niedziela, 19 lutego 2012

Tik, tik, tik!....

to dźwięk twojego uciekającego życia.

Może niezbyt optymistycznie zaczęłam, ale to znowu wina Dextera. Kolejna część jego przygód już za mną, ale to zdanie, tak charakterystyczne dla piątego sezonu, kołacze mi po głowie, niczym nie dająca spokoju  melodia  zasłyszana w radiu. Poza tym post będzie o zegarkach. Przy okazji pudełka na marzenia mówiłam Wam o mojej fascynacji mechanizmami zegarowymi, tymi wszystkimi sprężynami i trybikami.


Tak się zdarzyło, że do tego przeczytałam jeszcze dwie książki Cassandry Clark – Mechaniczny anioł i Mechaniczny książę. No i moja fascynacja pochłonęła mnie bez reszty. Nie żeby było to  jakieś wybitne dzieło literackie, o nie. To po prostu fantasy dla nastolatków. Ale co począć. Musiałam nakarmić tego dzieciaka, który we mnie siedzi. A klimat książek wciąga niesamowicie – Londyn, końcówka lat 70-tych XIX w. Atmosfera niczym w Lidze niezwykłych dżentelmenów. Dwóch przystojnych chłopaków po przejściach i dziewczyna z przeszłością. Do tego tajne bractwo Nefilim. Czego więcej trzeba, by zarwać trzy nocki z rzędu? Ale ja przecież nie o książkach miałam pisać, tylko o zegarkach.


To dwa budziki, które mój Teść przywiózł mi od Wujka ze wsi. Stare, zakurzone, nieużywane, czyli dla mnie w sam raz. Zabrałam się do nich ochoczo, potraktowałam śrubokręcikiem i nożykiem i po kilku minutach do moich słoiczków (zapełnionych już po części tarczami i trybikami z zegarków rozmontowanych wcześniej) trafiły rewelacyjne, tak drogie memu sercu trybiki.



Ale po cóż byłyby mi te trybiki, gdyby nie moja dzika żądza stworzenia z nich czegoś? Zrobiłam ci ja zatem dwa wisiorki. Podstawą pierwszego jest cały, uzewnętrzniony mechanizm zegarka na rękę. Dorobiłam „łapki” ze srebrnego drucika (miały przytrzymywać szybkę, ale ta złośnica w trakcie montażu pękła). Trybiki zatopiłam w bezbarwnym lakierze, dodałam dwa listki na łańcuszku i gotowe.


Drugi wisiorek został stworzony na bazie innego, który dostałam ostatnio od Mamy. Był to kamień z metalowym serduszkiem. Po śladach kleju widać było, że coś ewidentnie jeszcze na nim było, ale zostało zagubione bezpowrotnie i – ku wielkiej uciesze mojej Mamy – sprawiło, że całość została przeceniona. Jak tylko go zobaczyłam, wiedziałam, jak go przerobię. No więc dokleiłam malutką tarczę zegarową i kilka trybików. A oto efekt:


Żeby nie było, że tylko ja mam kuku na muniu, jeśli chodzi o zegarki, to w domu mam jeszcze jednego zegarkofila. Dorwał się raz do moich skarbów w postaci pokaźnej ilości odnalezionych na strychu i w piwnicy zegarków na rękę. No i oczywiście z wielkim oburzeniem zaiwanił mi dwa, twierdząc, że to automaty, że  jak ja mogłam chcieć to rozwalić?! No i się okazało, że jeden z nich jest raczej bezużyteczny, ale drugi, hoho, drugi to rarytas wśród zegarków! Jest to stary Wakmann, prawdopodobnie z lat 30-tych lub 40-tych ubiegłego wieku. Kiedy wczoraj poszliśmy odebrać go z przeglądu u zegarmistrza i pokazał nam go w środku, to – wierzcie mi – tętno miałam chyba na poziomie 200. 



