością były tego warte. Koniec końców wartość zależy też od tego, na ile autor danej rzeczy wyceni swoją pracę. Poza tym osoby mające działalność gospodarczą muszą przecież jeszcze doliczyć do wszystkiego VAT… Ale wracając do głównego tematu – pomyślałam sobie, że zrobię Joli niespodziankę i uszyję dla niej tildowego anioła. Wzór ściągnęłam ze strony stylowi.pl. Trochę czasu minęło, zanim się zebrałam, ale w ubiegły piątek lalka trafiła do nowej właścicielki. Co prawda nie wiem, czy Jola jest zadowolona, bo akurat nie było jej w biurze, a potem nie miałyśmy okazji się spotkać, bo od poniedziałku siedzimy z Łucją w domku (wstrętne choróbska!). Mam jednak nadzieję, że aniołek będzie dzielnie stał na straży swojego nowego domu.






Muszę Wam się przyznać, że w tej całej sytuacji wyszłam przed samą sobą na egoistkę. Dałam bowiem Joli tego aniołka z pewnego konkretnego powodu – po prostu uwielbiam dawać ludziom prezenty bez okazji. Czuję się wtedy taka radosna! Jak taki skrzacik… Skrzacik, co rozdaje aniołki. Czy to źle?