No i leży sobie zegarek w szufladzie Męża, tyka sobie cichutko i czeka, aż znajdziemy jakieś bardziej szczegółowe informacje na jego temat.
Chorzy jesteśmy z Mężem, no nie? Ja album, on zegarek… I tylko Pan Zegarmistrz stwierdził, że jesteśmy jak dinozaury, bo teraz młodzi ludzie raczej się takimi rzeczami już nie interesują…

Miłej niedzieli i udanego tygodnia Wam życzę!

środa, 15 lutego 2012

Angielski pacjent

Jako, że jesteśmy świeżo po Walentynkach, przedstawiam Wam dziś mojego Kochanka, który w ciągu kilku ostatnich dni skradł mi serce. Całkowicie i nieodwołalnie.

Jest to stary wiktoriański album na zdjęcia z 37 rewelacyjnymi fotkami. Każdą wolną chwilę poświęciłam na próbach umieszczenia tego cacuszka w czasoprzestrzeni historycznej. Pewnie nie wszystkie z Was wiedzą, że jestem z wykształcenia archiwistą i historykiem wojskowości. Tak, tak, wojskowości, nie ważne (znaczy się bardzo ważne, ale nie w tym przypadku). Stąd, kiedy zobaczyłam album, od razu obudził się mój badawczy umysł – po prostu nie mogłam inaczej!  Mój Skarb przybył do mnie zza Kanału La Manche w ubiegły piątek. Nie wiem, jak poprzedni właściciel mógł się go pozbyć i potraktować tak okrutnie... Niczym zbity pies wędrował sobie mój album, aż natrafił na moją Mamę. A ona, wiedząc jaką radość sprawi mi posiadanie takiego uduchowionego przedmiotu postanowiła mi go czym prędzej wysłać. Kiedy wreszcie mogłam go pogłaskać i przytulić, miałam łzy w oczach (taki archiwistyczny fetysz mam chyba – stare książki i dokumenty tak na mnie działają). Od razu podkleiłam mu grzbiecik i wyczyściłam okładkę preparatem do czyszczenia skóry, zajęłam się najtroskliwiej, jak umiałam (stąd tytuł posta).  



Niestety nic nie da się poradzić na plamy wewnątrz albumu, ale mnie one wcale nie przeszkadzają. Album na oko pochodzi z końca XIX wieku. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie przeprowadziła małego reaserchu. Na podstawie zebranych informacji udało mi się naskrobać coś na kształt małego artykuliku. Osobom, które nie lubią historycznego bełkotu odradzam dalsze czytanie i przejście do oglądania fotek, ale mam też nadzieję, że niektórym się te kilka informacji przyda. No dobra, może nie przyda, ale przynajmniej może kogoś to zainteresuje. Miłej lektury i miłego oglądania.

Wiktoriański album na zdjęcia.

            Mówi się, że każda szanująca się wiktoriańska rodzina miała album na zdjęcia. Podejrzewam, że to tylko kolejny ze stereotypów dotyczący tamtej epoki. Prawdą jest jednak, że fotografia, która upowszechniła się w drugiej połowie XIX w. szybko stała się produktem „must have” w konserwatywnej i podporządkowanej konwenansom społeczności. Forma albumu przypomina nieco biblię. Powodem tego jest fakt, że bardzo często Pismo Święte, a w zasadzie jego okładka, było miejscem, gdzie spisywano wszelkie dane genealogiczne danej rodziny. Uzupełnieniem tych informacji były fotografie. Nie dziwi więc fakt, że porównanie do biblii oraz przywiązanie do wartości rodzinnych sprawiły, że przedmiot służący przechowywaniu zdjęć zyskał tak zdobną szatę.  Także sposób zamieszczania odbitek był określony (niezmienne umiłowanie do podporządkowywania się wszelkim zasadom i tu jest widoczne). Starano się zatem zawsze umieszczać na jednej stronie mężów i żony, ale też rodzeństwo. Dzięki temu dużo łatwiej dziś ustalić stopień pokrewieństwa danych osób, choćby i tylko na podstawie zdjęć właśnie.
            Prezentowany poniżej album, pochodzi prawdopodobnie z lat 1870-1890. Można to stwierdzić na podstawie wykorzystanych materiałów, rozmiaru, czy formatu zdjęć. Okładka albumu wykonana jest ze skóry zdobionej pięknymi tłoczeniami oraz dziś już niestety  niekompletną klamrą (zdarzały się także podwójne zapięcia). Każda z 14 kart jest złocona na brzegach i posiada ramkę w tymże kolorze. Na wielu stronach umieszczone są barwne ilustracje, w romantycznym stylu wpisującym się w estetykę epoki. Na każdej karcie jest miejsce na umieszczenie jednej lub dwóch fotografii, w zależności od rodzaju. Można w nim było umieszczać zdjęcia carte de visite oraz w formacie gabinetowym. Na tej podstawie można sądzić, że album został wytworzony po 1870 r., gdyż wcześniej format gabinetowy fotografii  nie był stosowany. W datowaniu albumu pomagają także jego wymiary – 18 x 22 x 5,5 cm, najbardziej charakterystyczne dla lat 70-tych XIX w. (opracowano na podstawie strony www.rogerco.freeserve.co.uk)
            Ustalenie dat powstania zdjęć należy już do zadań trudniejszych. W tym przypadku pomocne są informacje takie jak: nazwisko i adres  fotografa (często umieszczane na rewersie fotografii lub na ozdobnym obramowaniu), wszystko, co dotyczy osoby fotografowanej, a więc sposób uczesania, ubiór, rekwizyty studyjne. Kluczowy może okazać się format zdjęć (jak w przypadku prezentowanego albumu) oraz ich konstrukcja – grafika, typografia, rozmiar i kolor zastosowanych czcionek. Nierzadko pomocna okazuje się informacja o producencie samych kart, czy o drukarni. Praktycznie każda wiadomość, którą uda nam się wyczytać ze zdjęcia może okazać się przydatna w ustalaniu czasu i miejsca jego powstania. (opracowano na podstawie stron: www.cartedevisite.co.uk, www.victorianphotogaphers.co.uk)
            W przypadku naszego albumu mamy do czynienia z dwoma rodzajami zdjęć. Były to, jak wspominałam wyżej, carte de visite oraz fotografie gabinetowe. Pierwsze w nich opatentował w Paryżu Andrè Adolphe Eugène Disdèri w 1854 roku. Fotografia ta miała najczęściej format 6 x 9 cm i była przyklejona do kartonika. Zazwyczaj prezentowano na nim jedną osobę, ale zdarzało się też, że do takiego zdjęcia pozowała cała rodzina. Zastosowana technika znacznie zmniejszyła koszty wytwarzania fotografii, co przyczyniło się do ich upowszechnienia. Moda na  carte de visite zaczęła zanikać pod koniec lat 60-tych XIX w. Do łask wkradł się format gabinetowy. Pojawił się on w 1866 roku. Odbitka była wykonywana na papierze albuminowym, przeważnie w formacie 16,5 x 11,5 cm. Najczęściej były to portrety studyjne. Wystający spod fotografii kartonik tworzył ramkę, na której drukowano czarną, czerwoną lub złotą obwódkę. Do końca 1890 r. stosowano karton biały, potem najczęściej spotyka się już barwne. Od połowy lat 90-tych XIX w. mniejszą uwagę przywiązywano także do formatu zdjęcia. Ten rodzaj odbitek zaniknął praktycznie do końca I wojny Światowej. (opracowano na dostawie strony: www.wikipedia.org)
            Prezentowany album zawiera 40 fotografii (3 brakuje), 26 z nich, to  carte de visite, pozostałe  14 to odbitki w formacie gabinetowym. Przedstawiają one głównie pojedyncze osoby, ale też całe rodziny. Oceniając podobieństwo, na przynajmniej dwóch zdjęciach znajduje się to samo małżeństwo, a fotografię wykonano w odstępie około 20 lat. Na podstawie strojów można domniemywać, że wszystkie zdjęcia zostały zrobione w drugiej połowie XIX wieku (bezpieczne ramy czasowe to 1854 – 1910), głównie na terenie Wielkiej Brytanii (Taunton, Alnwick, Exeter, Londyn, Bristol, Somerton, Paddington, Playmouth, Glastonbury, Cardiff), jednakże aż 8 z nich powstało w amerykańskich studiach fotograficznych, przeważnie w stanie Illinois.
            Niestety ani na okładce albumu, ani na odwrocie zdjęć nie ma praktycznie informacji, które mogłyby ułatwić identyfikację rodziny. Jedynie na dwóch fotografiach widnieje dopisane nazwisko Dolman (raz jest to L.Dolman, w drugim przypadku Mr. Dolman). Na rewersie owalnego zdjęcia dziecka ktoś napisał dedykację „dla cioci Bess”. Idąc tym tropem oraz łącząc powyższe fakty z informacją o miejscu wykonania jednego ze  zdjęć z nazwiskiem (Bristol), znalazłam rodzinę, która  mogłaby pasować do tej ze zdjęć. W spisie ludności bowiem z 1901 r. widnieje bowiem Elizabeth Dolman, lat 39, jej mąż, George (59), celnik oraz ich dzieci – Annie (19), barmanka, George (17) i Frank (15), obaj byli hydraulikami. Wątpliwym jest, że to właśnie osoby, których szukamy, ale miło było by sądzić, że nie są już anonimowi.
            Więcej szczęścia miałam szukając informacji o fotografach. Są to często pojedyncze fakty, jak data urodzenia, czy okres działania firmy, ale wszystko to potwierdza przyjęte w datowaniu zdjęć ramy czasowe.

Profesor Robert Hellis (1835 – 1895) był nie tylko fotografem. Organizował także seanse magiczne na przyjęciach, które wyglądały tak, jak przedstawiają to dziś klasyki kina – krąg ludzi trzymających się za ręce i siedzących wokół stołu. Podejrzewano, że błyski i odgłosy, które dało się zaobserwować podczas tych seansów były niczym więcej, jak tylko efektem działania urządzeń, które profesor posiadał w swoim studiu fotograficznym. (informacje na podstawie strony: www.pentaxk10dblog.blogspot.com). Studio przy 211 & 213 Regent St. w Westminster działało w latach 1891 – 1901. Prowadził je Wiliam Edward Morgan. Zmarł w Lewisham. (http://www.photolondon.org.uk/pages/details.asp?pid=3694).

Gilbert Lawrance Temple (1852 - …..), syn  Gilberta i Rebeki Temple. Przygodę z fotografią zaczął w 1870 r. W Beloit (Wisconsin), następnie, od 1974 roku, przez 7,5 roku prowadził studio fotograficzne wspólnie z człowiekiem o nazwisku Santee. Samodzielny zakład Temple otworzył dopiero w 1884 r.
„Arcade Photographic”, studio fotograficzne mieszczące się arkadach w Exeter. Znajduje się na liście sklepów z 1897 r. 

Fredrick Southwell, ur. 1868 w Londynie. Studio na Battersea prowadził w latach 1893-1917.

M.V. Mower, studio przy Clarence Road miał w latach 1900 – 1902

Albert Edward Coe, ur. 1872 r., rozpoczął swoją karierę w studiu Sawyer & Bird. Po raz pierwszy pojawia się tam w 1891 r. Daty dotyczące firmy, to 1908-1916. (www.bellsite.id.au, http://www.early-photographers.org.uk/Nor%20C-D.html)

John Hawke, wiadomo, że w 1890 jego studio mieściło się już na 8 George St. w Playmouth.

Seadle Brothers – Charles i Archibald Stewart,  studio przy 191 Brompton Road prowadzili w latach 1881-1930 (www.photolondon.org.uk/pages/details.asp?pid=6912)

A & G Taylor  - Station Approach, Bridgend 1910 , Market Square, Pontypridd 1895, 1899, 1901, 1910, 1914
Andrew  (1832 – 1909)

Gearing, Charles Henry James & Sons, sudio przy 52 Regent Street, Westminster prowadzili w latach  1893 - 1909. (www.photolondon.org.uk/pages/details.asp?pid=3004)

Tylko dwie fotografie nie  zawierają informacji o studiu, w którym zostały wykonane. Godnym uwagi jest fakt, że żadnego ze zdjęć nie zrobiono w Reading,  czyli w miejscu odnalezienia. Świadczyć to może o tym, że przedmiot ten przechodził w ostatnich latach z rąk do rąk zupełnie przypadkowych osób – nabywców.  Przypadkowość mogłaby tłumaczyć fakt, że ktoś pozbył się albumu za bezcen. A może zawiózł go do Reading członek rodziny, dla którego fotografie były już tylko pamiątką po przodkach. To kolejna niewiadoma, na którą być może z czasem znajdę odpowiedź.
            Niezależnie jednak od czasu i miejsca powstania zdjęć, które zawiera ten wspaniały album, są one rewelacyjnym świadectwem minionych czasów oraz źródłem po poznania mody i obyczajowości epoki wiktoriańskiej.


Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam i nikt nie usnął. Na pewno przyjemniejsze będzie oglądanie fotek. Tu na razie zdjęcia zdjęć, ale mam zamiar wszystkie zeskanować łącznie z rewersami (które są często ciekawsze niż same fotografie).

















No i widzicie, moje biedne serce nie miało szans w starciu z tym pięknym albumem. Mam nadzieję, że mnie rozumiecie :)

Pozdrawiam cieplutko!

sobota, 11 lutego 2012

Prezenty z Albionu


Dziś będę się chwalić. Wczoraj wieczorem dotarła do mnie przesyłka od mojej Mamy, która mieszka i pracuje w Wielkiej Brytanii. Musicie wiedzieć, że moja Mama to prawdziwy zbieracz, szperacz i znajdowacz mega okazji… na wszystko.  Ale jak ma się pod nosem TK Maxx, a co niedzielę car boot sale, to co innego można robić, niż szukać skarbów?


Od kiedy założyłam bloga i Mama może na bieżąco podglądać, co mi w duszy gra, z wielką namiętnością zaczęła gromadzić wszelkie przydasie. Od tasiemek, poprzez koraliki i wełnę, na kleju i farbach kończąc. Że nie wspomnę o tych wszystkich różnościach gotowych do przeróbki.



Poza rzeczami związanymi z rękodziełem dostałam też troszkę ciuszków, których tu nie pokazuję  i biżuterii (nie jestem w stanie zaprezentować całości). Wśród tego wszystkiego takie cacuszka:



A na koniec coś takiego:

Nie powiem Wam dziś jeszcze, co to. Muszę najpierw troszkę podpracować, skleić grzbiet. Jedno jest pewne – zakochałam się w tym przedmiocie. Ale o mojej miłości opowiem Wam następnym razem.

Dziękuję Wam serdecznie za tak miłe komentarze pod ostatnim postem. To naprawdę budujące i niesamowicie miłe!

wtorek, 7 lutego 2012

Pudełko na marzenia

Pudełko na marzenia... Tak na początku chciałam nazwać swojego bloga. Oczyma wyobraźni widziałam już nawet logo – nazwę wpisaną w prostokąt z kokardką... Pomysł podsunął mi kolega podczas jakiejś rozmowy. Zrobił to całkiem nieświadomie, ale to w jaki sposób opowiadał o „pudełku” sprawiło, że zachowałam tą ideę w pamięci. Była mi ona bowiem szczególnie bliska. W ostatniej jednak chwili zmieniłam zdanie i blog nazywa się, jak każdy widzi. Ale pudełko na marzenia zamknęłam w swoim serduszku. Kiedy w ubiegły weekend czyściłam zdobytą na giełdzie staroci skrzyneczkę, mocno nadgryzioną zębem czasu, w pewnej chwili mnie olśniło – przecież to moje Pudełko! Doszłam więc do wniosku, że muszę się do jego renowacji porządnie przyłożyć. Zrezygnowałam z przecierek. Zrezygnowałam też z transferu i dekupażu. To musiało być coś specjalnego. Wiecie, o co chodzi. Zdecydowałam się więc na szare płótno jako „wyściółkę”. Wcześniej boki zdobił bordowy aksamit, którego też postanowiłam użyć, tym razem w formie brązowej tasiemki. Jako główny motyw wykorzystałam mechanizmy starych zegarków. Zafascynowały mnie, kiedy przeglądałam prace Guriany. Rozbroiłam kilka przy użyciu młotka i innych, bardziej subtelnych narzędzi. Przypłaciłam to złapanym paznokciem, skrzywioną igłą i maniakalnym napadem agresji. Ale było warto.  Efekt, jak dla mnie… eh, popatrzcie same:








Tu przed pracą i w trakcie, kiedy się okazało, że pod aksamitem widnieje tajemniczy napis. Macie pomysł, jak to odczytać?





Skoro jest to pudełko na marzenia, to zaczęłam zastanawiać się nad swoimi marzeniami. Wiele ich mam, takich przyziemnych, egoistycznych, ale też takich, na których spełnienie będę pracować całe życie, choć i tak nie wiem, czy starczy mi sił. Jednym z nich jest marzenie o byciu najlepszą żoną, jak to tylko możliwe i najlepszą matką, jaką tylko będę mogła być. Tak... To moje najważniejsze marzenia. Mam też takie – kiedy ktoś zapyta kogoś za kilka lat, czym jest dla niego przyjaźń, to chciałabym by ten ktoś pomyślał wtedy o mnie... Ale czy można oswoić lisa, który nie chce być oswojony? Bo przecież "oswojenie niesie ze sobą ryzyko łez"... A najważniejsze to przecież pozostać sobą (o tym też marzę). Poza tym, to wiecie, chciałabym pojechać do Nowego Orleanu, do Irlandii, do Norwegii. Chciałabym przejść się uliczkami Paryża w kwietniu i poczytać książkę na ławce w Central Parku. Chciałabym też nauczyć się pływać i robić na drutach. Chciałabym nigdy niczego nie żałować. Dużo marzeń jak na jedną osobę, co? Ale chyba o to chodzi, żeby marzyć i dążyć do spełnienia tych marzeń. A jak się spełni jedno, to trzeba je zastąpić następnym. A Wy o czym marzycie? Macie na liście jakieś miejsca do odwiedzenia, umiejętności do nauczenia? 

Żegnam się dziś z Wami w bardzo filozoficzno-refleksyjnym, aczkolwiek przemiłym nastroju...

poniedziałek, 6 lutego 2012

Flaki faszerowane, czyli jak schudnąć bez diety

W nowym tygodniu witam Was kolejnym z cyklu „retro gospodyni” przepisem. Tym razem w roli głównej krowa, he-hem, wołowina w sensie.



Świeże tłuste flaki wołowe dobrze wyczyścić, starannie wygotować i wyszumować, poczem wyjąwszy obmyć jeszcze raz, w czystej wodzie. Zrobić farsz z ciasta przyrządzonego jak na pulpety, flaki w całym kawale rozciągnąć na stole, nasmarować dość grubo tym farszem, zwinąć je potem w rurkę, okręcić cienkim szpagatem, końce związać, żeby farsz się nie wysunął, nalać tęgim rosołem, osobno z mięsa wołowego zwyczajnym sposobem ugotowanym, a skoro się dobrze flaki z tym mięsem ugotują, wsypać korzeni, jako to: pieprzu, angielskiego ziela, liścia bobkowego, muszkatołowego kwiatu, sos zaprawić jak wyżej, zagotować flaki, wyjąć je, pokrajać w plastry, posypać siekaną zieloną pietruszką, oblać sosem i podać.
„Uniwersalna książka kucharska” (wyd. Kurpisz S.A., Poznań 2003), s. 62.

Przepraszam, że takie wybieram przepisy, ale po prostu nie mogę się oprzeć. Mam nadzieję, że nikogo o rozstrój żołądka nie przyprawiam… Chociaż myślę, że jakby nam serwowano takie obiady, to żadne diety-cud nie byłyby nam potrzebne.

Dania polecane na obiad w dniu dzisiejszym to:
Rosół z pulpetami. Sztuka mięsa z kwaszoną kapustą. Marchew obłożona grzankami. Perliczki z koprem. Krem śmietankowy z biszkoptami. Zupa rybna z kartoflami. Lin z sardelami. Kompot ze śliwek. (tamże, s. 276)


Miłego tygodnia!

piątek, 3 lutego 2012

Seriale i króliki, czyli nieoczekiwany zwrot akcji


Na początek chciałabym wziąć udział w zabawie, do której zaprosiła mnie Witchqueen. Przedstawiam Wam moje ulubione seriale:

 Dexter – jestem świeżo po 4 sezonie i jestem zachwycona. Fascynuje mnie tytułowy bohater, jego ewolucja, jego „mroczny pasażer”, jego…hm, tors... Fascynuje mnie także jego siostra – kobieta ambitna, przyciągająca do siebie nieodpowiednich mężczyzn. Kobieta, która pragnie miłości, ale sama chyba nie bardzo sobie z nią radzi. Generalnie mogłabym o tym serialu napisać długą rozprawkę, ale może to przy innej okazji. Nie zastanawiałyście się czasami, czy ktoś, kogo znacie mógłby być takim seryjnym zabójcą? Ja mam przynajmniej dwa typy wśród swoich znajomych…

Gra o tron – co prawda nakręcono dopiero jeden sezon, ale po prostu zakochałam się w historii Westeros. Obejrzałam wszystkie odcinki praktycznie za jednym zamachem. Mam zamiar zabrać się za czytanie książek Martina. Aha, a dewiza rodu Starków - winter is coming - jest dla mnie symbolem odwagi, siły, lojalności, przyjaźni i wielu innych cech uosobionych w postaci Neda i jego synów. Poza tym wilkory… smoki…. Gdybym miała fb, to kliknęła bym LIKE IT.

Pamiętniki wampirów – pozostajemy w fantastycznych klimatach. Główną zaletą serialu jest to, że bardzo różni się od książek. Bo książki są nudne i bez polotu, takie romanse dla nastolatek. A serial jest już czymś więcej niż wampirze „Jezioro marzeń”. No i Ian Somerhadler – mmmm.

Czysta krew – skoro już mowa o wamirach. Serial tylko dla widzów dorosłych. I właśnie dlatego go lubię. Czwarty sezon już troszkę nudzi, ale oglądam dla Erica i Billa :D 

Kości – uwielbiam serial, uwielbiam napięcie między głównymi bohaterami, uwielbiam antropologię... 

    Tyle, jeśli chodzi o moje ulubione seriale. Kiedyś było ich więcej, ale staram się nie oglądać ich zbyt wielu. Wolę żyć własnym życiem, a nie perypetiami wyimaginowanych bohaterów.  

    Jako, że ta zabawa polega na zasadzie „podaj dalej”, to ja zapraszam pierwsze pięć osób, które zostawią pod tym postem komentarz i nie chwaliły się jeszcze ulubionymi tasiemcami.

    Pozostałe reguły:

    1.Należy opublikować logo zabawy (zdjęcie poniżej) na swoim blogu.

     2.Napisać, kto nas zaprosił do zabawy.

     3.Zaprosić co najmniej 5 osób prowadzących blog do opisania swoich ulubionych seriali.

     4.Wymienić (i opisać) swoje ulubione seriale.


    A teraz królikowo. Jakiś czas temu wzięłam udział w zabawie u Gosi w Skarpeciakach-przytulakach. Chodziło o to, by nadać imiona uszytym przez nią króliczkom. Nie wiedziałam, że można je przy okazji wygrać. Kiedy Gosia do mnie napisała z prośbą o adres byłam totalnie zaskoczona i niezmiernie szczęśliwa! Bo musicie wiedzieć, że widziałam skarpeciaki na targach w Poznaniu. Miałam możliwość ich dotknąć i pogłaskać. No i mnie trafiło!  Zakochałam się! Ale to jeszcze nie wszystko – w odebranej przeze mnie dziś przesyłce znalazły się dwa króliki!!!!
    Z ogromną przyjemnością przedstawiam Wam Zytę i Zenka:


    Moje (ha! Moje!) Królisie już się zaprzyjaźniły z Grażynką i… z Fretką.



    Proszę, zwróćcie uwagę na to, że Zyta ma nawet dołeczki w policzkach! Śmiać mi się chce, bo ta cecha bardzo ją do mnie samej upodabnia, hihi! Gosiu, bardzo, bardzo Ci dziękuję. Jesteś kochana!

    W ogóle dziś miałam bardzo miły dzień i pierwszy raz od tygodnia naprawdę się uśmiecham. Ale o tym, to może napisze innym razem.

    Łoooo, no i zobaczcie co mi jeszcze mój Mąż właśnie przyniósł, tak bez okazji! Musiałam od razu zrobic zdjęcie i Wam się pochwalić :) Normalnie mam dziś dzień dziecka :)  



    Czyż nie cudownie? Ściskam Was mocno, dziękuję za tak miłe komentarze pod ostatnim postem i witam serdecznie Nowe Duszyczki :)

    środa, 1 lutego 2012

    Sezon bojowy, jajeczno-giełdowy

    Oczywiście mój sezon... Nauczona doświadczeniem sprzed świąt Bożego Narodzenia, tym razem zaczynam wcześniej. Zakupiłam już serwetki, zakupiłam jajka... Nawet dwa koszyczki na stroiki.




    Jajka będą zdobione dekupażem. Zobaczymy, jak wyjdzie, bo nie mam na razie weny. Póki co pochwalę się, jak wyglądało moje pierwsze jajko. Zrobiłam je w ubiegłym roku. Lakier troszkę się przyżółcił i wygląda to tak, a nie inaczej, ale w gruncie rzeczy najgorzej chyba nie jest.



    Co do sezonu giełdowego, to ostatnio w niedzielę, mimo siarczystego mrozu, zdecydowaliśmy się jechać na tzw. graty. Pierwszy raz w tym roku.  No i spójrzcie tylko, co wyłowiłam:




    Skrzyneczka była wcześniej szkatułką, ale ząb czasu odgryzł jej wieko i teraz będzie robiła za pojemnik na piloty w salonie. Czeka tylko na oczyszczenie i pomalowanie. Ale ja też czekam.... aż wspomniana już zagubiona wena powróci. Poczekam sobie pewnie, bo w tej chwili akurat nie chce mi się robić absolutnie NIC. Powód już poznałam, teraz rozpoznaję teren. Wiecie, strategia, taktyka i te sprawy... Następnie przejdę do unicestwienia owego powodu. A przynajmniej do zminimalizowania strat w moich postępach rękodzielniczych. Tak więc, moje Kochane, szykuję się na bitwę. Jak nie wrócę z bombowymi jajami w przyszłym tygodniu będziecie mogły się domyślać, że poległam i wycofałam się na z góry upatrzoną pozycję, gdzie będę leczyć odniesione w boju rany i obmyślać następny genialny plan odbicia mojej weny z obozu wroga (tudzież czytać Władcę Pierścieni lub oglądać następny sezon Dextera)...